Nowojorski styl – jak ubiera się mieszkanka metropolii?

Podarte dżinsy i T-shirty z Guns N' Roses na Greenpoincie, futra z lat 70. na Williamsburgu, kostiumy Chanel na Upper East Side – w Nowym Jorku każda dzielnica ma swój własny styl. Chcesz poczuć się jak lokals? W naszym przewodniku zobacz, co nosi się na Brooklynie, a co jest w dobrym tonie na Manhattanie.

Foto: East News

Carrie przemierzająca Piątą Aleję z torbami od Fendi, Manolo Blahnika i Chanel, Serena i Blair z „Plotkary”, noszące sukienki z aktualnych kolekcji Marchesy, Ralpha Laurena i Very Wang, a w końcu „Dziewczyny” w postrzępionych dżinsach, sukienkach vintage i (zbyt) kolorowych t-shirtach. Zanim po raz pierwszy pojechałam do Nowego Jorku, wiedzę o tym, jak ubiera się metropolia, czerpałam przede wszystkim z seriali. Czy rzeczywistość spełniła oczekiwania wykreowane przez popkulturę?

Upper East Side

Dziewczyny z dzielnicy, gdzie apartament kosztuje od miliona dolarów wzwyż, mają pełne ręce roboty. Nie dość, że zakładają własny start up, zarządzają rodzinnym funduszem inwestycyjnym albo pną się po szczeblach korporacyjnej kariery, to jeszcze z wprawą godzą sukces zawodowy z macierzyństwem. Ale dziewczyny z wyższych sfer, choćby nie wiadomo, jak były zapracowane, zawsze znajdą czas na zakupy, bo strój jest ich wizytówką. W szafie mieszkanek Upper East Side można znaleźć garnitury w stylu YSL, które w ciągu dnia noszą do nienagannych białych koszul (lekko rozpiętych, żeby ukazać perły albo delikatne złote łańcuszki) i szpilek, a wieczorem na drinku za minimum 20 dolarów odsłaniają ciało w koronkowych topach. Spacerując po Central Parku jesienią, nie mogłam się napatrzeć na eleganckie, wyrafinowane, a nawet lekko wyniosłe kobiety bez wieku, których mundurkiem są oprócz garniturów także chanelowskie kostiumiki, spodnie w kant w zestawie z kaszmirowymi swetrami i trenczami albo małe czarne – lekko rozkloszowane, ołówkowe albo o fasonie princeski. I miałam niezbitą pewność, że nigdy nie nabiorę ich ogłady, choćbym przeczytała wszystkie poradniki na temat nowojorskiego stylu, zarobiła swój pierwszy milion i kupowała tylko u projektantów. Klasy nie na się podrobić. Tak jak Chanel 2.55, której łańcuszek błyszczy na ramionach prawdziwych dam.

Foto: East News Upper East Side

Wall Street

Na ulicy, w której codziennej dokonuje się transakcji na kwoty porównywalne do PKB Polski, pieniądze widać także w strojach pędzących z aktówkami maklerów. Ta część miasta wciąż należy do mężczyzn, więc nieliczne kobiety, które dostąpiły zaszczytu obracania milionami, mają tendencję do przejmowania elementów męskiego stylu. Kostiumy jak z „Pracującej dziewczyny”, spodnie w kant, białe koszule to baza. Jej nadbudowę stanowią klasyczne dodatki, które im prostsze, tym więcej kosztują. W tym sezonie w modzie Wall Street są prążki, zdobiące garnitury, kostiumy albo spodnie typu marleny. Płaszcze są zawsze zarzucone na ramię, jakby nie było czasu porządnie ich założyć. Tu bez Antigony Givenchy, shopperki Céline, czy Birkin bag nie warto się pokazywać, więc radzę od razu przejść przez most na beztroski Brooklyn.

Foto: East News Wall Street

Williamsburg

Choć powoli przekazuje pałeczkę Greenpointowi, wciąż jest mekką hipsterów, którzy spędzają dnie na brunchach, przejażdżkach rowerowych i zakupach w sklepach vintage. W postindustrialnych przestrzeniach fabryk nad rzeką można tu trafić na targi staroci, second handy albo stoiska młodych marek. Obowiązuje kontrolowana nonszalancja. Chociaż dżinsy wyglądają jak z szafy wujka drwala, tak naprawdę noszą metkę Alexandra Wanga. Birkenstocki, conversy i New Balance'y niby nosi się dla wygody, ale tak naprawdę dodają sto punktów do lansu. Wełniane czapki, rogowe okulary, staroświecka biżuteria – mundurek hipstera, z którego śmieje się już także Warszawa, powstał właśnie tutaj. I obowiązuje z drobnymi modyfikacjami właściwie do dzisiaj. W tym sezonie Williamsburg oprócz podartych rurek, dżinsowych kurtek oversize i swetrów Kononowicza, nosi też obszerne bomberki, martensy i proste czarne sukienki, najchętniej o średnio zgrabnej długości do łydki. Miałam nadzieję, że na Williamsburgu poczuję się jak w serialu „Dziewczyny” i, o dziwo, poczułam się dokładnie tak – jak na lekko nierealnym, przestylizowanym, nadmiernie już ironicznym planie filmowym.

Foto: East News Williamsburg

Greenpoint

Polska perełka, w której „Karczmy”, „Swojskie smaki” i „Polskie jadło” zastępowane są w ekspresowym tempie przez pola do minigolfa, salony gier żywcem wyjęte z lat 90. i pchle targi. Styl Greenpointu też nie wzbudzi już sentymentu rodaka na obczyźnie do ojczyzny. Tu hipsterzy idą o krok dalej niż na Williamsburgu. Podczas gdy w sąsiedniej dzielnicy są schludni, choć udają nonszalancję i kupują drogie rzeczy, a potem odcinają metki, udając, że to vintage, Greenpoint naprawdę ubiera się w second handach. Co warto podpatrzeć? Tu lata 90., obecne w wystroju wnętrz, w modzie powoli ustępują kolejnej dekadzie, czyli niechlubnym pierwszym miesiącom nowego millenium. Wybierając się na imprezę w dawnej polonijnej sali weselnej zaopatrz się więc w denimowy mundurek od stóp do głów, kolorowe polówki Marissy z „Życia na fali” i sztruksowe kurtki z kożuszkiem w klimacie Lorelai Gilmore.

Foto: East News Greenpoint

East Village

Dziewczyna, która właśnie przygotowuje swój pierwszy wernisaż, nagrała demo płyty albo pisze debiutancką powieść, kocha modę, ale jeszcze bardziej sztukę, więc woli wydać oszczędności (a ma ich niewiele...) na bilet do teatru, nową powieść Franzena albo subskrypcję w Netflixie. Jej styl jest równie niefrasobliwy, żeby nie powiedzieć studencki, nawet jeśli dyplom odebrała dobre kilka lat temu... Za ikonę stylu uważa Patricię Field, a nie Carrie Bradshaw, którą szalona projektantka ubierała. W jej szafie dominuje denim – od ogrodniczek, które mają prawie tyle lat, co ona przez spodnie w stylu Vetements po minispódniczkę, którą na imprezę wkłada do glanów i topów odsłaniających brzuch. Moje doświadczenie z East Village (tak, poszłam na wernisaż, do sklepu w klimacie gabinetu osobliwości i do antykwariatu) jest trochę inne. Choć ulice są pełne hipsterek kochających normcore do tego stopnia, że nie zmieniły garderoby od lat 90., zdarzają się też artystki ubrane o niebo bardziej „sleek” niż absolwentki naszych ASP. W ich stroju grunge'owy ciężar staje się lekki dzięki minimalistycznym fasonom jak z dawnych pokazów Calvina Kleina. Modne marki to wciąż upadający już American Apparel, Uniqlo czy COS. Chciałabym się z nimi zamienić nie tyle na szafę, co na doskonałe wyczucie dodatku. Dzięki kolorowym it-bags, oryginalnym butom i artystycznej biżuterii ich prostota urasta do rangi sztuki.

Foto: East News East Village

Tematy:

Nieprawidłowy email