Aleksandra Boćkowska: "To nie są moje wielbłądy", czyli moda w czasach PRL

Chciałam napisać książkę nie tyle o fasonach, ale o tym, co w PRL-owskiej modzie działo się wokół – niesamowitych emocjach, które wywoływały ubrania, historiach ludzi, którzy tworzyli modę i wreszcie systemie, w którym to wszystko się działo - mówi Aleksandra Boćkowska, autorka książki "To nie są moje wielbłądy".

Moda Polska lat 60/70 / EAST NEWS / Wiesław Zieliński

Kiedyś dziennikarka poważnych magazynów, od kilku lat związana z pismami o modzie. W swoich tekstach o ubraniach szuka nie tyle zjawisk czy kontrowersji, ale po prostu ciekawej historii. Takie podejście bardzo przydało się jej podczas pracy nad książką "To nie są moje wielbłądy", pierwszej reporterskiej opowieści o modzie PRL. Z Aleksandrą Boćkowską spotkałem się w jednej z modnych kawiarni w centrum Warszawy. Okazało się, że nie tylko umie pisać w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury, ale też świetnie opowiadać. Kiedy rozmawialiśmy, kilka samotnie siedzących przy stoliku osób przysłuchiwało się temu, co ma do powiedzenia.

Okładka "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

Damian Gajda: Spodziewałem się, że na wywiad przyjdziesz ubrana w bluzkę z wielbłądami albo przynajmniej tygryskami…

Aleksandra Boćkowska: No przecież to nie są moje wielbłądy (śmiech). Ale najpewniej na promocję książki przyjdę w sukience w jaskółki przypominające tę, która była znakiem firmowym Mody Polskiej.

DG: Skąd u ciebie zainteresowanie modą PRL?

AB: Ten temat chodził za mną od lat, ale propozycja książki wyszła ze strony wydawnictwa. Chciałam napisać nie tyle o fasonach, ale o tym, co w PRL-owskiej modzie działo się wokół – niesamowitych emocjach, które wywoływały ubrania, historiach ludzi, którzy tworzyli modę i wreszcie systemie, w którym to wszystko się działo.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Bohaterowie twojej książki opowiadają, że moda w PRL była polem spięć między władzą a artystami. Jak wyglądała ta walka?

AB: W Polsce można było – jak pokazują przykłady Barbary Hoff czy Jerzego Antkowiaka – tworzyć nowoczesną modę, ale wymagało to ciężkiej pracy i zaangażowania. Projektanci musieli zmagać się z systemem. Władza oczywiście nie przepadała za ekstrawagancją. Antkowiakowi zdarzało się tuż przed pokazem przesłaniać przesadne prześwity jakimś materiałem, bo akurat wpadł z wizytą srogi sekretarz. Nawet, gdyby władza chciała ubierać wszystkich po parysku, stworzyła taki system, że było to niemożliwe.

Agencja Forum

Przeczytaj więcej: BARBARA HOFF- KRÓLOWA MODY PRL-u!

DG: Na czym on polegał?

AB: To były wielostopniowe powiązania między fabrykami, zjednoczeniami, laboratoriami, ministerstwami. Już one sprawiały, że od projektu do wyprodukowania ubrania mijały mniej więcej dwa lata. A do tego dochodził jeszcze gust dyrektorów, który był trudny do pogodzenia z marzeniami plastyków. Projektantki zatrudnione w fabrykach wspominają komisje, które odrzucały im co modniejsze projekty pod pretekstem, że się nie sprzedadzą. Władzy chodziło nawet nie o to, żeby ludzie wyglądali brzydko, ale żeby produkować tanio i dużo. Najważniejszym kryterium było wykonanie planu, więc choć przemysł odzieżowy był potężny, to jednak zapełniał sklepy głównie bublami.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Trudno w to uwierzyć, zwłaszcza, że wizytówką kraju była wtedy Moda Polska na czele Jadwigą Grabowską, "polską Chanelką".

AB: Moda Polska była wizytówką, ale nie ubierała Polaków. Choć myśl o tym, by ubrać Polki po wojnie, przyświecała jej pierwszej szefowej, Jadwidze Grabowskiej, już, kiedy na gruzach Warszawy założyła w 1945 roku butik Feniks. Zebrała tam trochę ubrań, które przetrwały wojnę. Ktoś coś poprzynosił, projektowała na zamówienie. Feniks padł ofiarą bitwy o handel w 1947 roku, ale Grabowska odnalazła się jakoś w państwowych strukturach. Pracowała w Cepelii, potem kierowała domem mody EWA, który pod koniec lat 50. połączono z przedsiębiorstwem Gallux i tak powstała Moda Polska.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Grabowska była jedną z najbarwniejszych postaci mody PRL.

AB: To prawda. Drobna, ubrana z przedwojenną elegancją, nosiła kostiumy Chanel. Z Coco Chanel znała się ponoć osobiście jeszcze sprzed wojny. Miała świetne kontakty w Paryżu i wymogła na władzy, że Moda Polska też je musi mieć. Jeździła co sezon na pokazy do Paryża, miała stałe miejsce w niezłym hotelu. Jerzy Antkowiak wspomina, że w Warszawie zachowywała się czasem tak, jakby nigdy z tego Paryża nie wyjechała.

DG: A jak traktowała swoich współpracowników?

AB: Była wymagająca wobec projektantów, a w urzędników, jeśli gadali szczególne głupstwa, rzucała popielniczką. Ten złoty czas skończył się w 1968 roku, gdy Jadwigę Grabowską odesłano na emeryturę. Zastąpiła ją Halina Kłobukowska. Najważniejszą osobą w zespole Mody Polskiej pozostał i tak Jerzy Antkowiak – wcześniej absolutny faworyt Grabowskiej.

DG: Ale pokazy Mody Polskiej wciąż traktowano jak ważne wydarzenia towarzyskie Warszawy?

AB: To były imprezy z poważnym rozmachem. Któraś z modelek opowiadała mi, że poważni politycy używali wpływów, by dostać zaproszenie na pokaz. Po prostu wypadało tam być. W pierwszym rzędzie zasiadały często żony sekretarzy, ale poza tym pojawiali się tam aktorzy, literaci, dziennikarki, gwiazdy.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Jak wyglądały te pokazy?

AB: Organizowano je w Pałacu Kultury, Pałacu Prymasowskim lub w Klubie Dziennikarzy na Foksal. Trwały półtorej godziny. W tym czasie pokazywano kilkadziesiąt – jak to dziś się mówi – sylwetek. Bo były rzeczy na dzień, popołudnie, wieczór i ślub. W latach 70. pojawiło się więcej spektaklu – muzyki, choreografii. Antkowiak potrafił zaczepić w kolejce WKD przystojnego chłopaka i namówić go, żeby w finale pokazu niósł na rękach "pannę młodą" w sukni z naszytymi różami z organzy.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Piszesz, że Moda Polska nie ubierała Polaków. Dlaczego?

AB: Bo była za droga. Te kolekcje z pokazów właściwie nie trafiały do sprzedaży. Miały sygnalizować trendy, dawać przykład innym producentom, co powinni robić. Były też kolekcje handlowe dostępne w salonach Mody Polskiej, w szczycie były one w prawie wszystkich miastach wojewódzkich. Ale z tych sklepów nie zachowały się dobre wspomnienia. Opowiadano mi, że sprzedawano tam pańciowate garsonki w niebotycznych cenach.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Kto więc ubierał ulice?

Ulica ubierała się sama. Być może przesadzam, bo rozmawiałam przecież z osobami dbającymi o stój, którym chciało się chodzić do krawcowej, szukać tkanin, przerabiać stare rzeczy, szperać na bazarach. Oczywiście była jeszcze Barbara Hoff, u której ubierała się Warszawa, ale chcieli wszyscy.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Właśnie. Piszesz o niej dużo, sugerując jednak niedosyt informacji.

AB: Barbara Hoff jest moją niespełnioną fascynacją. Nie udało mi się namówić jej na rozmowę o modzie. Dzwoniłam przez rok. Spotkałyśmy się w końcu, ale nie chciała opowiadać o tym, co i jak zrobiła dla mody. A szkoda, bo zrobiła naprawdę gigantyczną robotę. To świetnie wykształcona erudytka. Zawsze wiedziała, że moda to nie tylko ciuchy, ale cała otoczka, która dzieje się wokół nich. I nie chodzi tu o otoczkę blichtru i szaleństwa, którą lubił Antkowiak, ale raczej kontekst obyczajowy.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: Zaczęła od rubryki w "Przekroju", gdzie radziła, jak przerobić tenisówki na baleriny albo z taniego cajgu uszyć wytworne spodnie.

AB: Najpierw w "Przekroju" radziła, jak uszyć jakiś modny fason. Potem sama to robiła – początkowo na użytek sesji, a z czasem, i to już było kompletne szaleństwo, na sprzedaż. Sprzedawała kolekcje – robione wciąż według tej samej zasady: "jak tanie przerobić na modne". Najpierw w Cedecie. Kilka lat później otworzyła stoisko w Juniorze, najmodniejszym z Domów Towarowych Centrum. Ludzie stali po to w gigantycznych kolejkach, a Junior stał się jednym z żelaznych punktów zwiedzania Warszawy.

DG: W twojej książce na końcu pojawia się smutna refleksja. Cytujesz autorów "Słownika mody", którzy uważają, że moda PRL w Polsce była zaściankowa – kopiowała, a nie tworzyła.

AB: Jerzy Antkowiak powiedział mi, że projektanci jeździli do Paryża, by oglądać pokazy, a nie je kopiować. Ja tego nie oceniam, bo nie czuję się kompetentna. Natomiast pewne jest, że trendy w modzie powstają w kilku miastach na świecie i Warszawa akurat do tych miast nie należy. Wtedy też nie należała.

materiały z książki "To nie są moje wielbłądy" Aleksandry Boćkowskiej

DG: A co kapitalizm zrobił z modą PRL?

AB: Zmiótł ją po prostu. Zostały barwne wspomnienia i dużo mniej barwne, nieliczne zresztą, ubrania. Przez cały PRL Polacy tęsknili za Zachodem, a w latach 80. ta tęsknota stała się naprawdę bolesna. Co nieco pamiętam z tamtego czasu i mogę zaświadczyć, że ludzie zbierali wtedy przywiezione z zagranicy puszki po coca-coli albo po piwie, opakowania po papierosach. Na bazarach kupowało się za jakieś idiotyczne pieniądze plakaty wycięte z pisma "Bravo". Modne były koszulki z nadrukami zagranicznych firm, jakichkolwiek, na przykład "Alitalia".

Kiedy pod koniec lat 80. rozluźniła się gospodarka, przywiało tu wszystko, co najgorsze – tureckie swetry, dekatyzowane dżinsy piramidy, odblaskowe sznurówki, no koszmar. I wszyscy to chcieli mieć.

DG: Kiedy po 1989 roku granice otworzyły się na dobre, bazar wyległ na ulice – dosłownie.

AB: Przed Domami Centrum rozłożono łóżka polowe i handlowano tam byle szmatami. Były kolorowe, zza granicy i to wystarczyło. Fabryki odzieżowe padały jedna po drugiej. Hoffland i Moda Polska dogorywały jeszcze mniej więcej przez dekadę. Pewnie, te przyczyny są bardziej złożone niż tęsknota Polaków za zagranicznymi ciuchami, ale to już temat dla dziennikarza śledczego. Natomiast na pewno ta tęsknota sprawiła, że ludzie nie chcieli już nosić polskich ubrań. Musiało minąć 20 lat, żeby polska moda znów stała się modna.

Moda Polska lat 60/70 / EAST NEWS / Wiesław Zieliński
Moda Polska lat 60/70 / EAST NEWS / Wiesław Zieliński

DG: Myślisz, że projekty Hoff czy Mody Polskiej dostaną teraz drugie życie?

AB: Nie wiem. Na pewno od kilku lat coraz więcej osób przygląda się PRL-owskiej estetyce i odzyskuje pamięć o niej. To zjawisko wylansowała chyba wystawa "Chcemy być nowocześni" w Muzeum Narodowym, gdzie pokazano dużo naprawdę wspaniałego dizajnu. Potem Filip Springer napisał "Źle urodzone", zmienił się ton dyskusji o modernizmie w architekturze. Natomiast, czy w polskiej modzie zdarzyło się coś na miarę krzesła RM58 Romana Modzelewskiego czy też Supersamu? Ja nie odnalazłam. No, ale jak podkreślam, badałam raczej rolę mody niż jej osiągnięcia.

Moda Polska lat 60/70 / EAST NEWS / Wiesław Zieliński
Moda Polska lat 60/70 / EAST NEWS / Wiesław Zieliński

* * *

Aleksandra Boćkowska, autorka książki "To nie są moje wielbłądy" / zdjęcie: Marcin Kempski

Tematy:

Nieprawidłowy email