Bill Cunningham: prekursor street fashion

Jego kariera zaczęła się przypadkiem. Kiedyś na Manhattanie sfotografował kobietę w płaszczu z nutrii. Zachwycony krojem rękawa, nie zwrócił uwagi, że na zdjęciu, które zrobił, jest Greta Garbo. To „przypadkowe” zdjęcie sprawiło, że od lat kojarzony jest z modą ulicy. „Nieważne, kim jesteś i ile masz Oscarów na koncie. Ważne, co masz na sobie i jak to nosisz” – oto jego dewiza.

Bill Cunningham / Getty Images

Czy ktoś próbował kiedyś policzyć blogi i strony internetowe ze zdjęciami street fashion? W sieci są ich tysiące. Dziś każdy, kto ma telefon i dostęp do Internetu może w dowolnym momencie opublikować zdjęcie ciekawie ubranej osoby, którą właśnie minął na ulicy. Warto wiedzieć, że ten trend zapoczątkował Bill Cunningham, pierwszy w historii fotograf mody miejskiej.

„Codziennie chodzę po ulicach Nowego Jorku. Kiedy siedzę w biurze i dopada mnie zły humor, po prostu biorę aparat, wychodzę i idę przed siebie. Między ludźmi czuję się dużo lepiej. Kiedy robię zdjęcie, nigdy nie mam na nie gotowego pomysłu. Pozwalam ulicy mówić” – mówił Cunningham w filmie biograficznym „Bill Cunningham New York”, który pokazano podczas Warsaw Fashion Film Festiwal.

Ulubieniec żon bankierów

Fotografował właściwie od zawsze. Jako dziecko robił z ukrycia portrety pięknie ubranym narciarzom w kurortach, w których spędzał ferie z rodzicami. Kiedy nie miał aparatu, wyobrażał sobie, że kadruje wzrokiem modnie ubranych ulicznych przechodniów. Z niedzielnych mszy zapamiętywał kolorowy i kształty damskich kapeluszy, a nie treść kazania. W swojej pierwszej pracy w agencji reklamowej przerwy na lunch spędzał gapiąc się przez okno na przechodzące kobiety. Materiału do obserwacji dostarczyły mu niewątpliwie ulice Nowego Jorku, dokąd w 1948 roku przeniósł się z rodzinnego Bostonu.

Mieszkał najpierw u wujka, potem wynajął mikroskopijny pokoik niedaleko Madison Square Garden. Śledził nowinki ze świata haute couture, pokazy mody, nowe wzory i fasony damskich sukienek. Rzucił pracę w agencji reklamowej i zajął się projektowaniem kapeluszy. Pierwsze klientki na przymiarki musiały się wspinać na szczyt budynku, gdzie mieściło się atelier samozwańczego kapelusznika, po krętych schodkach.

Bill Cunningham / Getty Images

W przydomowym ogrodzie odbywały się też pokazy nowych kolekcji Cunninghama. Projektowane przez niego kapelusze szczególnie upodobały sobie kobiety z nowojorskiej socjety – żony bankierów, notariuszy, aktorki. Bill nie wiedział, niestety, kim są jego klientki, dlatego też nie umiał wykorzystać tych znajomości. Ceny kapeluszy były przystępne, więc zysk z ich sprzedaży nie pozwalał mu na pokrycie kosztów utrzymania. W ciągu dnia musiał zarabiał na swoje hobby pracując jako barman w jednym z pubów.

Aparat jak notes

Dobrze zapowiadającą się karierę projektanta przerwało powołanie do wojska. Szeregowy Wiliam Cunnigham został wysłany na wojnę w Korei, z której wrócił w 1953 roku. Wtedy starzy znajomi zaproponowali mu pisanie recenzji pokazów dla jednej z nowojorskich gazet. W swoich tekstach zachwycał się m.in. projektami Jean-Paula Gautiera i Azzedine’a Allaïa. Jednak mimo zapału i dobrych chęci niespecjalnie radził sobie z pisaniem. „Moim światem był obraz, forma, kolor. Pisanie bardzo mnie męczyło. Szukałem dla siebie nowej drogi”, wspominał.

Bill Cunningham / Getty Images

W połowie lat 60. Cunningham spotkał fotografa Davida Montgomery’ego, który podarował mu małego Olympusa – kompaktowy aparat, idealny na „miejskie safari”. „Używaj go jak notesu” – poradził Montgomery początkującemu fotografowi. Od tej pory Cunningham nie rozstawał się z aparatem. Twierdził, że najlepsze zdjęcia powstają, kiedy najmniej się tego spodziewamy: „To był moment, w którym zrozumiałem, że by zrozumieć modę, nie można oglądać tylko modelek na wybiegu. Trzeba również odwrócić głowę i zobaczyć, jak ulica interpretuje dzieła projektantów”.

Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma w tym nic odkrywczego. W końcu uliczne sesje pojawiały się wcześniej w „Vogue’u” czy „Harper’s Bazaar”. Jednak nikt wcześniej nie traktował zwykłych przechodniów jak modeli na wybiegu. Bill Cunnigham jako pierwszy dostrzegł potencjał drzemiący w zwykłych kobietach spacerujących po ulicach Nowego Jorku. Oczywiście, jego uwaga skupiała się tylko na wybranych – najlepiej ubranych, najoryginalniejszych miejskich modelkach. Tak „upolował” obiektywem swojego aparatu zjawiskową brunetkę w pięknym płaszczu z nutrii.

Bill Cunningham / Getty Images

Kennedy w futrze

Kiedy pokazał przypadkiem to zdjęcie znajomemu, który pracował w „The Daily News”, ten natychmiast rozpoznał w niej legendę kina Gretę Garbo. Szybko okazało się, że w portfolio Cunnighama jest mnóstwo zdjęć ludzi z pierwszych stron gazet, o których fotograf nie miał pojęcia. „Nie oglądałem wtedy telewizji, nie chodziłem do kina. Fotografowałem dobrze ubranych nowojorczyków, nie polowałem jak paparazzi na cele brytów” – zarzeka się dziś Cunningham.

Tak powstały uliczne portrety spacerującej po ulicach Manhattanu hiszpańskiej pary królewskiej czy otulonej w futro z lisów Jaqueline Kennedy. Mimo że Bill Cunningham wszedł w profesjonalny świat mody, od oficjalnych pokazów wolał spontaniczne interpretacje trendów. Kiedyś zamiast robić zdjęcia na pokazie Oscara de la Renty poszedł fotografować kreacje demonstrujących nieopodal pacyfistów. Innym razem w Central Parku stworzył piękne, naturalne portrety grzejących się w słońcu hipisów. Bill Cunningham jako pierwszy fotografował uczestników nowojorskiej Gay Pride Parade. Był zawsze bliższy temu, co dzieje się na ulicy, niż światowi wielkich marek i kreatorów mody. Dzięki temu jego zdjęcia wyróżniały się naturalnością, świeżością i niezwykłą aktualnością.

Bill Cunningham / Getty Images

Przez kilkadziesiąt lat Cunningham portretował rzeczywistość wokół siebie wyrażaną w zmieniających się trendach ulicznej mody. „W fotografowaniu ulicy najbardziej kocham to, że można tam znaleźć odpowiedzi, których nie uświadczysz na pokazach mody. Na ulicy są porady, których potrzebuję twoi czytelnicy, mogą się z nimi utożsamić. Zdałem sobie z tego sprawę dawno temu: pokazywanie wybiegów i pokazów to tylko jedna strona medalu. Druga, równie ważna to sposób, w jaki ludzie ubierają się na co dzień i na wyjścia wieczorem. Dopiero widząc to wszystko ma się pełen obraz tego, jak ludzie się dziś ubierają”.

„Wszyscy ubieramy się u Billa”

Postać Billa Cunninghama okazała się do tego stopnia inspirująca, że w 2010 roku powstał film dokumentalny pokazujący jego codzienne życie i prezentujący kilkudziesięcioletni dorobek fotograficzny. Poznajemy fotografa w jego naturalnym środowisku – na ulicach Nowego Jorku, które od lat przemierza na rowerze z aparatem zawsze gotowym, by „upolować” jakąś ciekawą postać . Ale też w jego mikroskopijnym mieszkanku na Manhattanie, w którym przepastne, tworzone od kilkudziesięciu lat archiwum zajmuje niemal całą przestrzeń.

Bill Cunningham / Getty Images

W filmie „Bill Cunningham New York”, obok anonimowych bohaterów jego zdjęć, występują Anna Winour, Anna Piaggi i Cathrine Deneuve. Ta pierwsza mówi w nim „Wszyscy ubieramy się dla Billa”. Jeśli więc naczelna amerykańskiego Vogue’a bierze pod uwagę czyjeś zdanie, coś musi być na rzeczy.

Tematy:

Nieprawidłowy email