TOMASZ OSSOLIŃSKI: NA DŁUGO PRZED POKAZEM

Jeszcze nie przekroczył czterdziestki, ale w ubiegłym roku minęło 20 lat, odkąd zaczął karierę projektanta mody. Obchody jubileuszu trwają już ponad rok, bo dopiero teraz, 13 czerwca wszedł na ekrany kin godzinny dokument kręcony w trakcie powstawania jubileuszowej kolekcji, „Tomasz Ossoliński: Before the show”.

Gosia Baczyńska i Tomasz Ossoliński / mwmedia

Wiele do stracenia

Miał 16 lat kiedy zrobił swoją pierwszą kolekcję i pierwszy pokaz mody, specjalnie dla Jerzego Antkowiaka. Był 1993 rok, Ossoliński był uczniem Technikum Odzieżowego w Katowicach, Antkowiak – najbardziej znanym projektantem mody w kraju, wieloletnim dyrektorem Mody Polskiej i człowiekiem, który zasiadał w jury każdego konkursu, mającego związek z modą. I właśnie przyjeżdżał na Śląsk na konkurs Burdy, z okazji wprowadzenia do Polski tego legendarnego już w PRL-u żurnalu. I Tomek błyskawicznie zobaczył w tym szansę, by Mistrz dowiedział się o jego istnieniu – zaproponował organizatorom, że uświetni imprezę swoim pokazem mody (nawet gdyby chciał, nie mógłby brać udziału w konkursie, przeznaczonym dla amatorów). Wszystko miał przemyślane – zrobił kolekcję gorsetów, bo wymagały małej ilości materiału, załatwił sobie konsultacje z anatomii, namówił koleżanki ze szkoły do wystąpienia w roli modelek, zorganizował im próby… Kolekcja była młodzieńcza, artystyczna, szalona i …dobrze uszyta. Plan się powiódł, Jerzy Antkowiak i towarzysząca mu Kalina Paroll – również wieloletnia projektantka Mody Polskiej, a później autorka znakomitych projektów, m.in. strojów, w których Ewa Braun pojechała odebrać Oskara za scenografię do „Listy Schilndera” – nie tylko zauważyli ambitnego ucznia, ale i udzieli mu wsparcia, np. Kalina Paroll ułatwiła mu zdobycie tkanin do następnej kolekcji. Ale przede wszystkim ich błogosławieństwo zwróciło na niego uwagę środowiska i otworzyło przed nim wiele drzwi. Wkrótce prowadził własny program w regionalnej telewizji, do którego zapraszał gości ze świata mody, sztuki i kultury i szybko stał się znany na całym Śląsku.

Zabawne, ale dopiero po 20 latach, podczas kręcenia filmu „Before the show”, Tomek dowiedział się, że miał wiele nie tylko do zyskania, ale i do stracenia – jego brawurowy pomysł mocno zdenerwował pedagogiczne grono; nie będąc w stanie ocenić, czy kolekcja jest dobra, czy fatalna, czy nie ośmieszy siebie i całego technikum w oczach Jerzego Antkowiaka i mediów, uradzono, że jak coś źle pójdzie, to Ossoliński wyleci ze szkoły…

Tomasz Ossoliński / mwmedia

Bytom

Miał 19 lat kiedy został głównym projektantem Zakładów Przemysłu Odzieżowego „Bytom”. To była połowa lat 90. („1995… albo 96. Jakoś tak” – kwituje moje dociekania Tomasz Ossoliński”). Przez cały PRL garnitur z bielskiej wełny z metką „Bytom” uchodził za szczyt elegancji i najlepszą inwestycję – ten, kto kupił go na maturę lub do ślubu, chodził w nim na wszelkie inne uroczystości jeszcze przez następnych 20 lat. Długie lata dla „Bytomia” projektowała Maria („Mysza”) Węgiel – rówieśniczka Jerzego Antkowiaka, bardzo znana w środowisku modowym. Wyrazista, zdecydowana, chętnie nosiła bytomskie smokingi lub frak w stylu sufrażystek z lat 20-tych. Zastąpienie jej przez uśmiechniętego, długowłosego nastolatka było, łagodnie mówiąc, dużą zmianą… W dodatku przypadło to na etap budowania kapitalizmu – którego na przykład nawet taka marka jak Moda Polska niestety, nie przeżyła.

To, że Ossoliński się w „Bytomiu” utrzymał, zawdzięcza sobie. Szyć – ręcznie i na maszynie – nauczył się w domu, od babci, która była krawcową. Nauka w szkole wczesne przygotowywanie własnych kolekcji, udział w konkursach, sprawiło, że robił nie tylko projekty, ale i konstrukcje swoich ubrań – czyli ich wykroje, formy. Mógł szybko udowodnić pracownikom, że jego awans nie był przypadkowy. Ale też „Bytom” w dużej mierze ukształtował go jako projektanta, pozwolił poznać cały proces produkcji i mechanizmy rynkowe, projektować rocznie po 300 wzorów w pełnej rozmiarówce, współpracować z najlepszymi krojczymi i krawcami. Męskie krawiectwo to brutalna chwila prawdy – tu nic nie przesłoni się falbaną, nie odwróci uwagi kolorowym printem – garnitur albo leży dobrze, albo nie. Kiedy w 2002 roku Tomasz Ossoliński („No, tak, tak chyba jakoś było – 2001 lub 2002 rok: początek nowego wieku”) przeprowadził się do Warszawy i założył własne atelier, miał już nie tylko pierwszych klientów, ale i zaufanie do swoich umiejętności, świadomość posiadania dobrego warsztatu. To mu dało od początku komfort pracy na własnych warunkach, dużą niezależność.

Marka

Bardzo konsekwentnie rozwijał swoją markę. Jego klientelę stanowią głównie zamożni przedsiębiorcy, wysoko postawieni politycy, nowożeńcy i …Polacy nominowani do Oskara. Nie afiszuje się z tym, nie sypie nazwiskami; nawet przymiarki w jego atelier – dawnej w hotelu „Bristol”, przez ścianę z Pałacem Prezydenckim, a obecnie na Mokotowskiej 56 – stara się organizować tak, by klienci na siebie nie wpadali i mieli zapewnioną dyskrecję. Chyba, że któryś z nich – jak muzyk Kuba Badach, mąż Oli Kwaśniewskiej – sam się pochwali, kto szył jego smoking. Nadal ma wielu klientów ze Śląska. Chętnie szyje dla młodych ludzi. Byłam kiedyś świadkiem, jak jednemu z nich obrazowo tłumaczył, dlaczego używa tylko najlepszych włoskich wełen; – Jeśli ty będziesz w czarnym garniturze i inni mężczyźni też będą w czarnych garniturach, to ty będziesz wyglądał lepiej…

Kilkakrotnie ubierał polskich filmowców nominowanych do Oskara – począwszy od reżyserki dokumentalnego filmu Hanny Polak „Dzieci z Leningradzkiego”, po reprezentantów „Katynia” Andrzeja Wajdy i „W ciemności” Agnieszki Holland.

Oprócz tego jego firma realizuje duże zlecenia – projektował stroje dla polskiej reprezentacji na olimpiadę w Pekinie i służbowe uniformy dla pracowników dużych przedsiębiorstw. Jednym słowem, udało mu się stworzyć własną markę, która jest stabilna finansowo. I pozwala mu na realizację projektów artystycznych.

Tomasz Ossoliński. Before the Show / AKPA

Projektuje bardzo spektakularne kreacje dla Grażyny Szapołowskiej. Po raz pierwszy spotkali się w 2002 roku, kiedy aktorka wręczała nagrodę Telekamery Jeremy’emu Ironsowi – przedtem wystąpiła w sesji dla „Vivy”, która poprosiła Ossolińskiego o przygotowanie strojów dla aktorki („To było w hotelu „Mariott”, nie było do dyspozycji żadnej garderoby i musieliśmy robić przymiarki w toalecie, co Grażyna wypomina mi do dzisiaj. Zawsze lubiłem mocne kobiety, ona znakomicie wygląda we wszystkich kreacjach, bo ma tę spokojną pewność siebie”.) Szapołowska jest gwiazdą najbardziej kojarzoną z jego linią kobiecą – złotymi sukniami, garniturami, wieczorowymi płaszczami – ale to, co wydaje się ich łączyć najsilniej, to nie zażyłość towarzyska, a podobny rodzaj artystycznej wrażliwości. Ciekawostka – on siada do szycia zawsze w jednym bucie, naciskając pedał maszyny gołą, prawą stopą: inaczej nie umie. Ona każdą nową rolę próbuje boso, by jak najmocniej czuć pod stopami deski teatralnej sceny.

Własne pokazy

Pierwszy pokaz mody zorganizował w 2005 roku. Najbardziej spektakularny – w 2008, z okazji 15 –lecia działalności. Kolekcję „Hugenoci” na sezon wiosna/lato 2009 pokazał w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej i był to właściwie bardziej spektakl, z udziałem chóru opery i pokazem 6-minutowej etiudy filmowej z udziałem Charlotte Rampling. Najszerzej komentowany był pokaz obecnej kolekcji, wiosna/lato 2014, którym Tomasz postanowił uczcić 20-lecie swojej pracy.

Pokaz odbył się w ostatni dzień września 2013 roku w warszawskim Instytucie Energetyki, który słynie z tego, że mieści się w kompletnych chaszczach na skraju miasta (zbudowano go w latach 50. na terenie wsi Mory, przy szosie na Poznań) oraz, że ma Halę Wysokich Napięć, w środku o wysokości 12-piętrowego wieżowca. Bardzo spektakularne wnętrze: olbrzymie, puste, wyposażone w aparaturę do imitowania deszczu i błyskawic. Nawet tłum ludzi czuje się tam jak dziecko w ciemnym lesie. Ale tym razem tłumu nie było, bo Ossoliński zaprosił na jubileuszowy pokaz tylko jakieś 200-300 osób. Swoją publiczność – ludzi, którym przez te 20 lat projektował i szył ubrania, udzielał wywiadów, pożyczał stroje do sesji fotograficznych, z którymi współpracował, rozmawiał, pił kawę albo wódkę. Nie było blogerek i youtuberów, nie było gwiazdeczek i początkujących projektantów w dziwnych ubraniach i tego tłumu stylistów, stylistek, ich asystentów i zwykłych imprezowiczów, który oblega bramkę każdego pokazu mody i tworzy tę specyficzną atmosferkę. Na parkingu, na tle blaszanej ściany, kilku wkurzonych fotoreporterów usiłowało zrobić zdjęcia co bardziej znanym gościom – bo ani ich, ani ekip telewizyjnych Ossoliński do środka też nie zaprosił…

Nikt nie miał wtedy pojęcia, że chodzi o zapewnienie ekipie filmowej jak najlepszych warunków, by mogła dokończyć dokument „Tomasz Ossoliński. Before the show” i utrzymanie całego przedsięwzięcia w tajemnicy. Środowisko odczytało to jako protest i manifestację niezależności – od dawna już projektanci narzekali, że media nie oceniają ich pracy, nie pokazują kolekcji; że najważniejsze są zdjęcia celebrytów ustawionych na ściance z logo sponsorów. Podobno w jednej ze szkół omawiano ten pokaz jako szczególny przypadek: „czy warto wydawać kilkadziesiąt tysięcy złotych na imprezę i rezygnować z promowania jej w mediach?” Sam Ossoliński, kompletnie nieświadom zamieszania – bo z jego punktu widzenia wszystko było jak zwykle, tylko trochę lepiej: wszyscy mieli miejsca siedzące, kolekcja była piękna i miała spektakularną „deszczową” oprawę, były kwiaty, wiwaty, bar otwarty do drugiej w nocy i nawet ścianka, na której na własne życzenie fotografowali się goście, którzy chcieli zrobić przyjemność projektantowi i sponsorom jego pokazu – wyjechał w Tatry.

(„Dorota Williams, jak zobaczyła mnie po pokazie, powiedziała; – O nie! Zabieram cię w góry! No, i pojechaliśmy do Zakopanego, i wszedłem na te wszystkie szczyciki w moich czerwonych Nike’ach. Pierwszy raz w życiu – do tej pory moją ulubioną trasą był spacer z Juraty do Helu i z powrotem, bo te ubrania do górskich wypraw zawsze strasznie brzydkie mi się wydawały. Ale spodobało mi się. Będę chodził po górach. Buty sobie kupię jakieś, na pewno Włosi robią coś ładnego – bo nie ma takiej opcji, żebym ja nosił brzydkie buty, nawet w lesie!”)

Kilka miesięcy później okazało się, że jest współprowadzącym telewizyjnego programu „Project Runway”, potem zaczął pisać blog o tym, co lubi najbardziej – o kracie Glencheck, płaszczu w kolorze camel, flanelowym garniturze, białej koszuli, wełnie z wikunii… A teraz na ekrany kin w całym kraju wchodzi godzinny dokument, który wbrew pozorom nie jest spóźnioną relacją z tamtego pokazu, ale relacją z backstage’u życia projektanta. Opowieścią o pracy, dyscyplinie, relacjach z innymi ludźmi, długofalowej strategii, dążeniu do celu, ciągłym szukaniu równowagi między brawurą a pokorą, odlatywaniem w kosmos pomysłów a chodzeniem po ziemi, samotnością a szukaniem bliskości.

I nic nie jest takie, jakie się wydaje: – bo to nie bankiet, odcinanie kuponów od popularności, tylko początek czegoś nowego. Co to będzie? Co Tomasz Ossolinski chce zainicjować tym filmem? Może coś ogólnego: początek nowego etapu w polskiej modzie, początek rzeczowych rozmów o wszystkim – kreacji, rynku, partnerach biznesowych, pieniądzach, sponsorach, dziennikarzach, oczekiwaniach i rozczarowaniach? Może coś prywatnego; sieć pracowni w innych miastach, wejście na rynki zagraniczne, własną szkołę mody, produkcję swoich kolekcji pret-a-porter?

Nie wiem, nawet nie pytam, bo domyślam się odpowiedzi – jak zwykle: „teraz jeszcze za wcześnie o tym rozmawiać; jak będę mógł, to powiem”.

Warto spokojnie poczekać, posłuchać, zobaczyć „Before the show”. W ogóle warto obserwować Ossolińskiego: jego warsztat, projekty, jego ręce. Zwłaszcza, gdy trzyma w nich nożyce…

-----------

Czytaj też w Projekt Mokotowska o Judycie Fibiger, reżyserce i autorce scenariusza „Tomasz Ossoliński. Before the show”

Tematy:

Nieprawidłowy email