Jak być piękną?

– Nawet nie wyobrażamy sobie, ile chemicznych substancji dostępnych jest w stosowanych przez nas kosmetykach. Malujemy paznokcie lakierem zawierającym formalinę, czyli dokładnie tę samą substancję, którą konserwuje się nieboszczyków. Używając antyperspirantu, wcieramy w skórę aluminium, które odkłada się w tkankach i może powodować raka – przekonuje Aleksandra Zaprutko-Janicka, autorka książki „Piękno bez konserwantów”. W rozmowie z VUMAG-iem mówi o przedwojennych sposobach dbania o urodę, które z powodzeniem można wykorzystać również dzisiaj.

Foto: istock

Damian Gajda: W książce „Piękno bez konserwantów” opisuje Pani, jak nasze babcie i prababcie pielęgnowały urodę za pomocą samodzielnie produkowanych kosmetyków. Dlaczego przestały to robić?

Aleksadra Zaprutko-Janicka: Rozleniwił nas przemysł kosmetyczny. Tak długo, jak specyfiki pielęgnacyjne pozostawały drogie i trudno dostępne, Polki były zmuszone uciekać się do własnej zaradności. Przynosiło im to ogromne korzyści. Szampon, krem czy nawet perfumy przygotowane domowymi sposobami są zdrowe i łatwo zadbać, by idealnie odpowiadały naszym gustom. Tracili tylko… fabrykanci. I już od czasów międzywojnia robili wszystko, by przekonać kobiety, że warto zdać się na ich sklepowe środki. Nawet jeśli są drogie i pełne szkodliwych składników.

W jaki sposób weryfikowała Pani, czy zabiegi, które poleca w swojej książce, są na pewno skuteczne i nieszkodliwe?

Konsultowałam się z dietetykiem i trenerem personalnym oraz naukowcem zajmującym się chemią kosmetyczną. Bezpieczeństwo stosowania porad było dla mnie kluczowe. Wiele z preparatów przygotowałam też u siebie w domu. Na własnym przykładzie mogę stwierdzić, że naprawdę działają!

Foto: ZNAK Piękno bez konserwantów

Widzi Pani różnice między kosmetykami przygotowywanymi w domu, a tymi, które są dostępne w drogeriach?

Zaczęłam zwracać uwagę na to, co kryje się w moich kosmetykach i sięgnęłam do bardziej ekologicznych rozwiązań. Na przykład przestałam kupować balsamy do ciała i zamiast nich używam domowych mieszanek, opartych na przedwojennych recepturach. Moja skóra je uwielbia. Podobnie balsamy do ust czy płukanki do włosów rodem z babcinej toaletki. Kupuję zwykle większą ilość surowców, z których przygotowuję później kilka różnych preparatów, dzięki czemu sporo oszczędzam. Mam wpływ na to, skąd pochodzą używane składniki – warto poznać pojęcia „fair trade” i „uprawy ekologiczne”. A przede wszystkim to ja decyduję, co nakładam na twarz.

W „Pięknie bez konserwantów” wymienia Pani szkodliwe substancje, które zawierają popularne kosmetyki. Jakie mogą być skutki ich długotrwałego stosowania?

Nawet nie wyobrażamy sobie, ile chemicznych substancji dostępnych jest w stosowanych przez nas kosmetykach. Malujemy paznokcie lakierem zawierającym formalinę, czyli dokładnie tę samą substancję, którą konserwuje się nieboszczyków. Używając antyperspirantu, wcieramy w skórę aluminium, które odkłada się w tkankach i może powodować raka. Myjemy się kosmetykami z rakotwórczymi parabenami.

Dla kobiet żyjących w XX-leciu międzywojennym malowanie ust czerwoną szminką stanowiło manifestację emancypacji. A w jaki sposób makijaż był postrzegany przed I wojną światową?

Żadna szanująca się dama nie wymalowałaby wówczas ust na czerwono. Choć dzisiaj karminowa pomadka ma swoje specjalne miejsce w kulturze, a jej użycie stanowi kropkę nad „i” eleganckiej stylizacji, nie zawsze tak było. Zanim czerwień wkroczyła na salony, przynależała do aktorek teatralnych, gwiazdeczek kabaretu, szansonistek i… ladacznic. „Porządne” kobiety nie nakładały makijażu, a przynajmniej nie robiły tego ostentacyjnie. Ich usta i policzki mogły być w niewidoczny sposób muśnięte kolorem, a całości dopełniała odrobina pudru. W przeciwnym razie groził im niemalże publiczny lincz.

Jak zmieniło się podejście kobiet do wyglądu przed i po wojnie?

Przed drugą wojną światową w Polsce kwitł prawdziwy przemysł piękności. Kształcono profesjonalne kosmetyczki, otwierano fachowe gabinety, niczym grzyby po deszczu wyrastały kolejne laboratoria produkujące kosmetyki. Jeśli tylko miało się pieniądze, można było przebierać w ich ofertach jak w ulęgałkach. Mniej zamożne kobiety również nie rezygnowały z dbania o siebie. Stąd na przedwojennych zdjęciach widać główki o elegancko przystrzyżonych i ułożonych w fale włosach. Ze starannie podkreślonymi ustami, odpowiednio ubrane. Te panie w czasie wojny musiały się mierzyć z latami upokorzeń, biedy i niedoborów, a mimo to nawet Niemcy przyznawali, że nasze babcie i prababcie nosiły się elegancko.

Foto: Zdjęcia własne VU MAG Przedwojenna elegancja

Co działo się po zakończeniu wojny?

Chociaż okupanci nie strzelali już do ludzi na ulicach, w nowej Polsce panowała straszliwa bieda. Stolica, która dotąd stanowiła barometr mody, została zrównana z ziemią, a jej mieszkańcy w dużej części zginęli lub zostali rozproszeni po kraju. Przetrwały pojedyncze miejsca, podtrzymujące przedwojenne tradycje, jednak trzeba było się pogodzić z tym, że nadeszła nowa era. Do przodowniczki pracy w gumowcach i z chustką na głowie nie przystawał dawny model szyku.

A co z prasą? To prawda, że jest Pani miłośniczką przedwojennych gazet?

Tak, najbardziej lubiłam czytać listy od czytelniczek i odpowiedzi redakcji. Mówimy o czasach, kiedy trzeba było zebrać się w sobie, opisać problem, powędrować na pocztę i jeszcze zapłacić za znaczek. A potem cierpliwie czekać czy odpowiedź się ukaże. W dodatku osoby korespondujące z gazetami przybierały czasem absurdalne pseudonimy. Te rubryki to niesamowita skarbnica wiedzy, która pozwala przyjrzeć się ówczesnej obyczajowości.

Jakie rozwiązania z tamtych czasów przeniosłaby Pani do współczesnych mediów?

Posiadam kilka pomysłów na medialne inspiracje, istnieje jednak jedna rzecz, której absolutnie nie chciałabym widzieć we współczesnych mediach. Przed wojną dziennikarze mieli niedobry zwyczaj podawania dokładnych adresów oraz personaliów bohaterów swoich artykułów. Tak było na przykład w sprawie pewnej dzieciobójczyni z Łodzi, która utopiła zwłoki córki w kloace. Kiedy dziewczynkę odnaleziono i przekazano jej ciało dziadkom, tłum praktycznie szturmował ich dom. Wszyscy domagali się możliwości obejrzenia trupa. Koszmar!

Dzisiaj zdjęcia są retuszowane, nakłada się na nie filtry…

Heca z retuszowaniem zdjęć zaczęła się dawno temu. Przed wojną istniało pełno takich fotografii w prasie. Chociaż mija już blisko stulecie, graficy nadal przesadzają. Wystarczy obejrzeć zestawienia zdjęć przed i po ich ingerencji. Różnice bywają wręcz szokujące.

Jaki ma to wpływ na nasze postrzeganie piękna?

Owszem, osoby na nich uwiecznione mogą być piękne, jednak narzucają tak wyśrubowane standardy, że zwyczajni ludzie nie są ich w stanie doścignąć. Z reklam, ekranu telewizora, czy z okładek modnych czasopism bombardują nas uśmiechnięte gwiazdy, nad którymi pracował sztab stylistów, fryzjerów, makijażystów, a na koniec jeszcze grafik wtrącił swoje trzy grosze. W ciągłym biegu pomiędzy domem, pracą, opieką nad dziećmi i ewentualnie posiadaniem hobby, nie mamy czasu, by aż tak o siebie zadbać. Kiedy kobieta stoi przed lustrem i krytycznie przygląda się swojemu odbiciu, pamięta, że u pani z okładki widziała piękny sześciopak, a nie oponkę. Szkoda, że nie zdaje sobie sprawy, że był rezultatem nie ćwiczeń na siłowni, a kilku pociągnięć myszką w Photoshopie.

Foto: Zdjęcia własne VU MAG "Moja przyjaciółka" z 1939 r.

Przed laty ta presja była mniejsza?

Myślę, że dzisiaj kobiety mają gorzej. W końcu nasze babcie nie żyły w czasach, kiedy nawet klej do płytek reklamuje prawie naga blondynka, o sztucznie powiększonych piersiach i ciele wyrzeźbionym w programie graficznym. Sztucznie zawyżane standardy prowadzą do patologii. Niestety, we współczesnym świecie, zwłaszcza w tzw. show-biznesie, od kobiet oczekuje się zachowania wiecznej młodości. Panie po czterdziestce chcą – ba: muszą! – wyglądać jak dwudziestolatki i z pomocą obstrzykiwania się i skalpela próbują na siłę zatrzymać czas.

A co sądzi Pani o operacjach plastycznych?

Nie potępiam operacji plastycznych jako takich. Są osoby, które ich potrzebują, na przykład ofiary wypadków czy cierpiący z powodu deformacji. Także ci, którzy przez całe życie mają gigantyczny kompleks na punkcie nosa, blizny, zbyt małych piersi czy odstających uszu. Jeśli operacja pomoże im zyskać pewność siebie i podniesie komfort życia, droga wolna. Trzeba jednak, jak w każdej innej dziedzinie, umieć postawić sobie granice.

Foto: istock

Jak znaleźć złoty środek?

To chyba zależy od charakteru. Przed wojną nie brakowało kobiet, dla których dbanie o urodę stanowiło sens życia. Całe dnie poświęcały na zakupy, wyprawy do krawcowej, fryzjera i zabiegi kosmetyczne. Trwoniły na to wszystko prawdziwe fortuny. Niemało było także i tych, które prowadziły dom, pracowały i jeszcze znajdowały czas, by o siebie zadbać. Myślę, że przykład warto brać raczej z drugiej kategorii. Nie trzeba stosować serii skomplikowanych zabiegów i drogich preparatów. Nawet jeśli jesteśmy zapracowani, a nasz budżet nie wytrzymuje wydatków na ekstrawaganckie kosmetyki, wieczorem uszczknijmy kilka minut dla urody. Przed snem zmyjmy dokładnie makijaż i oczyśćmy skórę, a na koniec wmasujmy w nią dobry krem. Podkreślę tu jedno: „dobry” wcale nie oznacza „drogi”. Tanim kosztem możemy taki specyfik przygotować w domu, zresztą kilka przepisów podaję w książce. To doskonała opcja w szczególności dla osób, u których popularne kosmetyki powodują uczulenia. Ale też dla każdego, kto nie chce już dłużej zalewać swojego organizmu chemikaliami.

Co kobiety z XX-lecia międzywojennego powiedziałyby o współczesnym kanonie piękna?

Przede wszystkim obserwując współczesne ulice stwierdziłyby, że… mamy na sobie o wiele za mało ubrań. Bluzki na ramiączkach, szorty czy prześwitujące koszule, spod których wystaje bielizna, nie mieściłyby się w ich pojęciu przyzwoitości. Współczesne piękności byłyby też na o wiele za chude. Dzisiejszy ideał kobiecej sylwetki od tego przedwojennego dzieli dobrych kilka centymetrów w biodrach. Kanony urody mają to do siebie, że w ciągle ewoluują. Ciekawe, co będzie w modzie za 50 lat?

Tematy:

Nieprawidłowy email