Prince - pożegnanie księcia muzyki i ikony mody

Prince, książę muzyki, zmarł 21 kwietnia w swojej posiadłości Paisley Park w Minnesocie. Miał 57 lat. Pozostawił po sobie miliony opłakujących go fanów, 50 płyt i tysiące piosenek. Zapamiętamy go jako enigmę, geniusza, kameleona – artystę, który w ciągu 40 lat kariery tak często zmieniał emploi, styl i wizerunek, że trudno za jego metamorfozami nadążyć. Prowokował, szokował, wyprzedzał swoje czasy. W duszy pozostał bezkompromisowym, romantycznym, trochę zagubionym Małym Księciem.

Foto: East News

Nigdy nie zapomnę, gdy po raz pierwszy usłyszałam muzykę Prince’a. Był 1996 rok, miałam 12 lat, a tata przyniósł do domu trzypłytowy album „Emancipation”. Dom rozbrzmiewał dźwiękami „Betcha by Golly Wow!", „The Holy River” i „The Love We Make”. Prince nie był wtedy Princem tylko „Artystą znanym kiedyś jako Prince”. Nosił dziwne szaty, które przypominały japońskie kimono, indyjskie sari albo szaty buddyjskich mnichów. Książę stał się wtedy moim królem. Pozostanie nim także po przedwczesnej śmierci. Urodzony w 1958 roku Prince Rogers Nelson, syn muzyka Johna L. Nelsona i piosenkarki jazzowej Mattie Della Shaw, łączył punk z popem i funk z rockiem, gdy inni śpiewali disco. Nosił żaboty, neonowe smokingi i długie loki, gdy inni ubierali się na czarno. Na przemian przebierał się w teatralne kostiumy i rozbierał do naga. Równie ekscentrycznie ubierał się na koncertach, wielkich galach i prywatnie. Bywał małym chłopcem, przystojnym mężczyzną, a nawet piękną kobietą. Naginał granice genderu, kiczu, sztuki. Grał na gitarze jak wirtuoz, nie wspominając o kilkudziesięciu innych instrumentach, którymi władał bez większego trudu. Śpiewał głosami co najmniej kilku wokalistów, pisał przeboje i piosenki wymykające się gatunkom, do dzisiaj brzmiące, jakby powstały zaledwie miesiąc temu. Siedmiokrotny laureat nagrody Grammy, zwycięzca Oscara za „Purple Rain”, artysta, który sprzedał sto milionów albumów, wszystko robił sam – od tekstu przez muzykę po aranżację. Sam też tworzył swój wizerunek, nieodłącznie spleciony z muzyczną fazą, w której akurat się znajdował, chociaż na początku kariery próbował przekonywać dziennikarzy, że „po prostu narzuca na siebie to, co ma pod ręką”. W czasach trzeciego po „For You” i „Prince” albumu „Dirty Mind” w 1981 roku nosił body, damskie dzwony z wysokim stanem i bandany. W 1985, gdy wydał przebojowy „Purple Rain”, od którego nazywa się go do dziś „The Purple One”, garnitur wysadzany perłami, różowe boa, wiktoriańskie kołnierze i romantyczne loki. Album „Lovesexy” z 1988 roku promował ubrany w groszki i krótkie topy, odsłaniające umięśniony brzuch.

Foto: East News Prince i jego stroje sceniczne z 1981, 1985 i 1988 roku

Na koncercie w 1993 roku pokazał się w policyjnej czapce, z zakrytą twarzą. Ten look skopiowała wiele lat później Beyoncé.

Foto: East News Prince w czapce policyjnej na koncercie w 1993 roku

W latach 90. bywał androginicznym efebem w koronkach, na początku wieku – dandysem w meloniku, a w 2005 roku białym kapłanem na rozdaniu People's Choice Awards, a potem dowiódł miłości do purpury, swojego źródła mocy, w finale amerykańskiego „Idola” w 2006 roku.  W 2011 założył cekinowy kombinezon (wtedy też wyprosił ze sceny Kim Kardashian, bo kiepsko tańczyła, za co trudno go nie lubić…), w ciągu ostatnich kilku lat znów pokochał cyfrowe nadruki, do czarnych korzeni powrócił w 2014 roku podczas występu w The Hollywood Palladium i występując w jednym z odcinków serialu „Jess i chłopaki”.

Foto: Getty Images Prince i jego stroje sceniczne z 2006, 2005 i 2011 roku

Jak złoty feniks odrodził się z popiołów podczas American Music Awards rok temu. To był jeden z ostatnich publicznych występów filigranowego artysty. Istoty nie z tego świata, która zstąpiła na ziemię na zbyt krótkie 57 lat, żeby otworzyć oczy swoim fanom. To on inspirował projektantów, a nie oni jego. Nigdy nie związał się na stałe z żadną marką, jego kostiumy były szyte na miarę, zazwyczaj na bakier z obowiązującymi trendami. Był modowym flâneurem, poszukiwaczem przygód, wiecznym tułaczem, który wzorem francuskiej szlachty z XVIII wieku nosił obcasy („Nie dlatego, że mierzę 158 centymetrów, tylko dlatego, że kobiety kochają szpilki”, mówił), tak jak starożytni Egipcjan rysował czarne kreski na powiekach, jak brytyjski dżentelmen swoje garnitury traktował jak świętość ­– niezależnie od tego, czy błyszczały brokatem, krzyczały neonami czy zaskakiwały obszerną formą. Dopiero teraz, po jego śmierci, mamy szansę dotknąć tajemnicy Prince’a. Gdy odchodzą wielcy, jak Michael Jackson, David Bowie i teraz on, na chwilę gaśnie słońce. W hołdzie dla bezgranicznej kreatywności, odwagi w byciu innym, poświęcenia w dążeniu do doskonałości. Echa dźwięków, piosenek i stylizacji Prince’a słychać na płytach Justina Biebera, w teledyskach Kanye Westa i w kolekcjach Donatelli Versace. Naśladowcy nie przestają go imitować właśnie dlatego, że sam nigdy naśladowcą nie był.

Foto: Bulls Press Prince
Foto: Bulls Press Prince
Foto: Bulls Press Prince
Foto: East News Prince

Tematy:

Nieprawidłowy email