Tytanowe cycki i blaszane dupy

Po głośnych kreacjach w „Róży” i „Obławie” zobaczymy nową twarz Marcina Dorocińskiego w głównej roli w filmie „Miłość” Sławomira Fabickiego. Aktor mówi nam: „Scenariusze dzielę na takie, które mi się nie podobają, potem na te fascynujące, w których można zobaczyć film oczami wyobraźni i na takie, w których czuć potencjał, ale czegoś mi, kurwa, brakuje”

Zdjęcia vuMag BlueServices

Od dekady oglądam cię jako twardziela, superbohatera. Teraz w „Miłości” Fabickiego grasz faceta pełnego słabości i obaw. Nawet pięścią w twarz dostajesz. Czy taka zmiana łatwo przychodzi?

To kwestia scenariusza i tego, jak poprowadzi mnie reżyser. Kiedy zaczynam pracę nad nowym filmem, staram się być czystą kartką, gotową do zapisania. Nie jest to łatwe, gdy się już całe lata pracuje, ma się swoje nawyki i sztuczki. O naleciałości wtedy nietrudno. Najważniejsze to być otwartym na nowych ludzi i doświadczenia. Spotkanie i praca ze Sławkiem Fabickim nie należała do najłatwiejszych - w dobrym tego słowa znaczeniu. Sporo walczyliśmy o to, jak należy przedstawić mojego bohatera, potwornie osłabionego sytuacją, jaka go zastała. On nie bardzo wie, jak sobie poradzić. Wszystko go przerasta, bo nigdy nie doświadczył czegoś podobnego. Od początku czułem podskórnie, że warto być częścią tego filmu.

Reżyser słuchał ciebie i partnerującej ci Julii Kijowskiej. Czy chemia między wami to klucz do tego filmu?

Tak, jestem mu za to ogromnie wdzięczny. W pewnym momencie dzieje się tak, że rola staje się aktorowi bliższa, że zaczyna żyć życiem swojej postaci. Reżyser powinien wtedy delikatnie się wycofać i tylko kontrolować czy „równo puchnie”.

Leszek Dawid po premierze „Jesteś Bogiem” opowiadał mi, że zabierał aktorów w miejsca charakterystyczne dla ich bohaterów, by mogli uwiarygodnić postaci. Jak zabrałeś się do budowania w sobie emocji męża zgwałconej żony?

Od tego jest wyobraźnia. Szukałem w sobie emocji, rozterek, cierpienia. W procesie, o którym wspomniałeś bardzo ważny jest mądry reżyser, właśnie taki jak Sławek. A Sławek miał wizję, wiedział, co chce zrobić i jak pokazać ludzi z małego miasteczka. Ekipa całkowicie poddała się tej koncepcji, dlatego wszyscy wspólnie walczyliśmy o ten sam efekt. Porównując rzecz do działań na boisku: czasami w filmie zdarza się, że zawodnicy wyrywają się i strzelają na oślep lub marnują stuprocentowe sytuacje, dlatego tak istotne jest uważne prowadzenie ekipy. To był szalenie trudny film. Kręciliśmy przez dwadzieścia nocy. Nasze organizmy i psychika wariowały. Moja walka być może polegała na tym, by bohater był bardziej mój niż reżysera. Po obejrzeniu gotowej całości wszyscy byliśmy zadowoleni i przepełnieni myślą, że warto było ponieść ten trud. Podpisuję się pod tym filmem.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Czego oczekujesz, kiedy oglądasz film na pierwszym pokazie?

Na nic się nie nastawiam, kompletnie. Oczywiście denerwuję się bardzo i gdzieś w środku chciałbym, żeby spodobało mi się to, co zobaczę na ekranie. I żeby innym się podobało. Chcę po prostu zobaczyć dobry film. Jeśli uda mi się wciągnąć w historię jak zwykły widz, mimo że znam scenariusz i zakończenie, to wówczas czuję się szczęśliwy. Tak było ostatnio i z „Różą”, i z „Obławą” i teraz z „Miłością”. Najgorzej jest usiąść i oceniać: tu można by lepiej, tu przyciąć, tam przemontować, tu inaczej zagrać.

Co dzisiaj jest interesującego we współczesnym aktorstwie?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Chodzisz przecież do kina.

Z rzadka, niestety, brak czasu. Mam małe dzieci, duże pracuję i na tym się skupiam. Chyba najlepszą okazją do oglądania filmów są festiwale. Wtedy za jednym zamachem możesz zobaczyć sporo filmów – i albo dajesz się wciągnąć w fabułę, albo czujesz, że ktoś cię robi w konia.

Zapytam inaczej: czego szukają w tobie reżyserzy?

Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nie jest mi ta wiedza do niczego potrzebna. Jestem intuicjonistą, nie chcę brzmieć patetycznie, ale lubię „łapać chwile ulotne jak ulotka”. Lubię dziś. Nie analizuję, nie szukam drugiego dna i nie spędzam codziennie 10 godzin zastanawiając się, co myślą o mnie reżyserzy i czego we mnie szukają . To droga donikąd. Oczekujesz ode mnie, żebym był artystą, tak?

Przeważnie tak.

To pozwól mi do tego dążyć, a nie każ spoglądać na siebie w poszukiwaniu jakiejś interesującej syntezy. Nie chcę być przenikliwym obserwatorem, który patrzy na siebie z zewnątrz i potrafi konkretnie stwierdzić, co ma w mózgu i sercu, i jeszcze podaje to na tacy czytelnikom. Jeśli naopowiadam o sobie…

Wyjdzie z tego celebrycki banał żywcem z kolorowego dwutygodnika.

Nawet nie. Zastanawiam się raczej, czy w ogóle chce mi się o tym mówić. Wolałbym, by wszystko wynikało z tego, co robię na ekranie. Wierzę w inteligencję widza, w jego wrażliwość. Dostaję mnóstwo pięknych listów od widzów i jestem przekonany, że nie muszę im niczego dopowiadać, wyjaśniać. Pamiętaj, że w kinie nie ma żadnych limitów, granic. Każdy bohater, którego zobaczysz, i który cię przekona, jest jak najbardziej prawdopodobny i zaczyna żyć swoim życiem. Ostatnio rozmawiałem z dziennikarzami na jakiejś konferencji i jeden z nich zarzucił mnie i Agacie Kuleszy, że scenarzyści i aktorzy to dwie różne strony barykady.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Co takiego?

Mówię mu: proszę pana, my czasem nie chcemy mówić pewnych kwestii, bo wydaje się nam, że są nieprawdziwe, czy też, jakby napisał poważny dziennikarz, nieuzasadnione. Po prostu brzmią fałszywie. Natomiast jeśli scenariusz jest napisany dobrze i uruchamia aktora, wszystko jest do powiedzenia. Wystosowałem na tym spotkaniu odezwę, by scenarzyści nie ograniczali się czyimiś nakazami, wizjami. To bolączka naszego kina i telewizji. Robimy nieudane kalki zamiast rzucić się na głęboką wodę i stworzyć coś swojego. Polskie „Kac Vegas”, polski „Helikopter w ogniu”, polski „Seks w wielkim mieście”. Niech scenarzyści wierzą sobie i tylko sobie, niech się nie autocenzurują. Niech piszą najszerzej jak potrafią, nie ograniczając swojej wyobraźni. Wtedy powstaje coś wymykającego się utartym formom. Ale nie jest moją działką określać, co jest dziś w kinie ciekawego do zobaczenia.

Może ludzkie słabości. Na przykład w takim Bondzie...

Bardzo mi się podoba kreacja Craiga. Wreszcie zobaczyłem kogoś, kto może umrzeć. Wcześniej nikogo takiego nie widziałem. Dotychczas wydawało mi się, że panowie mają tytanowe cycki i blaszane dupy, bo ciągle ktoś do nich strzelał i nic. Nagle taka zmiana. Myślę też dobrze o tym, co robił Heath Ledger. Niesamowity facet, który nagle zgasł.

Nie jestem na podstawie jego ról stwierdzić, co to był za człowiek.

Najpiękniejsze jest to, co zostawił dla nas widzów. Niesamowitą różnorodność, brak obciachu i dosyć szerokie myślenie. Facet nie pękał. Od geja w górach po pomalowanego Jokera, którego zagrał brawurowo.

U ciebie lubię brak przerostów ambicji, które wynaturzają aktora w jakąś karykaturę, przez którą traci się wiarygodność, świeżość. Aktorzy-pisarze, dziennikarze, podróżnicy, kucharze, showmeni i tak dalej. Tobie wystarcza tylko granie?

Jak najbardziej. Chociaż coraz częściej słyszę pytanie, czy nie myślałem o reżyserii. Jasne, że mogę sobie myśleć. To piękny zawód. Trudny. Myślę jednak, że mam jeszcze coś do powiedzenia jako aktor.

Wystrzegasz się banału?

Lubię prostotę, nie lubię prostactwa. Zależy, co uważasz za banał.

To przez niechęć do banału odrzucasz tyle ról?

Sprawdzam raczej, czy coś co mnie podnieca, uruchamia, czy nie. Scenariusze dzielę na takie, które mi się nie podobają i nie mam wobec nich żadnych uczuć, potem te fascynujące, w których można zobaczyć cały film oczami wyobraźni i takie, w których czuć potencjał, ciekawą historię, ale czegoś mi, kurwa, brakuje.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Czyli musi być naprawdę petarda, to „coś”?

Sam nie wiem, co to musi być. Czasem w rozmowie z reżyserami i innymi aktorami udaje się wydłubać, określić, czym ta petarda ma być. I dokładnie to „coś” było w scenariuszu „Miłości”. Od początku coś mnie frapowało i intrygowało w tym tekście i bohaterze. Pewnie chodziło o to, że nie miałem pojęcia, jaki ma być ten człowiek, nie wiedziałem, jak go ugryźć. Prawdopodobnie dlatego, że ta postać była potwornie daleko ode mnie. Duże wyzwanie. A że szanowałem to, co zrobił reżyser do tej pory, więc decyzja mogła być tylko jedna: wchodzę w ten projekt.

Dokumentaliści zabierający się za fabułę tworzą iście koronczarską robotę. Nie przeszkadza ci całkowity brak muzyki w tym filmie?

Uważam to za bardzo ciekawe zjawisko. Są produkcje irytujące nadmiarem muzyki, która ma dawać szybki i spektakularny efekt. Ma wzruszyć albo przestraszyć widza – po najmniejszej linii oporu – nie emocjami, ale właśnie dźwiękiem. Pójście na łatwiznę. To powszechny zabieg w kinie hollywoodzkim, w Europie się od tego odchodzi. Wystarczy spojrzeć na braci Dardenne lub, na naszym podwórku, na Wojtka Smarzowskiego, który w „Róży” bardzo dyskretnie użył muzyki Mikołaja Trzaski. Jest jednak wciąż masa twórców, którzy boją się minimalizować muzykę, bo wtedy trzeba włączyć serce, mózg i uruchomić myślenie o tym, co się widzi, a nie słyszy. Po co im to? Lepiej jest przecież popatrzeć na coś gładkiego, łatwego. Sam wielokrotnie po filmie zastanawiałem się, czy nie lepiej byłoby zobaczyć coś prostego i przyjemnego. Coś, co nie wymaga ode mnie jako od widza emocji. Przeżywanie, wkręcanie się w film sporo kosztuje. Natomiast kiedy już wyjdziesz z kina, wartość, która coś w tobie uruchomiła, pozostanie tam na zawsze. I to jest fajne. Często ludzie boją się tego, bo nie wiedzą, co ich czeka po projekcji i co im to da. Podobnie jest z muzyką – to takie „jak mogę lubić piosenkę, której wcześniej nie słyszałem”.

Ryzykujesz czymś, dokonując swoich wyborów?

Każdy z nas ryzykuje, ale najwięcej ryzykuje reżyser. Często walczy o film kilka lat. Dyskutuje ze scenarzystą, doprowadza do realizacji projektu. Potem męczy się z producentem w produkcji, postprodukcji i montażu, i z dystrybutorem przy promocji. To nieporównywalnie większe ryzyko i przede wszystkim orka na ugorze. Aktor w tym czasie może zagrać w kilku innych filmach, a reżyser cały czas dłubie w tym samym projekcie. Jeśli miałbym precyzyjnie ci odpowiedzieć, odparłbym, że najtrudniejsze i najbardziej ryzykowne jest zaufanie do ludzi i całkowite otworzenie się na pracę i rolę. Jest w „Miłości” scena pod koniec filmu, która kosztowała mnie niesamowicie dużo. Rozwalam się w niej emocjonalnie.

Płaczesz i wybaczasz żonie coś, co wydarzyło się nie z jej winy.

Rodzaj katharsis. Reżyser, widząc, co się ze mną dzieje w trakcie realizacji tej sceny, zrozumiał, dlaczego tak walczyłem o pewne cechy mojego bohatera. Często reżyserom trudno zrozumieć, że nie chodzi mi tylko o to, żeby dobrze zagrać. To oczywistość. Równie ważne jest to, aby film był dobry, a historia spójna. Chcę być małym elementem czegoś większego. Po co mi superrola w słabym filmie. Produkcja ma być dla widza czymś, co będzie go przygniatało, dawało do myślenia, wzruszało i rozśmieszało. To stan idealny. I do tego stanu staram się dążyć.

Trudno łapać ideał, kiedy na planie jesteś często zmęczony, zmarznięty i po prostu wypompowany całym tym emocjonalnym rollercoasterem.

Właśnie. Jednak kiedy mimo różnych przeciwności i zmęczenia, własnych ambicji, i własnego życia, potrafisz wszystko to schować i zaufać komuś innemu, dzieje się coś dobrego. Oczywiście, nie zawsze się to udaje.

Wychodzi na to, że najłatwiej grać twardzieli.

Chyba żartujesz. Kiedy grałem Despero, dostałem potężny łomot na planie. Skancerowano mi i tyłek, i duszę.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Chodzi ci o przygotowania do tej roli? Dla wszystkich najważniejsze było to, że spiłowałeś sobie ząb.

Nie. To był dla mnie ważny etap rozumienia tego zawodu. Fachu nauczyłem się w szkole, ale wciąż nie do końca rozumiałem, o co w tym naprawdę chodzi. Kończąc Akademię Teatralną, nie wiedziałem, co to znaczy aktorstwo. Zaczynając pracę w teatrze, byłem kompletnie zielony. I wciąż się uczę. Otwieram sobie kolejne furtki i staram się ciągle przechodzić na drugą stronę lustra. Jednym z pierwszych poważnych przejść był „Pitbul”. Przeczesał mnie ten młody Vega. Nie wiem, czy ktoś chciałby to przeżyć. Mówiłem już o tym nie raz, jak na golasa musiałem robić pompki i świechtać przyrodzeniem po ziemi. Albo kilkadziesiąt razy dostawać po twarzy od Weroniki tylko po to, żeby w końcu nie myśleć o postaci, tylko nią być. Było także wiele innych scen, które kosztowały mnie niesamowicie dużo. Tego mnie nauczył Patryk i za to jestem mu bardzo wdzięczny.

Jak to jest że aktorzy mają problemy z ekshibicjonizmem psychicznym, a pindolem świecą bez problemu?

W pewnym momencie przestaje mieć znaczenie, czy będziesz się musiał rozebrać. To nie jest oczywiście łatwe. Zawsze czuje się blokadę. Chodzi o to, żeby zrozumieć wnętrze bohatera, cokolwiek to znaczy. Czasami mam coś takiego, że czytam scenariusz, rozumiejąc doskonale intencje postaci, choć nie potrafię tego nazwać.

Lepiej chwytasz stan duszy bohatera niż stan jego umysłu?

Tak.

A dobrze ci w twoim prawie 40-letnim życiu?

Coraz częściej nazywam siebie „starym”, jednak z roku na rok czuje się coraz lepiej.

Rozumiem, że to dzięki przez triathlonowi, którego stałeś się obsesyjnym fanem?

Trochę tak. Przez ostatnie 20 lat prawie w ogóle nie pływałem. W zeszłym roku, przygotowując się do triathlonu, nauczyłem się wreszcie dobrze pływać technicznie. Teraz nie wyobrażam sobie dnia bez przepłynięcia trzech kilometrów rano.

Jak to się zaczęło?

Zadzwonił do mnie Michał Drelich, facet z Akademii Triathlonu, który wraz z Łukaszem Grassem propaguje tę dyscyplinę. Zapraszają do udziału znanych ludzi. Z roku na rok przynosi to coraz lepsze efekty. Rozmawiałem z Bartkiem Topą, który przebył cały dystans rok wcześniej. Bardzo mi to zaimponowało i tak to się zaczęło. Osiem miesięcy przygotowań, by jednego dnia przepłynąć prawie dwa, przejechać dziewięćdziesiąt na rowerze i przebiec dwadzieścia jeden kilometrów. Udało się. Jestem z siebie dumny.

W taki upał?

Był koszmarny upał. Wiele ludzi padło na trasie.

Ty nie wymiękłeś?

Kiedy zaczynałem czuć, że nie mogę biec, szedłem. Mierzmy zamiary według sił.

Takie wyczyny dobrze sprzęgają się z robotą aktorską?

Bardzo dobrze. Kiedyś grałem w piłkę, wyrzucając z siebie złe emocje wraz z potem. Ale im jestem starszy, tym mam słabsze kolana. Triathlon jest dla mnie bezpieczniejszy.

Pewien znany wokalista opowiadał mi kiedyś od uzależnieniu od rock’n’rolla. Jest coś takiego jak uzależnienie od grania?

Jak zwał, tak zwał. Mnie to dobrze robi. W różnych rolach mogę się wykrzyczeć, wypłakać, wyżalić itd. Gdybym robił takie akcje na co dzień, w domu, z ludźmi, z którymi się spotykam, to byśmy wszyscy zwariowali. Dlatego wszystkie moje kompleksy i problemy wyrzucam w filmie. Nie stawiam sobie żadnych ograniczeń. Czasem zdarzają się skuchy, ale trzeba próbować.

Skucha to nie najlepszy wybór artystyczny czy granie w „Kac Wawa”?

Chodzi o to, że próbujesz zrobić coś najlepiej jak potrafisz, a potem widz tego nie kupuje, pokazuje język, krzywi się i kpi. To boli. I to jest ryzyko, które się ponosi.

Kiedy tak ryzykowałeś?

Zawsze ryzykuję.

E tam, pitolicie Hipolicie.

Mówię o byciu na planie filmowym, o stanach, które się osiąga, wchodząc w postać. Jeśli na końcu tej pracy uda się zarejestrować chociaż pięć procent szaleństw, jakie ktoś chce zagrać, to już jest super. Chodzi o rodzaj zaskoczenia, że udało się stworzyć coś przedziwnego w chaosie pomysłów i propozycji. Pamiętaj także, że wszystko sprowadza się do prostoty, bo różne dziwolągi emocjonalne, które testuję na próbach, upewniają mnie, że trzeba zawęzić swoje granie do jak najprostszego. Ale musisz próbować, żeby się o tym przekonać. Metoda prób i błędów.

Polskie kino ma się dobrze, dowodem mogą być chociażby Węże, czyli polskie Maliny. W kategorii „występ poniżej godności” laur otrzymał ostatnio Jan Frycz. Czym jest występ poniżej godności?

Myślę, że każdy aktor ma swoją definicję występu poniżej godności. Ciężko odpowiadać za całą brać aktorską. Generalnie staram się być daleki od oceniania kogokolwiek. Innych nie sądzę, bo i sam błądzę, jak mawiał poeta. Łatwo jest kogoś wyśmiać i zniszczyć medialnie, a czasem za niezbyt fortunnymi decyzjami repertuarowymi stoi proza życia, na przykład brak pieniędzy na kredyt i różne inne wypadki losowe. Czasami też głupota i niepohamowana żądza pieniądza, ale to nie są przypadki, na których warto się skupiać. A to, że ktoś przyzna Węża lub inne zwierzę i tak nie zmieni tego, co taki aktor o sobie myśli. A najczęściej, choćby nie wiem jak bardzo udawał i zaprzeczał, to czuje się z tym źle i się wstydzi. Jeśli się wystąpiło poniżej godności, wie się o tym doskonale.

Zaliczyłeś taki występ?

Zdarzało się, że robiłem coś wbrew sobie. W życiu jest tak, że aktor czasem bardzo potrzebuje pieniędzy. Tłumaczy sobie, że gdzieś, kiedyś czekają go fajne wyzwania artystyczne, ale teraz robi coś dla kasy. Ma dużą rodzinę i zobowiązania, więc robi to z pełną świadomością. Wierz mi, że żadna piętnująca nagroda nie będzie bardziej go kłuć, niż własne złe myślenie o sobie. Istotne tylko czy ma do tego dystans, czy potrafi się z tym pogodzić i wyciągnąć z tego wnioski. A potem się od tego odbić.

Jaką perspektywę daje ci ten zawód, żyje się przecież z sezonu na sezon?

Nie jestem w stanie oddzielić mojego życia filmowego od codziennego. To, jakim jestem człowiekiem, decyduje o tym, jakim jestem aktorem i odwrotnie. Gdyby nie potężna baza w postaci moich najbliższych, byłbym słaby i nie radziłbym sobie i z sukcesami, i z porażkami. Najbliżsi dają mi energię, by się starać. Lubię proste dni, kiedy idę na basen, odwożąc wcześniej dzieci do przedszkola. Lubię pojechać na kawę i porozmawiać z miłym człowiekiem, a potem trochę poczytać i popracować. Z tego czerpię radość i sens. Nikt nie będzie mi pieprzył o tym, jak żyje przeciętny, zwykły człowiek, bo sam nim jestem. Żaden ze mnie celebryta.

Niepewność, czy dostaniesz kolejną rolę rola nie wyniszcza?

Od jakiegoś czasu staram się o tym nie myśleć, bo to rzeczywiście cholernie wyniszcza i frustruje. Bez względu na to, czy akurat mam propozycje czy nie. Niełatwo się na to zdobyć, ale to konieczne, żeby normalnie żyć. Kiedy nie było ról, zarabiało się inaczej i sen z powiek spędzała mi raczej świadomość, że nie mam na czynsz, a nie to, że nie mam fajnej pracy w zawodzie. Z drugiej strony, myślałem: dlaczego, skoro mówią, że jestem ponoć zdolny, nic nie gram? Tak było przez długi czas. Przewidywalność i słowność to także elementy poczucia bezpieczeństwa. Jeśli myślę o przyjaciołach, jakich chciałbym mieć, to są to prozaiczne rzeczy. Punktualność, słowność, szczerość i poleganie na sobie. Czyli dzwonię o trzeciej w nocy, a ty masz odebrać i pomóc. Kiedyś kolega opowiadał mi w szkole o przyjaźni, a ja mu powiedziałem, żeby nie pieprzył o wielkich słowach, tylko przyjechał i pomógł. To mnie w ludziach kręci. Nie bierz tego za patos, ale nie szanujemy rzeczy, które mamy najbliżej. Typu dobrze wykonana praca, solidność, uprzejmość czy przyznawanie się do błędów. Proste rzeczy, na większe nie mamy wpływu.

Masz stertę scenariuszy na nocnym stoliku?

Jest ich trochę.

Segregujesz je jakoś?

Staram się czytać jak najszybciej, żeby uniknąć zaległości. Czytam po kolei, wedle tego jak przychodzą.

Piszą już pod ciebie?

Ostatnio ktoś mi powiedział, że myślał o mnie, pisząc scenariusz. A to fantastyczna rola, więc byłem podwójnie szczęśliwy. Bywa też tak, że mimo iż scenariusz w żaden sposób nie był tworzony pode mnie, wiem, że ja to muszę zagrać i walczę o rolę.

Napisałem scenariusz. Chciałbym żebyś zagrał. Od kiedy jesteś czynny?

Trudno powiedzieć. Mam mniej lub bardziej wykrystalizowane plany zawodowe do końca roku. Wedle stanu na dziś, i tego, co jest już zabukowane, bo kilka innych projektów właśnie się trawi. Lubię to, co przynosi życie. Czasem przynosi zawirowania, bo coś rusza szybciej, a inne produkcje później. Produkcja filmu to nie piekarnia. Musi potrwać.

Będzie kontynuacja „Głębokiej Wody”?

Tak, właśnie jestem w zdjęciach do drugiego sezonu. Mało kto wie, że ten serial nominowany jest do nagród na całym świecie i w dodatku je zdobywa. Sprzedaliśmy Głęboką Wodę do 10 krajów! W Turynie zostaliśmy wyróżnieni jako najlepszy europejski serial. Magda Łazarkiewicz wychodziła na scenę po Wimie Wendersie.

Widziałem pilota. Fajny byłeś jako ten społecznik.

Cieszmy się tymi nagrodami, bo cudze chwalimy, a swego nie znamy. „Głęboka Woda” w Stanach wygrała z Sherlockiem Holmesem. To jest coś! Nie bójmy się o tym mówić głośno i nie bądźmy fałszywie skromni.

A ty lubisz swoje nagrody?

Moja żona przestawiła ostatnio nagrodę Cybulskiego i ją włączyła.

To ona świeci?

Tak. To był piękny widok. Wspaniała nagroda, wciąż mnie cieszy.

Za „Pitbula”. Dlaczego nie ma cię już w Teatrze Dramatycznym?

Różnica charakterów: mojego i dyrektora. Nie mogliśmy się porozumieć co do wizji teatru i mojej w nim osoby. Pożegnaliśmy się, ale wciąż mam wielki sentyment do Teatru Dramatycznego. A teraz mam przyjemność występować w Teatrze Ateneum.

A nie miałeś już w ogóle dosyć teatru?

Trochę tak. Jednak na szczęście dostałem telefon od Andrzeja Domalika z propozycją pracy i przeszedłem do Ateneum. Panuje tam dobra atmosfera, mam fajnych kolegów i dyrektora. Praca nad „Merylin Mongoł” była wielką przygodą, a spotkanie z Bogusławem Lindą bezcenne i wyjątkowe. Mam teraz głód teatru. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jesienią rozpocznę próby do nowego spektaklu.

Z innej beczki: podobno jesteś bezczelny.

Bezczelny? Raczej prostolinijny i szczery. Nie lubię zakłamania. Mówię wprost, ale w sposób grzeczny i kulturalny.

Czy to jest bezczelność? Chyba nie.

Tematy:

Nieprawidłowy email