Jem, ćwiczę, chudnę

Nie jest trenerką fitnessu i nie zamierza nią być. To zwykła kobieta, aktywna zawodowo, która – z perspektywy amatorki – napisała książkę o swojej pasji, czyli o ćwiczeniach na siłowni. Aldona Sosnowska-Szczuka, na co dzień dziennikarka, w ciągu dwóch lat schudła 15 kilogramów i całkowicie zmieniła styl życia. „Jedz, ćwicz i chudnij” powstała we współpracy z najlepszymi ekspertami od sportu – m.in. dietetykiem Jakubem Mauriczem czy dr Marcinem Ambroziakiem.

Foto: Materiały prasowe

Damian Gajda: Pamiętasz swój pierwszy dzień na siłowni?

Tak, było strasznie. Mimo motywacji, czułam się niepewnie. Napakowani faceci, maszyny, które na pierwszy rzut oka wyglądają przerażająco i przeświadczenie, że wszyscy świetnie wiedzą, co mają robić, a ja nie mam o tym pojęcia. Teraz wydaje mi się, że nie należy w ogóle się tym przejmować, bo wiem, że wszystkiego można się nauczyć. Nie warto porównywać się do innych, ale skupić się na sobie i swoim celu. Jeśli brakuje nam pewności siebie, dobrze jest skorzystać z pomocy osób, które się na tym znają – nie wstydzić się podejść do instruktorów, a nawet do stałych bywalców siłowni. Niektórzy może i wyglądają groźnie, ale z doświadczenia wiem, że są chętni do pomocy.

Czym na początku kierowałaś się, wybierając siłownię?

Wydaje mi się, że podświadomie szukałam wymówek, żeby nie zacząć ćwiczyć. Dlatego zamiast zwracać uwagę na wyposażenie siłowni i doświadczenie pracujących tam trenerów, koncentrowałam się na lokalizacji i standardzie łazienek. Pamiętam zaskoczenie recepcjonistki w jednym z popularnych warszawskich klubów, gdy chciała oprowadzić mnie po sali ćwiczeń, a ja poprosiłam ją o to, by pokazała mi najpierw łazienki. Przypomniałam to sobie rok później, gdy ćwiczyłam na małej osiedlowej siłowni na Saskiej Kępie. Wtedy, już totalnie wkręcona w treningi, nie skupiałam się na tym, że warunki w szatni uniemożliwiały mi komfortowe wykąpanie się, wysuszenie włosów i zrobienie makijażu. To nie miało już specjalnego znaczenia. (śmiech)

Wiele razy przyrzekałaś sobie, że nie odpuścisz, a mimo to się poddawałaś. Dlaczego tym razem się udało?

Stwierdziłam, że nie mogę się dłużej oszukiwać. Dotarło do mnie, że to ostatni moment, by coś ze sobą zrobić i uzyskać pożądane efekty. Zaczęłam ścigać się z czasem. Miałam wtedy ponad 40 lat i przy wzroście 160 cm ważyłam 67 kilogramów. Lubiłam siebie, ale byłam sfrustrowana tym, że jestem za gruba. Unikałam kupowania nowych ubrań, bo nie chciałam oglądać się w sklepowej przymierzalni. Niechętnie się fotografowałam. Żyłam też w nieustannym poczuciu winy – wiedziałam, że muszę coś ze sobą zrobić, a nie umiałam tego wprowadzić w życie. Nastrój poprawiałam sobie jedzeniem słodyczy. To działało, ale na krótko, bo po zjedzeniu ulubionej czekolady, nie jednej kostki, lecz całej tabliczki (sic!), natychmiast wydawałam się sobie jeszcze grubsza.

Foto: Materiały prasowe Aldona Sosnowska-Szczuka podczas treningu

To prawda, że po zmianie stylu życia stałaś się najbardziej kłopotliwą klientką restauracji?

Masz na myśli to, że zamawiając dzisiaj jajecznicę na śniadanie, wypytywałam kelnerkę, czy jest przygotowywana na maśle i z ilu jajek? I poprosiłam, by zamiast trzech całych jajek przyrządzili ją z trzech białek i jednego żółtka? W takich sytuacjach rzeczywiście często mam wrażenie, że wychodzę na uciążliwą snobkę, ale to nie tak – po prostu przywiązuję teraz większą wagę do tego, co jem. Mój mąż, który początkowo wstydził się chodzić ze mną do restauracji, teraz już się przyzwyczaił do tego, że szczegółowo odpytuję kelnerów (śmiech).

No właśnie – jak na zmianę Twojego stylu życia reagowali przyjaciele i rodzina?

Moja córka, Klementyna, powiedziała kiedyś, że od momentu, gdy zaczęłam ćwiczyć i inaczej się odżywiać, przestałam smacznie gotować (śmiech). Nie smakowały jej ciasta na mące ryżowej ani naleśniki z mąki gryczanej. Do oleju kokosowego ani ona, ani mój mąż, Paweł, nie przekonali się do dzisiaj. W pracy zamiast croissantów i słodkich bułek, które kupowałam rano w drodze do redakcji, jem regularne posiłki. Przygotowuję je sama w domu. To są proste rzeczy, np. omlet z warzywami, pieczona w folii ryba z ryżem i surówką z kapusty kiszonej.

A słodycze? Wiem, że nadal masz do nich słabość.

Bardzo trudno było mi się od nich odzwyczaić. Na początku stosowałam więc zamienniki. Kiedy miałam ochotę na coś słodkiego, zjadałam garść rodzynek albo kilka daktyli. Albo kaszę jaglaną na słodko, zresztą fajny przepis na jej przyrządzenie podaje w mojej książce Jakub Mauricz. Lubię też mus jajeczno-czekoladowy według receptury Jakuba. Teraz pozwalam sobie od czasu do czasu na kostkę zwykłej czekolady czy ulubione czekoladowe lody, ale zgodnie z zaleceniami Kamila Majka i Jakuba Mauricza, staram się je jeść po treningu. I oczywiście wliczam ich wartość kaloryczną w sumę kalorii, które mam przyswoić danego dnia.

Kobiety obawiają się, że regularne ćwiczenia na siłowni, sprawią, że będą wyglądały jak sportowcy przygotowujący się do zawodów kulturystycznych. Czy Ty też miałaś takie obawy?

Nie, nigdy. Z doświadczenia wiem, że dzięki treningowi siłowemu sylwetkę można wymodelować w dowolny sposób – zmieniać jej proporcje, wyszczuplić, jednocześnie ujędrniając całe ciało. Kamil Majek, mistrz świata w kulturystyce, który jest jednym z ekspertów w mojej książce, podkreśla, że żadna kobieta nigdy nie będzie miała tak rozbudowanej klatki piersiowej jak Arnold Schwarzenneger. Nie pozwalają na to ani anatomia, ani niewielka ilość testosteronu wydzielana przez kobiecy organizm.

Co było Twoją główną motywacją?

Chciałam schudnąć. I na początku nawet nie zdawałam sobie sprawy, że trening siłowy w krótkim czasie pozwala osiągnąć tak dobre efekty bez głodzenia się. Uwielbiam jeść, dlatego musiałam znaleźć dla siebie taką formę aktywności fizycznej, która mi to umożliwi. Oczywiście – musiałam zmienić swoją dietę i dostosować ją do potrzeb osoby ćwiczącej, ale nie wiązało się to z tyloma wyrzeczeniami, co odchudzanie u zwykłego dietetyka.

Zdarzyło Ci się odpuszczać, odwoływać treningi?

Po raz pierwszy w życiu nie odwołałam treningu z błahego powodu – bo nie chciało mi się wstać albo padał deszcz. Przestałam szukać głupich wymówek. Wiedziałam, że to się nie opłaca. Poza tym dzięki mojemu trenerowi, Piotrowi Grużewskiemu, tak bardzo wkręciłam się w regularne treningi (pokochałam nawet ból, który towarzyszył niektórym ćwiczeniom!), że wiedziałam, że już nie odpuszczę i się nie poddam. Nie warto, bo z tygodnia na tydzień widziałam efekty.

W jaki sposób je kontrolowałaś?

Przyznam, że na początku obsesyjnie się ważyłam. Stawałam na wadze nawet kilka razy dziennie! (śmiech). Wpadałam w paranoję, gdy po południu waga wskazywała więcej niż rano tego samego dnia. Z czasem poznałam swój organizm i zrozumiałam, że takie wahania wagi są naturalne. Przestałam się nimi przejmować i odpuściłam. Teraz kontroluję wagę raz na dwa tygodnie i staram się obserwować zmiany zachodzące w moim ciele sama. Na stały progres wskazuje na przykład to, że raz na jakiś czas muszę kupować nowe, mniejsze ubrania.

Ile razy zmieniałaś garderobę, od kiedy zaczęłaś ćwiczyć?

Trzy razy – od rozmiaru L do S/XS. To bardzo miłe i motywujące uczucie.

Foto: Materiały prasowe Jedz, ćwicz, chudnij - Aldona Sosnowska-Szczuka

Tematy:

Nieprawidłowy email