Marzyłam o takim życiu - rozmowa z Izą Tarasewicz

Prace pochodzącej z małej wioski pod Białymstokiem Izy Tarasewicz, młodej rzeźbiarki, autorki instalacji i perfromansów, pokazywane są w najbardziej prestiżowych instytucjach muzealnych na całym świecie. Znajdziemy je w m.in. w Sao Paulo, Moskwie, Miami, Berlinie, a nawet koreańskim Gwangju. Od kiedy międzynarodowi kuratorzy dostrzegli jej talent, więcej czasu spędza w podróży niż własnym atelier.

Foto: Materiały prasowe

Międzynarodowy magazyn „ArtReview” właśnie opublikował listę Future Greats, na której co roku pojawiają się nazwiska najciekawszych artystów młodego pokolenia. Ciebie redakcja umieściła na pierwszym miejscu. Jakie to uczucie?

Radość! Nie jest ważne dla mnie to pierwsze miejsce, tylko to, że w ogóle się tam znalazłam. (śmiech) Takie artykuły z pewnością pomagają w karierze. Dzięki nim dostaję zaproszenia udziału w interesujących projektach. Chociaż jednocześnie staram się zachować dystans – przecież nie pracuję po to, by o mnie pisano. Pracuję, bo mam coś do powiedzenia i przekazania publiczności.

Nigdy nie miałaś momentu zwątpienia, kiedy chciałaś odpuścić?

Za swój największy sukces uważam to, że rozwijam się, pozostając nadal tą samą osobą, którą byłam przed rozpoczęciem kariery. Jak każdy człowiek przeżywam sinusoidy wzlotów i upadków. Nieunikanie kłopotów uważam za najciekawszy aspekt życia. Ryzyko, liczne próby i pomyłki ukształtowały moją osobowość i sztukę, którą tworzę.

Rankingi, nagrody, wystawy. Jak na sukces, który osiągnęłaś, reagują artyści w Twoim wieku?

Och, o to powinieneś ich zapytać – każdy ma własny sposób. Ja się po prostu nimi nie przejmuję i robię swoje. Jestem raczej „samotnym myśliwym”.

Pochodzisz z małej wioski pod Białymstokiem, dziś jesteś obywatelką świata. Gdzie czujesz się  „u siebie” – w Kolonia Koplany czy „na salonach”?

Wszędzie równie dobrze – tak już mam. Lubię siebie, lubię ludzi i nowe doświadczenia. Z pewnością wyniosłam to właśnie z domu, z Koplan. Moja rodzina bardzo mnie wspiera w tym, co robię.

Jak dzieciństwo spędzone na wsi wpłynęło na Twoją sztukę?

Ogromnie – to oczywiste! Miałam piękne dzieciństwo, pełne wolności i szaleństwa. Żyliśmy skromnie, ale dzięki temu moja wyobraźnia brykała, gdzie chciała. Lepiej być nie mogło.

Wybór redakcji „ArtReview” wcale nie dziwi; w 2016 r. pokazywałaś swoje prace na czterech kontynentach: od San Paulo po koreańskie Gwangju, od Miami po Moskwę. To był ciężki rok?

Intensywny, wspaniały, ale nie ciężki. Marzyłam o takim życiu, więc cieszę się, że je wiodę. Najbardziej cieszy mnie to, że poznaję niezwykłych ludzi i mam szansę pracować z utalentowanymi artystami i kuratorami.

Jak wygląda Twój dzień? Wstajesz rano, jesz śniadanie i idziesz do pracy?

Wstaję rano i staram się nie spieszyć. Budzę się powoli, by przedłużyć to wspaniałe uczucie, gdy mam czysty i wypoczęty umysł. Piję kawę, słucham muzyki. Kiedy pracuję nad jakimś projektem, na etapie wstępnym sporo czytam, szukam informacji, robię notatki i modele, rysuję. Jeśli zaczynam produkcję, jest bardziej intensywnie – pracuję do świtu do nocy. Kupuję i testuję materiały – robię tysiąc rzeczy na raz. Lubię taką zmienność – leniwy czas researchu, potem szalony etap realizacji i montażu. Dotychczas wszystkie dzieła wykonywałam na wsi, w warsztacie stolarskim mego dziadka pod Białymstokiem. Zazwyczaj panuje w nim bałagan – dziadek pewnie w grobie się przewraca!

Twoja słynna praca „Turba, Turbo” inspirowana jest teorią chaosu. Sama jesteś świetnie zorganizowana czy żyjesz w chaosie?

I tak, i tak. Z czegoś wynika to, że próbuję zorganizować w bardziej zrozumiały „system” teorię chaosu. Nie mogę powiedzieć, że jestem superzorganizowana – czasami bywam roztargniona i nieogarnięta (śmiech). Generalnie jednak staram się panować nad rzeczywistością. Podczas produkcji mam wiele zobowiązań. Lubię sprawne akcje i praktyczne rozwiązania.

Foto: Materiały prasowe Praca Izy Tarasewicz

Swoje rzeźby i instalacje wykonujesz z różnych materiałów: stali, kauczuku, wosku, betonu. Lubisz kontakt z materią? 

Ostatnio opowiadałam mojemu mężowi, jak w dzieciństwie wynosiłam z kuchni mąkę, cukier i groch. Potem bawiłam się w dom – gotowałam z tego zupki dla lalek. Lubię eksperymentować, więc poszukiwania i zaskoczenia w pracy z różnymi materiałami dają mi satysfakcję.

Pracowania jest dla Ciebie azylem czy zapraszasz do niej gości?

Korzystam z pomocy rodziny oraz sąsiadów ze wsi i okolic Białegostoku. Często towarzyszą mi siostra Małgorzata, jej dwie córki – Iga oraz Nela, i nasza Mama, Maria, którą, ze względu na temperament, nazywamy „kierowniczką zakładu”. Lubię, gdy pracujemy razem – to taki mały „biznes rodzinny”. Najczęściej zresztą nie mam wyboru – naprawdę potrzebuję ich wsparcia. Większość projektów powstaje z produkowanych ręcznie materiałów, dlatego każda para rąk do pomocy się przydaje.

W swojej twórczości poruszasz tematy egzystencjalne, w filozofię. Nie chcesz komentować tego, co dzieje się wokół Ciebie?

Absolutnie nie uciekam od rzeczywistości – moja sztuka nie jest „zaangażowana”, ale to nie oznacza, że zamykam się na świat. Zresztą trudno nie odczuwać wpływu zmieniającej się w drastycznym tempie atmosfery politycznej. Mąż, Amerykanin, ma swojego politycznego bałwana – Trumpa – a ja – Kaczyńskiego. Uwierz mi, nie jestem ignorantką. Podróżuję z projektami po całym globie – w ciągu ostatnich dwóch lat w świecie sztuki na pierwszym miejscu są tematy polityczne.

Twoje wielkoformatowe prace, trudno byłoby wyeksponować w prywatnym domu. Mało kto przecież mógłby sobie pozwolić na powieszenie w salonie monumentalnej „Turba, Turbo”! Kto kupuje Twoje dzieła? Osoby prywatne, muzea?

Wiesz, ja nie projektuję prac w taki sposób, aby łatwiej się sprzedawały. Moje instalacje są kompleksowe i skomplikowane, ale nie na tyle, aby mieć z nimi problemy. Sprzedaż następuje tak czy siak: dowód na to, że ludzie liczą się z innymi wartościami, niż wyłącznie funkcja dekoracyjna. Nie narzekam na brak zainteresowania klientów.

Tematy:

Nieprawidłowy email