Co polscy projektanci mogą podpatrzyć u swoich światowych kolegów

Czołówka polskich projektantów do perfekcji opanowała sztukę budowania marki – w oparciu o konsekwentne kolekcje, innowacyjne strategię i własny wizerunek. Niektórzy mogliby jednak zainspirować się kolegami ze świata przy tworzeniu spójnego DNA marki.

Foto: Getty Images

Jakie jeszcze lekcje warto odebrać? Oto 12 rzeczy, których polscy projektanci mogą nauczyć się od dyrektorów kreatywnych światowych marek.

1. Konsekwencja nie oznacza powtarzalności

Oglądając polskie pokazy, można przeżyć déjà vu. Nie ma nic złego w lansowaniu bestsellerów – koronkowe małe czarne pojawiają się w każdej kolekcji Dolce & Gabbana, u Chanel nigdy nie może zabraknąć tweedu, a u Valentino eterycznych sukni w odcieniu bladego różu. Ale nasi projektanci czasami nawet nie próbują ukryć, że kolejna kolekcja jest wariacją na temat poprzedniej, która nieźle się sprzedała. Widać to chociażby po wierności fasonom – asymetrycznym sukniom u jednych, obcisłych kokonom u innych, czy rozkloszowanym spódnicom jeszcze gdzie indziej. Gdy projektant ma pomysł na markę rozpisany na kilka lat, nie będzie wchodził dwa razy do tej samej rzeki, szukając nowego sposobu ekspresji zgodnego ze światowymi trendami (ale je kreującego!).

2. Kopiowania lepiej nie mylić z inspiracją

Pisząc o polskich pokazach często używa się eufemistycznych określeń: „inspirował się diorowskim New Lookiem”, „podobne suknie można było oglądać na pokazie Valentino”, „kolekcja utrzymana w stylu Louis Vuitton”. „Inspiracja” oznacza często, brutalnie rzecz biorąc, mniej lub bardziej udaną imitację. Gdy rozmawia się o pokazach Demny Gvasalii, Rafa Simonsa, czy Nicholasa Ghesquière'a, mówi się raczej o odniesieniach do kina, malarstwa, historii mody. U nas La Mania zachwyca się Picassem, Agnieszka Maciejak nocnym niebem, a Mariusz Przybylski Davidem Lynchem – i tak trzymać!

3. DNA marki to podstawa sukcesu

Przykład Alessandro Michele, dzięki któremu dom mody Gucci nie tyle powrócił do dawnej świetności, co wystrzelił w modową stratosferę, pokazuje, że zaletą projektanta jest konsekwencja. Podtrzymując postulat z punktu pierwszego, konsekwentne budowanie marki nie oznacza kopiowania swoich własnych projektów z przeszłości. Ostatnie trzy kolekcje Michele mają wspólny mianownik, ale każda kolejna to krok naprzód, jeszcze odważniejsza reinterpretacja stylu marki. W polskiej modzie częstym zjawiskiem jest gorączkowe poszukiwanie tożsamości. Gdy po jednym sezonie pomysł nie chwyci, estetykę zmienia się o 180 stopni, w desperackim poszukiwaniu stabilizacji. Nie służy to relacji z klientem, który nie wie, czego spodziewać się po marce, z którą chciałby się utożsamić.

Foto: Getty Images Alessandro Michele wzmocnił DNA marki Gucci

4. Dobrej jakości tkaniny zapewniają projektom nieśmiertelność

Dotknięcie sukni Elie Saab to jak dotknięcie absolutu. Ręcznie haftowane wzory, misternie wykonane aplikacje z kryształów, lejący się jedwab. Ceny takich cacek są równie kosmiczne, jak jakość wykonania. Do tego standardu w Polsce warto dążyć, zwłaszcza że projektanci dysponują zapleczem, pracując ze świetnymi krojczymi, krawcowymi i hafciarkami. Warto też pochwalić wszystkich pracowników marki. Światowi projektanci w każdym wywiadzie podkreślają, że tworzenie kolekcji to efekt pracy zespołowej. W Polsce ci, którzy realnie szyją kolekcję, są często ukrywani za murami atelier.

5. Casual to tylko jeden ze stylów

Polscy projektanci często uciekają w szycie dresowych bluz, bo to prostsze, tańsze i mniej ryzykowne niż tworzenie mody przez wielkie „M”. I tak, na świecie też mocna jest tendencja do przenoszenia sportowej mody na wybiegi, czego dowodem są chociażby warte kilka tysięcy dolarów bluzy Vetements. Co nie zmienia faktu, że zdolni młodzi Polacy nie podejmują ryzyka, wiążącego się z konstrukcją sukni, która może zasłużyć na miano haute couture.

6. Właściwe ambasadorki przekonają do marki nowych klientów

Chociaż pierwsze rzędy polskich pokazów są ciasno wypełnione celebrytkami, które przed kamerą zapewniają, że w szafie mają dziesiątki sukienek projektanta X, rzadki jest związek mistrza i muzy tak twórczy jak w przypadku duetu MMC i Joanny Horodyńskiej. Łukaszowi Jemiołowi dobrze robi przyjaźń z Hanną Lis, Maciejowi Zieniowi z Anetą Kręglicką, a Dawidowi Wolińskiemu z Joanną Krupą. Światowi projektanci idą jednak o krok dalej. Lansując młode twarze, jednocześnie współpracują z ikonami stylu – supermodelkami lat 90., wschodzącymi gwiazdami kina, czy laureatkami Oscarów. Dior nabrał lekkości dzięki Jennifer Lawrence, która pokazowo przewróciła się na schodach na kilka sekund przed odebraniem nagrody za „Poradnik pozytywnego myślenia”. Dolce & Gabbana w tym sezonie odmładza się dzięki Zendayi, Kai Gerber i Thylane Blondeau, a chwilę temu nawiązywał relację ze starszym pokoleniem klientek, do kampanii zapraszając Sophię Loren. Nie myli się także dom mody Louis Vuitton, wybierając Jennifer Connelly czy Michelle Williams – dziewczyny niepokorne, piękne po swojemu, wyraziste. Zamiast ubierać jak największą liczbę gwiazd, polscy projektanci mogliby iść za ciosem, swoje ulubione celebrytki czyniąc oficjalnymi ambasadorkami.

Foto: Getty Images Jennifer Laurence, ambasadorka marki DIOR

7. Zasada See Now Buy Now to sprzedażowy święty Graal

W chwilę po tym, jak Burberry, Ralph Lauren i Tommy Hilfiger umożliwili klientkom kupowanie ubrań prosto z wybiegów, w ślady wielkich domów mody poszli Robert Kupisz i La Mania. I chwała im za to! Biorąc pod uwagę, jak niecierpliwi są klienci, którzy chcą równocześnie lajkować i kupować, nowa strategia ma nie tylko szansę zwiększyć obroty marek, ale przede wszystkim zbliżyć ich do pokolenia milenialsów. Oby na podobny ruch zdecydowali się pozostali projektanci, zwłaszcza że sezony w polskiej modzie (zwłaszcza od kiedy praktycznie nie działa łódzki tydzień mody) i tak są umowne, a każdy organizuje pokaz, kiedy chce (czytaj: kiedy zdąży odszyć kolekcję).

8. Więcej ilość kolekcji rocznie wzmacnia rozpoznawalność marki

Zagraniczni projektanci narzekają na mordercze tempo pracy. Wielkie koncerny, którym podlegają, wymagają od nich tworzenia sześciu, a nawet ośmiu kolekcji rocznie. W efekcie zaraz po finale pokazu muszą zaszyć się w atelier, żeby przygotować kolejny. W Polsce pokazuje się maksymalnie dwie kolekcje rocznie, a niektórym projektantom zdarzają się dłuższe przerwy. Narzucenie sobie reżimu, trzymanie się harmonogramu i przymus poszukiwania trendów nie raz na pół roku, a non stop, nie działa może najlepiej na psychikę, ale pozwala tworzyć modę, która jak barometr odbiera podskórne wibracje – nastroje społeczne, trendy w stylu życia, kapryśne gusty.

9. Kreowanie własnego wizerunku jest równie ważne jak tożsamości marki

Większość polskich projektantów ma na siebie pomysł, a często także ambicję, żeby osiągnąć celebrycki status. Łukasz Jemioł dał się poznać i polubić w „Azja Express”, Dawid Woliński jest etatowym skandalistą „Top Model”, Joanna Przetakiewicz nie tylko pomagała młodym projektantom w „Project Runway”, ale przyjaźniąc się z gwiazdami, tworzy jedną z najmocniejszych kobiecych ekip w show-biznesie. Na jeszcze większą skalę działa to na świecie. Oliviera Rousteinga na Instagramie obserwują fanki Kardashianek, bo to z nimi imprezuje, wizerunek Alessandro Michele, łączący delikatnego intelektualistę z szalonym artystą, jest spójny z DNA Gucci, postać Karla Lagerfelda jest tak rozpoznawalna, że stała się dziełem sztuki. Zdarzają się oczywiście postaci enigmatyczne. O Pierpaolo Picciolim, Marii Grazii Chiuri czy Rafie Simonsie wiadomo niewiele poza tym, że są zbyt nieśmiali, żeby pokazać się publicznie częściej niż podczas ukłonu kończącego pokaz. Ale to też świadczy o ich indywidualności, która przekłada się na mocny charakter marki.

10. Trendy rodzą się na ulicy

Obserwując światowe pokazy coraz trudniej zorientować się, czy ich stali bywalcy inspirują się tym, co oglądają na wybiegu, czy odwrotnie. Wielu projektantów przyznaje, że rozpoczyna dzień od przeglądania blogów, żeby wiedzieć, co się podoba modnej ulicy. W Polsce póki co współpraca na linii projektanci – blogerzy sprowadza się najczęściej do wysłania zaproszenia na pokaz Julii Kuczyńskiej, czy Jessice Mercedes Kirschner. Widać to mocno po stylizacjach na pokazach. Na świecie nawet najbardziej wyrafinowane projekty są wystylizowane w taki sposób, żeby pokazać przełamanie, nonszalancję, naturalność codziennego stroju, podczas gdy w Polsce są wciąż bardziej upozowane, niekoniecznie ready-to-wear.

Foto: East News Jessica Mercedes i Maffashion (Julia Kuczyńska)

11. Klient się zmienia

Baza stałych klientek to podstawa sukcesu marki – zarówno dla Macieja Zienia, jak i Karla Lagerfelda. Jednak, żeby to grono poszerzać, trzeba cały czas sprawdzać, które dziewczyny do grona klientek dołączają, za chwilę dołączą albo chcą dołączyć. Nieprzypadkowo Chanel, dom mody o tradycji tak imponującej, że teoretycznie nie musiałby przejmować się nowym narybkiem, pracuje z influencerkami – siostrami Jenner i Hadid, Lily-Rose Depp, czy Kristen Stewart. Tylko odświeżając ambasadorki, sprawdzając na bieżąco, kto nosi daną markę i – szerzej – jak, gdzie i z kim żyje, można zbudować giganta, a nie kolosa na glinianych nogach, który przewróci się, gdy odejdzie starsze pokolenie wiernych fanek.

12. Uczyć się można nie tylko od najlepszych

Równie pouczająca jest nauka na błędach innych. Polscy projektanci lubią tworzyć własne trendy w oderwaniu od tego, co dzieje się na światowych tygodniach mody. A do „inspiracji” wybierają pojedyncze projekty innych, zamiast podążać za wiodącym nurtem. Ambicją nie powinno być oczywiście wejście na stałe do mainstreamu, bo twórcze działania zaczyna się wtedy, gdy robi się coś po swojemu. Co nie zmienia faktu, że projektanci ze świata mają oczy i uszy otwarte, co podobało się i sprzedało u konkurencji. To, co trafiło w trend, można powtórzyć, o tym, co nie wyszło, zapomnieć.

Tematy:

Nieprawidłowy email