Grażyna Hase: Nie chodzę na pokazy

Grażyna Hase - Przyznam, że nie jestem zupełnie na bieżąco, nie chodzę już na pokazy. Niestety na ulicy widzę teraz bardzo dużo niechlujstwa. Pewnie to trochę wina mediów, które wmawiają ludziom, że wszystko można zestawić ze wszystkim, a to nieprawda. Teraz każdy chce być albo modelką, albo projektantem.

Grażyna Hase / FORUM

Jerzy Zawisak: Nie ma w Polsce chyba drugiej takiej osoby, która wie o modzie tyle co pani. Jest pani przecież w tym biznesie od ponad pół wieku!

Grażyna Hase: Faktycznie, pracę z modą zaczęłam bardzo wcześnie, najpierw jako modelka. Ale modą interesowałam się dużo wcześniej. Ostatnio koleżanka ze szkoły przypomniała mi, jaki szok wzbudziłam kiedyś wśród kolegów i nauczycieli, kiedy po wakacjach w Bułgarii spóźniona weszłam do klasy w bardzo wąskiej, czarnej spódnicy, którą upolowałam na ciuchach. Do tego dobrałam inkrustowany kamieniami pasek.

Lubiła się pani wyróżniać?

Zawsze byłam ekstrawagancka. Mój nauczyciel przysposobienia obronnego kazał mi w wąskiej spódnicy wykonywać komendę „padnij powstań”. Innym razem, kiedy przyszłam w zrobionej na papilotach fryzurze na Jimmy’ego Hendrixa, wsadził mi głowę pod kran. Za sukienkę bez rękawów byłam wyproszona ze studniówki. Ale nikomu nie udało się mnie wyleczyć z miłości do mody.

Skąd ludzie w PRL-u czerpali wiedzę na temat tego, co było wówczas modne?

Z „Przekroju”, żurnalu „Moda”, „Kobiety i życia”, „Przyjaciółki”. Niemal w każdym tygodniku znajdował się też dział poświęcony modzie. Kultowym tytułem było oczywiście „Ty i ja” z Romanem Cieślewiczem jako dyrektorem artystycznym. Każda okładka przypominała dzieło sztuki – efekt pracy najwybitniejszych artystów tamtych czasów: Lenica, Młodożeńca, Cieślewicza, niestrudzonej pani Teresy Kuczyńskiej ze świetnymi felietonami o modzie.

Warszawa, 1965. Moda, sesja dla tygodnika "Przekroj", n/z od lewej: Daniel Olbrychski, Grazyna Hase, Monika Dzienisiewicz. Fot. Wojciech Plewinski/FORUM

Pani bardzo z artystami przyjaźniła, prawda?

Wtedy środowisko mody i sztuki bardziej się przenikało. Byliśmy sobie bliżsi niż dziś. Kiedy zaczęłam robić kostiumy filmowe, zaprzyjaźniłam się z aktorami. W Warszawie literaci, architekci, aktorzy i ludzie mody spotykali się np. na Starym Mieście. Chodziliśmy do Manekina, SPATIFU, a obiady jadaliśmy na Placu Zamkowym w restauracji U Literatów. Tam z moich szkiców na serwetkach powstała pierwsza kolekcja „KOZAK LOOK”.

Pamiętam, że siedziałam tam kiedyś z Frankiem Starowieyskim, jedliśmy obiad, a on jak zwykle rysował coś na serwetkach. Kiedy skończył, rzucił tylko „Dziękuję Ci za pozowanie”. Jakiś czas później przyszedł do mnie z plakatem przedstawiającym skrzydlatą kobietę z wpisanym imieniem „Grarzyna” przez „RZ”. Mam go do dziś. Często chodziło się też do Kamieniołomów w Hotelu Europejskim i Bristolu, do „Ścieku” na Trębackiej Klubu Filmowców. Wcześniej, w latach 50., bardzo modna była też Stodoła i Hybrydy. Tęsknię za tamtą Warszawą.

Pamięta pani swój pierwszy pokaz, w którym wzięła pani udział?

Tak, to nawet jest zarejestrowane. Pokaz odbywał się w Poznaniu. Pamiętam, że czułam się bardzo niekomfortowo, chciałam uciec z wybiegu. Byłam dziwnie ubrana – miałam na sobie koszule, za krótkie spodnie z nisko opuszczonym krokiem, które dziś są przecież szalenie modne. Na fotografii widać, jak czyjeś dłonie przytrzymują kotarę, żebym nie czmychnęła z wybiegu. W tamtych czasach modelki poruszały się z gracją, były naturalne. Musiały mieć wdzięk, ładną sylwetkę i nie potykać się o własne nogi.

Taka była Małgorzata Niemen, którą odkryła pani jako modelkę.

Małgosia zaczęła chodzić w moich pokazach w 1972 roku. Spotkałam ją przypadkiem w WFDiF na Chełmskiej, była wtedy asystentką Beaty Tyszkiewicz. Beata grała Panią Hańską w Balzaku Siedziałam ze Staszkiem Latałło w bufecie i wtedy zobaczyła piękną dziewczynę. Tak Niemen trafiła na wybieg.

W PRL-u ludzie z branży modowej spotykali się przede wszystkim na pokazach. Czy wtedy – tak jak dziś – były one dużym wydarzeniem?

Pokazy odbywały się w różnych miejscach: w Pałacu Kultury, w pałacu Prymasowskim, w Stodole. Moja pierwsza kolekcja została pokazana w klubie studenckim Dziekanka. Uczestniczenie w tych pokazach było prawdziwą przyjemnością – piękne dziewczyny, ciekawa moda i bardzo dobra muzyka. Ojciec jednej z moich modelek, Danusi Wołejko, nie opuszczał ani jednego pokazu, tak bardzo lubił w nich uczestniczyć. To nie były imprezy jak dziś, dla celebrytów, tylko dla wspaniałych, inteligentnych ludzi, znajomych z branży i nie tylko.

Podobno nie lubiła pani, kiedy goście spóźniali się na pokaz. Dziś jest to przecież nagminne.

Nigdy nie zdarzyło się, by pokaz był opóźniony, jeżeli to akademicki kwadrans. Jeśli zapraszałam gości na 19, nie dawałam im czekać ani minuty. Kiedy dziś jestem zapraszana na pokazy, godzina opóźnienia to właściwie norma. Kiedyś pokaz to była dramaturgia, jak w teatrze. Mój mąż Wowo Bielicki był reżyserem cyklicznego programu telewizyjnego „Muzyka i moda”. To były wielkie widowiska. Ostatnio trafiłam przypadkiem na nagranie jednego z łódzkich pokazów: Skaldowie kontra „No to co” rozgrywali mecz hokeja, modelki ubrane w zimową kolekcje wjeżdżały saniami, Maryla Rodowicz jeździła na łyżwach i cudowne Ali Babki pięknie nie tylko śpiewały, ale zgrabnie jeździły na łyżwach. Mało kto pamięta dziś o tym, jak wielkie to były produkcje!

Warszawa, 1978 r. Kolekcja dzianiny Grazyna Hase i kadra narodowa polskich pilkarzy na Mundial 1978 r. Fot. Janusz Sobolewski/FORUM

Zmienił się nie tylko sposób organizacji pokazów, ale też modelki…

Modelki są dziś zupełnie inne. Sztywne, bezosobowe, z martwym spojrzeniem, jakby były zupełnie obnażone z własnej tożsamości. Zamiast nich można właściwie postawić 50 nieruchomych manekinów i wyszłoby na to samo.

Dzisiaj modelki traktowane są jak celebrytki. Czy kiedyś też tak było?

Jeśli miałabym porównywać to z popularnością dzisiejszych modelek, na pewno nie. Mam dość charakterystyczny głos, więc kiedy pojawiałam się w radio, słuchacze mogli mnie rozpoznać. Ale kiedyś ani modelki, ani projektanci nie byli otoczeni aż takim kultem. Owszem, kiedy z moją kolekcją pojechałam do Moskwy, po występie telewizyjnym ludzie zaczepiali mnie na ulicy. Ale w Polsce zdarzało się to bardzo rzadko.

Co było największym wyzwaniem w tamtych czasach? Cenzura, której podlegały pani kolekcje? Brak materiałów?

Najważniejsze było pogodzenie się z realiami i umiejętne korzystanie z dostępnych materiałów. Ich brak okazywał się w rezultacie bardzo stymulujący. Musieliśmy nieźle główkować, by pogodzić nasze marzenia z realiami, w których żyliśmy. W 1955 roku, kiedy w Warszawie dobywał się Światowy Festiwal Młodzieży, jako licealistka przerabiałam sobie z koleżankami tenisówki na balerinki.

Od razu łapaliśmy nowinki przywiezione przez naszych rówieśników z zachodu i same robiłyśmy sobie ciuchy z tego, co było pod ręką. Coś doszyłam, coś domalowałam, tak nauczyłam się mody. Nie miałam raczej problemów z cenzurą. Może dopiero w momencie, kiedy powstała Galeria Grażyny Hase. Wtedy każdy katalog, zaproszenie musiało mieć akceptacje cenzury na Mysiej .

Dlaczego właściwie zdecydowała się pani prowadzić galerię?

W 1980 roku nie było mowy o zakładaniu prywatnego butiku. Chciałam mieć miejsce, gdzie mogłabym projektować swoje kolekcje i móc je wystawiać. W Ministerstwie Kultury dowiedziałam się, że mogę jedynie otrzymać zezwolenie na prowadzenie galerii sztuki współczesnej. Tak powstała Galeria Sztuki Współczesnej Grażyna Hase. To było piękne miejsce,tam gościłam wielu wybitnych artystów – m.in. Trasin, Wiśniak, Wołek, Mleczko. W galerii powstało wiele cudownych wystaw. Kiedy otwierałam wystawę prac Francoise Gilot, matki Palomy Picasso, przyszło tyle ludzi, że Marszałkowska się zakorkowała!

Czy w swoich projektach inspirowała się pani sztuką?

Raz chciałam wykorzystać wzór partytury Krzysztofa Pendereckiego, ale mistrz niestety się na to nie zgodził. Powstała za to kolekcja jedwabi inspirowana impresjonizmem, kiedy indziej tkaniny zdobiły ręcznie malowane obrazy wzorowane na Picassie i Chagallu.

Dzisiaj projektanci mają dostęp do sesji w światowych magazynach mody. Pani musiała przecierać modowe szlaki w Polsce.

Byłam w stanie wydać każde pieniądze, żeby sprowadzić sobie najnowsze żurnale z Paryża, Mediolanu czy Londynu. W Empiku można było na przykład zamówić prenumeratę zachodnich pism. Mało kto wiedział wtedy, że w biblioteka na Koszykowej ściągała na przykład wszystkie Vogue’i. Rasowy projektant nie musi wiedzieć, co się dzieje u innych, tylko pracuje nad własną kolekcją.

Jak się pani czuła widząc na ulicy swoje ubrania?

To bardzo przyjemne uczucie pod warunkiem, że dana osoba umiała je nosić. Udawało mi się projektować w taki sposób, że jak ktoś coś założył, to dobrze to leżało. Często spotykałam się z zarzutem, że szyłam tylko dla młodych ludzi, a to była nieprawda. Dobrze uszyty ciuch zawsze odmładza i takie były moje kolekcje.

Warszawa, 1987. Moda Grazyny Hase kolekcja. Fot. Jerzy Kosnik/FORUM

Ubierała pani sławne osoby?

Tak, „Dwa plus jeden” odbierali w Sopocie nagrodę ubrani z stroje, które zaprojektowałam specjalnie dla nich na tę okazję. Szyłam dla Ireny Jarockiej, dziewczyn z Partity, zrobiłam też kostiumy do siedmiu filmów, m.in. do „Zygfryda” Domgalika, „Spotkanie na Atlantyku” Kawalerowicza, „Motylem jestem”, w reżyserii Jerzego Gruzy, w którym grała Irena Jarocka. Zawsze jestem wzruszona jak przypominam sobie współpracę z Anią Jantar. Ania wygrała wtedy Sopot i oczekiwała urodzenia Natalii. Wtedy przed występem przeżywaliśmy trudne chwile. Ania bardzo schudła. Ja wraz z garderobianą z Teatru Wybrzeże musiałyśmy dopasować kostiumy, podczas gdy Ania była już na porodówce... Wszystko jednak skończyło się dobrze.

Co jest dla pani żelazną klasyką mody?

Tak naprawdę wszystko, co sama zaprojektowałam. Mogłabym założyć dziś moje ubrania z lat 70., 80. I rzeczy sprzed kilku zaledwie lat. Zrobiłam wiele różnych kolekcji, inspirowałam się Rosją, kulturą młodzieżową, a nawet 1000-leciem Wojska Polskiego, folklorem.

Orientuje się pani w tym, co dzieje się w nowej polskiej modzie?

Przyznam, że nie jestem zupełnie na bieżąco, nie chodzę już na pokazy. Niestety na ulicy widzę teraz bardzo dużo niechlujstwa. Pewnie to trochę wina mediów, które wmawiają ludziom, że wszystko można zestawić ze wszystkim, a to nieprawda. Teraz każdy chce być albo modelką, albo projektantem.

Tematy:

Nieprawidłowy email