Gdzie jesteś, Angelino Jolie?

Kiedyś podczas pokazów mody były częściej fotografowane od samych kolekcji. Ostatnio jednak gwiazdy przestały przychodzić na te imprezy. Co je zniechęciło?

Foto: East News

Czy to nie przed rokiem Katie Holmes, Jennifer Hudson i Lucy Liu przyciągnęły najwięcej uwagi i błysków fleszy na pokazie jesiennej mody Zaca Posena? Marne sześć miesięcy później Posen uświetnił swoje show zbiorem mniej znakomitych gości jak Malin Akerman, Kelly Bensimon i Olivia Culpo (wiecie w ogóle, kto to taki?).

W lutym ubiegłego roku Claire Danes, Laura Linney i Amy Schumer przyszły użyczyć swojego gwiazdorskiego prestiżu wydarzeniu Narcisa Rodrigueza; we wrześniu śledzący jego imprezę paparazzi mogli zaskoczyć podczas jego pokazu co najwyżej Jessikę Albę i Jessikę Seinfeld.

Tak jakoś wyszło. A teraz, w okresie kolejnych nowojorskich pokazów, niewiele ryzykując, można założyć, że gąszcz gwiazd na widowni jeszcze się przerzedzi, a pierwszy rząd, przy wybiegu dla modeli, nie będzie przyciągać wzroku. – Wciąż można mieć nadzieję, że jakiś celebryta tam zasiądzie – pocieszał się niedawno Tommy Hilfiger, którego sojusz z czołowymi asami rozrywki trwa nieprzerwanie od lat 80. Ale ostatnio nawet Hilfiger zasugerował, że projektanci i najważniejsze marki z Siódmej Alei powinny uważnie przemyśleć swoje strategie marketingowe. Sama w sobie “obecność gwiazd nie pomoże w ruszaniu igłą”, zauważył.

Uświadomienie sobie tego zajęło jednak środowisku mody trochę czasu. – Pod koniec lat 90. i na początku lat 2000 pokazy były naprawdę napędzane gwiazdami – uważa Billy Farrell, szef firmy BFA zajmującej się oprawą fotograficzną tego typu wydarzeń. – Kiedyś miałem do sfotografowania długą listę twarzy. Teraz na konkretnym pokazie będę miał nie więcej niż pięciu celebrytów, którzy usiądą w pierwszym rzędzie albo przyjdą ubrani w strój od projektanta.

Ta celebrycka posucha na pokazach może mieć wielorakie przyczyny: zmęczenie publiczności nachalnym eksponowaniem gwiazd, zmęczenie modą i przede wszystkim skromniejszy budżet takich imprez. – Ludzie nie mają tyle pieniędzy co kiedyś i są przestraszeni – twierdzi pisząca o modzie Kelly Cutrone.

Świadomi, iż inwestycja może się nie zwrócić, projektanci są coraz mniej skorzy płacić tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy dolarów, żeby zapewnić sobie obecność, powiedzmy, Jessiki Chastain, Julianne Moore czy Lady Gagi bądź innej osobistości popkultury, która po przybyciu może nawet nie zadać sobie trudu, żeby powiedzieć coś dziennikarzom.

Foto: East News

Wygląda na to, że dla projektantów temat braku gwiazd jest drażliwy. Wśród osób, które nie chciały wypowiedzieć się na potrzeby tego artykułu, byli Marc Jacobs, Georgina Chapman i Keren Craig z Marchesy, Carolina Herrera, Jeremy Scott, Diane von Furstenberg, Alexander Wang i Vera Wang.

Inni dziennikarze modowi oraz autorzy modowych strategii byli gotowi wypowiadać się z większą swobodą i otwarcie powiedzieć, że niedostatek gwiazd miałby, wśród innych powodów, wynikać z pewnego przesytu u publiczności. – Ludzie doskonale wiedzą, że ten pierwszy rząd jest opłacony – zauważyła Cutrone. – Czy naprawdę ktoś byłby skłonny uwierzyć, że Drew Barrymore i Diane Kruger chodzą na pokazy Seven jeans, bo lubią Seven jeans?

Bardziej niepokojącym wyjaśnieniem byłoby przyznać, że w ostatnim czasie pokazy mody straciły na prestiżu. – Nie są już wcale takie odjazdowe – skomentowała Teri Agins, autorka książki z 2014 roku “Hijacking the Runway” o tym, jak na przestrzeni lat zmieniała się publiczność pierwszego rzędu. Europejskie domy mody jeszcze przyciągają gwiazdy pewnego kalibru, dodała Agins, albo z powodu prestiżu Europy, albo za sprawą pokus finansowych od firm kosmetycznych i marketingowych. Jednakże w Nowym Jorku zachęt zaczęło brakować. (…)

Nikt nie powie tu co prawda, że gra o gwiazdy kompletnie się skończyła. Zdaniem niektórych projektantów uwaga publiczności przesunęła się raczej od aktorów i muzyków w stronę innych sław popu. – Garstka supermodelek cieszy się ogromnym powodzeniem w mediach społecznościowych, a pod tym względem prowadzi Gigi Hadid – powiedział Hilfiger. – To dziewczyna z sąsiedztwa, o egzotycznej urodzie (matka Hadid jest Holenderką, a ojciec – Palestyńczykiem).

Rzeczywiście, Hilfiger był gotów wykorzystać rosnące międzynarodowe znaczenie Hadid, zatrudniając ją na wybiegu, w spotach reklamowych i projektując specjalnie dla niej minikolekcję. Przedsięwzięcia, które opłaciły się firmie, przynosząc 2,2 mln komentarzy w mediach społecznościowych, 900-proc. wzrost sprzedaży internetowej w ubiegłym roku i dziesiątki milionów dolarów ze sprzedaży specjalnej linii Hadid.

Foto: East News Gigi Hadid podczas mediolańskiej prezentacji kolekcji jesień-zima 2017/18, którą zaprojektowała dla Tommy Hilfigera

Wielu ludzi pochwaliło pomysł Hilfigera, w tym projektanci pracujący dla innej klienteli. – Rozumiemy korzyści płynące z takiej współpracy, nie będziemy udawać, że nie – przyznał Ryan Lobo, który wraz z Ramonem Martinem współtworzy Tome, kolekcję dla osób o artystycznym zacięciu.

Lobo i Martin wolą jednak inaczej posługiwać się marketingiem gwiazd, wracając do jego korzeni. Na swoje pokazy zapraszają lojalnych i sławnych klientów w rodzaju artystek Shirin Neshat i Kary Walker, obok których zasiadają osobistości takie jak Sandra Bernhard. – Staramy się stworzyć intrygującą mieszankę – wyjaśnił Lobo – jakbyśmy zapraszali do stołu na obiad ludzi, którzy w innych okolicznościach nie mieliby okazji się spotkać.

Idąc dalej za tą analogią, Martin dodał: – Ci ludzie są naszymi osobistymi idolami, ale będą też inni. Zawsze będzie można dostawić do tego stołu jeszcze jedno krzesło.

Tłum. Dominika Bartmann

Tematy:

Polecamy także:

Nie udało się dodać załącznika.
Nie udało się dodać więcej załączników, usuń któryś z już dodanych
Poczekaj chwilę - trwa dodawanie załączników.

Komentarz został wysłany.

Przepraszamy Twój komentarz nie może zostać wysłany

Wkrótce pojawi się w serwisie. Zachęcamy do dalszej dyskusji. Wystąpił błąd i nie można zapisać komentarza.

 









Wpisz, jak chcesz się przedstawić
lub zaloguj się

Nieprawidłowy email