Odważne "Dziewczyny z Solidarności"

„Te kobiety siedziały w więzieniach, były bite i maltretowane przez ubeków. Rozpadały im się małżeństwa, rozdzielano je z dziećmi. Taką cenę płaciły za zaangażowanie w »Solidarność« Poczułam zdumienie, kiedy mówiły mi, że nikt wcześniej nie pytał ich o te sprawy”, mówi Anna Herbich, autorka książki „Dziewczyny z Solidarności”.

Foto: Materiały prasowe

Damian Gajda: Czy łatwo było Pani namówić bohaterki swojej książki do zwierzeń?

Anna Herbich: To nie były łatwe rozmowy. Dotyczyły bowiem nie tylko działalności w "Solidarności", ale również życia bohaterek. Spraw intymnych, często bolesnych. Część kobiet nie miała problemu, by o tym mówić, ale część otwierała się dopiero po wielu godzinach. Inne w ogóle nie godziły się na spotkanie lub rezygnowały w trakcie.

O czym rozmawiałyście?

W „Dziewczynach z Solidarności”, tak jak w poprzednich książkach, dotykam tematów delikatnych, które wyżłobiły trwały ślad w życiu moich bohaterek. One siedziały w więzieniach, były bite i maltretowane przez ubeków. Rozpadały im się małżeństwa, rozdzielano je z dziećmi. Taką cenę płaciły za zaangażowanie w „Solidarność”. Poczułam zdumienie, kiedy mówiły mi, że nikt wcześniej nie pytał ich o te sprawy.

Członkinie „Solidarności” często słyszały od swoich kolegów, żeby „nie przeszkadzały im, bo to oni walczą za Polskę”. Jak wtedy reagowały?

Dzisiaj rola kobiet w "Solidarności" jest jesscze bardziej deprecjonowana jiż przed laty. Mimo że kobiety wykonywały olbrzymią, mrówczą pracę, mimo że bez nich ten ruch nie byłby w stanie funkcjonować, w powszechnej opinii „Solidarność” to ruch męski.

Z czego to wynika?

Może z kobiecej skromności? Po 1989 roku kobiety nie wystawiały bowiem – tak jak mężczyźni –  piersi do orderów. Uważały po prostu, że wypełniły swój obowiązek. To zresztą szerszy problem. W ogóle na historię patrzy się głównie przez pryzmat doświadczeń męskich. Modelowym przykładem jest Powstanie Warszawskie, którego symbol stanowi żołnierz z karabinem w ręku. Zupełnie jakby nie istniały tysiące dzielnych sanitariuszek i łączniczek! Przeżycia kobiet znajdują się w cieniu przeżyć mężczyzn. Cel moich książek stanowi wyciągnięcie ich z tego cienia. W „Dziewczynach z Powstania” i „Dziewczynach z Syberii” przedstawiłam doświadczenia pokolenia naszych babć. W „Dziewczynach z Solidarności” – doświadczenia pokolenia naszych matek.

Jedna z kobiet, czekając na aresztowanie, brała prysznic, bo „brudnej jej nie wezmą”, inna spokojem wzbudziła uznanie nawet u milicjantów. Skąd Pani bohaterki czerpały siłę w tak trudnych chwilach?

Wbrew stereotypom kobiety w sytuacjach zagrożenia wcale nie panikowały, nie wpadały w histerię. Były opanowane, spokojne. Często trzymały fason lepiej niż mężczyźni. Podczas aresztowań, rewizji, na komendach i w więzieniach zachowywały się godnie, bohatersko. Myślę, że wynikało to z przekonania, że racja leży po ich stronie. Że nie mogą pozwolić się złamać esbekom, dać im tej satysfakcji. Chciały pokazać, że wcale nie są „płcią słabą” i gorsze od mężczyzn. Jedną z bohaterek zapytałam, po co się tak narażała, skoro miała dwójkę małych dzieci. Spojrzała na mnie zdumiona i odpowiedziała: „Ależ pani Anno. Ja to robiłam właśnie dla nich. Chciałam, żeby żyły w lepszej Polsce. Chciałam dla nich lepszego jutra”.

Czego obawiały się działaczki „Solidarności”? Joanna Gwiazda wspomina, że bardziej bała się o bliskich niż o siebie.

Tak, to chyba leży w kobiecej naturze, że bardziej niż o siebie, kobieta troszczy się o swoich bliskich. Pani Gwiazda, choć w stanie wojennym również została internowana, ciągle zamartwiała się o aresztowanego Andrzeja. Inna bohaterka książki, pani Izabella Lipniewicz, na wolności zostawiła dwóch malutkich synów. Podczas 2-letniej odsiadki odchodziła od zmysłów: „Co się z nimi dzieje? Jak sobie radzą?”. O sobie nie myślała prawie wcale. Z kolei pani Joanna Wojciechowicz była szantażowana przez esbeka. Groził, że jeśli nie podpisze lojalki, to do więzienia trafi jej 17-letni syn. Odmówiła, a esbek zrealizował groźbę. Syn pani Wojciechowicz to najmłodszy więzień stanu wojennego. Siedział w straszliwych warunkach, w jednej celi z kryminalistami. Jego mama po wyjściu na wolność stoczyła heroiczny bój o uwolnienie nastolatka.

W jaki sposób „Solidarność” zmieniła życie bohaterek książki?

Dla wszystkich bohaterek mojej książki „Solidarność” była jednym z najwspanialszych okresów w ich życiu. Pani Hanna Grabińska przez dziewięć lat zajmowała się rozdawaniem darów z Zachodu potrzebującym. Miała poczucie, że pomaga tysiącom ludzi, że jest potrzebna. Że jej działalność robi różnicę. Według niej to było właśnie esencją „Solidarności”. Poczucie wspólnoty, wzajemne wspieranie się w trudnej sytuacji, wspólna walka o wolność. Ludzie trzymali się razem, zachowywali wobec siebie życzliwie, solidarnie. Poświęcali się dla innych. „Solidarność” wyzwoliła w Polkach i Polakach to, co najlepsze.

Magdalena, córka Olgi Krzyżanowskiej, była w „Solidarności” razem z matką. Czy rodzice innych Pani bohaterek akceptowali i wspierali ich działalność?

Tak, oczywiście. To była sztafeta pokoleń. Rodzice bohaterek często walczyli podczas II wojny światowej, a dziadkowie brali udział w wojnie 1920 roku. Wpoili im w domach niepodległościowe ideały. Jedną z bohaterek mojej książki jest pani Beata Szmytkowska, która została aresztowana jako 18-letnia licealistka – tuż przed maturą. Rodzice wspierali córkę, choć można sobie wyobrazić ich dramat – zamiast zdawać maturę, dziecko siedzi za kratami.

Działaczki „Solidarności” często mają za sobą pobyt w więzieniu – jak traktowały je pozostałe więźniarki?

Bardzo różnie. Oczywiście kobiety, które należały do „Solidarności”,  trzymały się razem, ale stosunek kryminalistek – tak zwanej recydywy – pozostawał różny. Pani Lipniewicz opowiadała, że więźniarki były nastawione wobec niej bardzo wrogo. Dopiero kiedy zaczęła im opowiadać, jak to „nasi” toczą uliczne boje z milicją, zaakceptowały ją. Zaimponowały im te opowieści. Janina Wehrstein, nie mogła spokojnie spać w celi, bo zdemoralizowana recydywistka zagroziła, że w nocy potnie jej oczy żyletkami. Inne bohaterki z kolei nie miały większych problemów z kryminalistkami.

A strażnicy?

Jeżeli zaś chodzi o „klawiszy”, to oni do „politycznych” byli przeważnie nastawieni negatywnie. Zdarzały się oczywiście wyjątki – jedna z pań opowiadała, że strażniczka przynosiła jej wieczorem herbatę do celi, okazywała współczucie. Ale to rzadkie przypadki.

Czy obecnie mają poczucie, że ich walka została doceniona? 

W swojej książce starałam się pokazać pełen wachlarz postaw i doświadczeń, jakie stały się udziałem działaczek „Solidarności”. Bohaterki dobrałam zaś w ten sposób, żeby reprezentowały różne opcje polityczne i różne środowiska. Chodziło o zarysowanie pełnego obrazu.

Są zadowolone z tego, jak wygląda współczesna Polska?

Część pań uważa, że rok 1989 był wielkim triumfem, a ich walka zakończyła się sukcesem. Są dumne z obecnej Polski. Rozmawiałam jednak również z kobietami rozczarowanymi dzisiejszą sytuacją w kraju. Uważają one, że kompromis Okrągłego Stołu stanowił zdradę solidarnościowych ideałów, nie mogą wybaczyć, że III RP wprowadziła „grubą kreskę” i nie osądziła ich oprawców. Spotkałam się też ze skrajnymi opiniami na temat działalności Lecha Wałęsy. To dobrze pokazuje, że po latach drogi "dziewczyn z Solidarności" się rozeszły.

Co łączy, a co dzieli te wszystkie kobiety? 

Dzieli je – jak wszystkich Polaków – polityka. A co łączy? Poczucie, że brały udział w czymś ważnym. Że w momencie próby zachowały się w sposób właściwy. I dzięki temu dziś mogą chodzić z podniesioną głową.

Tematy:

Nieprawidłowy email