Zrośnięta ze sztuką

„Od marca tego roku na otwarcie każdej indywidualnej wystawy przygotowuję specjalnie zaprojektowany strój, w którym występuję na wernisażu. Chcę w ten sposób przypomnieć ludziom związanym ze sztuką, jak istotnym elementem świata wizualnego jest ubranie“ - mówi Pola Dwurnik, córka Edwarda Dwurnika, jednego z największych polskich malarzy.

Zdjęcia vuMag BlueServices

VUMAG: Podobno pierwsze kreski na płótnie stawiałaś na obrazach swojego ojca – Edwarda Dwurnika – jeszcze w dzieciństwie. To prawda?

Pola Dwurnik: Nie tylko pierwsze kreski. W dolnych partiach obrazów malowałam całe sceny („Modlitwa“) czy pojedyncze postaci lub psy („Strażnicy pałacu“; „Trzecia zmiana“).To były kilkumetrowe obrazy, a ja miałam pięć lat. Malowałam tak wysoko, jak starczało mi ręki. Niektóre z tych prac znajdują się dziś w kolekcjach Muzeum Narodowego w Poznaniu i we Wrocławiu.

Zazwyczaj w domach wielkich twórców panuje etos artysty – półboga, któremu nie przeszkadza się w pracy i otacza kultem. Twój tata jest inny?

Zupełnie inny i naprawdę wyjątkowy. Jego pracownia była najfajniejszym miejscem w domu – panowało tam skupienie na pracy i spokój. Tata pozwalał mi tam przebywać głównie dlatego, że jedyne co chciałam robić, to go naśladować. Pracowaliśmy razem słuchając włoskich oper, które przegrywał na kasety z radia. Wtedy, w wieku kilku lat, nauczyłam się koncentracji oraz tego, na czym polega praca w studio malarskim. Pracownia taty była jak raj na ziemi, a malowanie z nim wspaniałą zabawą. Dziś, kiedy źle się czuję, staję przed dużym płótnem i od razu jest mi lepiej.

Kiedy zorientowałaś się, że chcesz iść w ślady ojca?

Rodzice nie chcieli, żebym była artystką. Tata mówił, że jestem melancholijna i powinnam pracować z ludźmi. Mama zaś uważała, że świat sztuki jest zbyt okrutny dla jej wrażliwej córki. Nawiasem mówiąc, byłam melancholijna i wrażliwa, bo latami trzymali mnie pod kloszem. W liceum mama skutecznie wybiła mi z głowy zdawanie na ASP. Zaczęłam studiować historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim. Wieczorami chodziłam na prywatne lekcje niemieckiego. Moja korepetytorka poza tym, że była germanistką, miała wykształcenie psychologiczne. Powiedziałam jej, że nie mogę być artystką ze względu na rodziców, na co ona ze zdumieniem odparła: „A dlaczego nie?“. Wtedy magia zakazu prysła.

Rodzice uczyli cię przecież wcześniej malarstwa i rysunku? Jakimi byli nauczycielami?

Tak, uczyli przez wiele lat. Chyba uważali to za podstawę wychowania ich dziecka. Nauczycielami byli srogimi, wymagającymi, a nawet bezwzględnymi. Nie zapomnę pleneru na letnich wakacjach w górach, gdy miałam 15 lat. Tata kazał mi rysować pasące się na łące krowy. Mnie te krowy w ogóle nie wychodziły, ale musiałam je tak długo rysować, aż tata będzie zadowolony. To był koszmar i chyba się nawet rozpłakałam, ale ostatecznie narysowałam perfekcyjną krowę. Ale do dziś nie znoszę rysować krów.

Dwurnik – to nazwisko w świecie sztuki zobowiązuje. Nigdy nie czułaś się nim przytłoczona?

Tata ma wielu przeciwników, zwłaszcza gdy nieustannie obraża środowisko artystyczne w wywiadach, które drukują złaknione sensacji pisma. W Polsce nazwisko Dwurnik jest balastem, ludzie mają mylne wyobrażenie na temat mojej osoby. Często zmieniają zdanie dopiero wtedy, kiedy mnie poznają. Ale to ich problem. Jeśli czymś w życiu w ogóle czuję się „przytłoczona“, to wizją przemijania i śmierci.

Artyści to często ludzie zamknięci, tworzący własne światy. A ty jaka jesteś? Dusza towarzystwa czy raczej skromna i obserwująca innych?

Mieszkam i pracuję w dwóch różnych miastach – Warszawie i Berlinie. Również moja osobowość jest dwojaka. Z natury jestem melancholijnym odludkiem, ale latami twardo uczyłam się życia społecznego, dlatego potrafię też być duszą towarzystwa.

7 papug, Pola Dwurnik, 2011

Kilka lat temu prowadziłaś kronikę towarzyską w OBIEGU. Przyjaźnisz się z polskimi artystami?

Rysunkową serię „Kronika Towarzyska“ zastąpiła zbliżona w treści seria „Życie artysty“, czyli autobiograficzne historie w konwencji rysunkowo-komiksowej. Artystów lubię, bo to moja paczka ludzi, rozumiem ich, mówimy tym samym językiem. Niestety system, w którym funkcjonujemy, narzuca nam wyścig o karierę. To niszczy lub uniemożliwia wiele wspaniałych przyjaźni. Nie poddaję się temu terrorowi. Z innymi bywa różnie.

Na co dzień mieszkasz w Berlinie. Tam artystom żyje się łatwiej niż w Polsce?

Połowę czasu mieszkam w Berlinie, drugą połowę spędzam w Warszawie lub w podróżach. W Berlinie wszystkim żyje się łatwiej, bo jest tanio, międzynarodowo. Respektuje się wolność słowa i poglądów. To wspaniałe miasto!

W swojej sztuce często odwołujesz się do osobistych doświadczeń. Dużym echem odbiła się wystawa twoich obrazów, na których pod postaciami zwierząt uwieczniłaś byłych partnerów.

To było malarsko-baśniowe rozliczenie się z przeszłością. Zamienienie byłych partnerów w zwierzęta nastąpiło w procesie analizy przeszłości, zaczarowania własnej pamięci i, w efekcie, zdystansowania się do trudnych przeżyć z przeszłości.

Pola Dwurnik, Autoportret z kochankiem i papierosem

Twój najnowszy projekt jest zatytułowany „Sukienka“ i plasuje się na przecięciu sztuk wizualnych i mody.

Od marca tego roku na otwarcie każdej indywidualnej wystawy przygotowuję specjalnie zaprojektowany strój, w którym „występuję“ na wernisażu. Ten projekt ma na celu m.in. przypomnienie ludziom związanym ze sztuką, jak istotnym treściowo i formalnie elementem świata wizualnego jest ubranie. Ponadto chciałabym poszerzyć pole mojej działalności artystycznej właśnie o modę, jako jeszcze jedną platformę komunikacji między mną i odbiorcami. Ostatnią szykowną kreację na otwarcie „Ekonomii w sztuce“ w krakowskim Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK zaprojektowały młode projektantki z Poznania: Agata Dąbrowska, Idalia Mantas i Ola Zaborowska. Suknia ta z jednej strony nawiązuje do tradycyjnych meksykańskich strojów, które nosiła Frida Kahlo, z drugiej do dworskich kreacji z czasów Elżbiety I i symbolizuje majestat i przepych władzy pieniądza. Na materiale są nadrukowane ozdobne wzory z moich obrazów przedstawiających banknoty.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Jesteś „zrośnięta” ze sztuką. Czym zajmowałabyś się, gdybyś nie była artystką?

Byłabym reżyserem filmowym, kręciłabym psychologiczne dramaty ze sobą w roli głównej (śmiech). Mam kilka scenariuszy w głowie i faktycznie w nich występuję, ale w rzeczywistości zagrałaby oczywiście aktorka. Reżyserowałabym też teledyski i moje ulubione opery Mozarta i Pucciniego.

Varsovia 2013 kolaz z fragmentów znaczkow pocztowych

Niedawno z warszawskiej Kordegardy skradziono trzy twoje prace –"Varsovię" (2013), "Cracovię" (2008) i "Polskę" (2008) – kolaże z pociętych znaczków pocztowych. Czy udało się już znaleźć sprawców?

Niestety nie. Policja nie wpadła na trop żadnego z dwóch złodziei, mimo że dosyć dobrze widać ich na nagraniach z monitoringów kamer w galerii i na ulicach. Te prace kosztowały mnie masę pracy. Ułożyłam je z kilku tysięcy malutkich fragmentów znaczków pocztowych, które skrupulatnie zbierałam w dzieciństwie. Straciłam nie tylko prace, także większość mojej kolekcji.

Obecnie, zmobilizowana i rozgniewana całym tym wydarzeniem, postanowiłam zrobić dużą serię kolaży z pociętych znaczków pocztowych – wszędzie ogłaszam, że zbieram niechciane porzucone kolekcje znaczków pocztowych, tym razem nie tylko polskich, ale z całego świata.

Tematy:

Nieprawidłowy email