Tomaotomo podbija Warszawę – wywiad z Tomaszem Olejniczakiem

Pochodzi z małej miejscowości pod Poznaniem, z wykształcenia jest ekonomistą, dodatkowo skończył studia na kierunku Public Relations. Spokojnie, to nie jest żadna pomyłka, a bohaterem tego wywiadu nie jest finansista, czy specjalista ds. marketingu. Tomasz Olejniczak, bo o nim mowa, jest projektantem, założycielem marki TOMAOTOMO i jednym z najbardziej obiecujących nazwisk na polskiej scenie mody.

fot. Marek Pietroń / VU MAG

Zadebiutował w 2011 roku, ale do tej pory nie zorganizował własnego pokazu. Funkcjonował w świadomości środowiska mody, ale nie bywał na salonach i nie pojawiał się w mediach. W zasadzie niewiele się o nim mówiło i mało pisało, aż do teraz. Tomasz Olejniczak znany w środowisku pod pseudonimem TOMAOTOMO z przytupem wkroczył w warszawskie środowisko modowe, równocześnie otwierając tu swój butik i organizując pierwszy autorski pokaz.

Tomasz Olejniczak pochodzi z Opalenicy - małej miejscowości, położonej kilkadziesiąt kilometrów pod Poznaniem. To właśnie Wielkopolska jest regionem, w którym dorastał i z którym jest silnie związany. W Poznaniu studiował Marketing na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Ekonomicznego. Skończył także kierunek Public Relations, bo jak mówi, tego od niego oczekiwano. Z perspektywy czasu nie żałuje 5 lat nauki o ekonomii, bo wie, że moda to poważny biznes. Rozbawiony faktem, że w opinii krytyków wciąż uchodzi za „młodego projektanta” twierdzi, że ani ze względu na metrykę (z tym mogłabym polemizować - ma zaledwie 30 lat), ani doświadczenie zawodowe, nie zasługuje na takie określenie. Między innymi dlatego postanowił oddzielić grubą kreską swój dotychczasowy wizerunek i zacząć nowy rozdział pod hasłem TOMAOTOMO. Zaczął z przytupem i wszystko wskazuje na to, że mocno namiesza w polskim środowisku mody.

Agnieszka Szczurek, VU MAG: Studia ekonomiczne skrajnie odbiegają od kierunków modowych. Skąd pojawił się pomysł na projektowanie?

Tomasz Olejniczak: Tworzenie ubrań zawsze mnie pociągało. Zaczęło się od małych kroczków. Pierwsze projekty robiłem dla mamy, która do dziś jest największą fanką TOMAOTOMO (śmiech). Dokładnie nie pamiętam, kiedy to było. Mam wrażenie, że projektowanie towarzyszyło mi zawsze i jest nieodłączną częścią mojego życia. Na początku nie miałem świadomości, że mogę tworzyć ubrania dla szerszego grona odbiorców. Już w liceum wiedziałem, że chcę iść w tę stronę. Na studiach tylko utwierdziłem się w tym przekonaniu. Dorastałem w czasach, kiedy uważano, że zawody artystyczne nie mają przyszłości i są nieopłacalne. Mówiono, że z projektowania nie da się żyć. Dlatego właśnie skończyłem taki, a nie inny kierunek studiów. W momencie kiedy zrobiłem to, co musiałem, czego ode mnie oczekiwało otoczenie, podjąłem świadomą decyzję o tworzeniu mody. Czekałem na swój moment.

Czy w takim razie w ogóle uczyłeś się mody, doszkalałeś się w tym kierunku?

Skończyłem dwuletni kurs konstrukcji kroju, ale szczerze mówiąc, nie za wiele mi to dało. Już dużo wcześniej samodzielnie szyłem i projektowałem, więc te zajęcia w moim przypadku wniosły niewiele nowego. Teraz z perspektywy czasu, wydaje mi się, że brak wykształcenia kierunkowego w przypadku projektowania mody, też może mieć swoje plusy. Bo po pierwsze nie ma się wtedy żadnych ograniczeń. A po drugie można uczyć się na własnych błędach (śmiech). W moim przypadku zdecydowanie więcej dało mi codzienne szycie. Nauczyłem się zawodu pracując z klientkami. W ten sposób zdobywałem coraz to nowe doświadczenia.

fot. Marek Pietroń / VU MAG

Czy masz krawieckie korzenie? Czy w Twojej rodzinie ktoś zajmował się modą?

Parę lat temu robiłem drzewo genealogiczne mojej rodziny i okazało się, że moi prapradziadkowie byli świetnymi krawcami. Moja babcia też szyła, więc gdzieś ten zawód jest w moich genach (śmiech). Przed laty odnalazłem szafę z 1840 roku, która należała do mojej babci. Teraz stoi w moim atelier w Poznaniu i jest takim sentymentalnym symbolem rodzinnych korzeni i tego, co w życiu lubię ro-bić najbardziej.

Kiedy postanowiłeś tworzyć ubrania dla szerszego grona odbiorców?

Miałem taki moment w życiu, kiedy wszystko wywróciło się do góry nogami. Zakończyłem wieloletni zawiązek, chciałem pójść do przodu i rozpocząć nowy rozdział. Wtedy powstała moja pierwsza kolekcja - z perspektywy czasu twierdzę, że bardzo niespójna (śmiech). Była wyrazem mojego ówczesnego stanu emocjonalnego. Wtedy też zorganizowałem w Poznaniu swój pierwszy pokaz, to było trzy lata temu.

Pokaz w Poznaniu, do tego nieznanego wówczas projektanta odbił się jednak szerokim echem. Już wtedy zaistniałeś w świadomości modowego środowiska.

To prawda. Po tym pokazie wszystko bardzo szybko się potoczyło. Zgłosiło się do mnie mnóstwo mediów, magazyny modowe wypożyczały moje ubrania do sesji zdjęciowych. To był moment, kiedy postanowiłem chwycić byka za rogi. Poszedłem za ciosem i zrobiłem kolejną kolekcję. Wtedy dostałem zaproszenie od organizatorów Fashion Weeka w Łodzi - jednak ta propozycja obejmowała możliwość zaprezentowania kolekcji w strefie showroom, a nie na wybiegu. Dzień później leciałem na Tydzień Mody do Vancouver i tam miałem okazję pokazać swoje projekty szerszej publiczności. Później okazało się, że mój sukces w Kanadzie zadziałał jak magnes na polskie środowisko mody i od tego czasu byłem regularnie zapraszany na Fashion Weeka do Łodzi. Wtedy już moje kolekcje gościły na głównym wybiegu.

Jednak w ostatnim sezonie zabrakło pokazu TOMAOTOMO na polskim Tygodniu Mody. Dlaczego?

Dla młodych projektantów Łódź jest nieocenioną możliwością pokazania tego, co się tworzy. To świetne miejsce na debiut. Na pewnym etapie jest to niezastąpiona forma promocji. Jednak mam poczucie, że aktualnie jestem o krok dalej, że muszę się usamodzielnić. Teraz zależy mi na odrębności. Chciałbym nieco odciąć się od Tygodnia Mody w Łodzi, by zacząć w pełni funkcjonować pod niezależnym brandem, jaki stworzyłem pod nazwą TOMAOTOMO. Z taką myślą zrezygnowałem z pokazu w ostatniej edycji, a także w tym sezonie. Nie mówię, że zostawiam Łódź na zawsze, ale chcę od niej nieco odpocząć. Być może za kilka sezonów wrócę tam z kolekcją basic.

fot. Marek Pietroń / VU MAG

W zeszłym tygodniu w Warszawie odbył się Twój pierwszy, autonomiczny pokaz mody, który zbiegł się w czasie (różnica kilku dni) z otwarciem butiku w Centrum Handlowym Plac Unii. Zaatakowałeś stołeczne środowisko mody z dwóch stron…

Podjęcie decyzji o równoczesnym otwarciu butiku w Warszawie i zorganizowaniu pokazu mody było świadomym posunięciem. Pokaz to dla projektanta wielkie święto, które uwiarygodnia go w oczach klientek. Kolekcję Veronique przygotowałem dużo wcześniej, ale czekałem z jej prezentacją do momentu otwarcia butiku. I nie uważam, że zaatakowałem stołeczne środowisko. Raczej byłem wyczekiwany. (śmiech)

Wyczekiwany przez środowisko, czy przez klientki?

Oczywiście mam cichą nadzieję, że środowisko zaakceptuje moją pracę. Ale wszystko co robię, robię przede wszystkim dla swoich klientek. W Warszawie mam spore grono wiernych fanek, które dotychczas przyjeżdżały do Poznania, bądź kupowały rzeczy w sklepie internetowym. Od kiedy pamiętam Panie te pytały mnie kiedy otworzę butik w Warszawie. Bo jednak każdy woli zobaczyć ubrania na żywo, dotknąć tkaniny, przymierzyć wymarzoną suknię, a w razie czego na miejscu dokonać niezbędnych poprawek. Zatem stworzyłem klientkom dogodną możliwość poznania tego co robię.

fot. Marek Pietroń / VU MAG

W Twoim butiku można kupić kolekcję na sezon wiosna - lato 2014, którą notabene zaprezentowałeś w zeszłym tygodniu na pokazie. Wywracasz reguły świata mody do góry nogami. Pokazujesz kolekcję wiosenną w czasie, kiedy cały świat już dawno zaprezentował swoje propozycje na jesień - zimę. Skąd pomysł na taką filozofię marki?

To wszystko dlatego, że jak wspomniałem, chciałem zorganizować pokaz w czasie otwarcia butiku. Kolekcję mogłem zaprezentować znacznie wcześniej, jednak termin otwarcia butiku pokrzyżował te plany. Okazało się, że zorganizowanie sklepu zajmuje więcej czasu, niż się spodziewaliśmy. Zwłaszcza, że wybór lokalizacji, wystrój - wszystko musiało być idealne. Do tego doszły negocjacje kontraktu, które nieco się przedłużyły, dlatego aktualna kolekcja pokazała się na wybiegu tak późno. Choć z drugiej strony nie ma tego złego. Staram się dostosować do specyfiki naszego rynku. Wiem, że klientki chcą widzieć w butiku najnowszą kolekcję już dzień po pokazie, tym razem udało mi się sprostać ich oczekiwaniom.

fot. Marek Pietroń / VU MAG
fot. Marek Pietroń / VU MAG

Twoja najnowsza kolekcja nosi nazwę Veronique…

Tak, to wszystko przez Weronikę Książkiewicz. Ona jest ze mną od samego początku, mamy ze sobą wyjątkową więź. Rzeczywiście ta relacja jest fundamentem naszej współpracy, ale tak naprawdę oparta jest o szczerą przyjaźń. Między nami występuje idealna nić porozumienia, mamy podobne poczucie humoru. Poznaliśmy się na moim pierwszym pokazie w Poznaniu, na który zaprosiłem też kilka innych gwiazd, ale z żadną z nich nie rozmawiało mi się tak dobrze, jak z Weroniką. Bardzo się cieszę, że udało nam się utrzymać tę znajomość do dziś.

Co cenisz w Weronice najbardziej?

Jest ucieleśnieniem mojego ideału kobiety, do tego jest niesamowitą osobą - szalenie utalentowaną, a przy tym z ogromnym dystansem do siebie. Przyznam szczerze, że jestem absolutnym fanem jej urody. Weronika nie potrzebuje makijażu, ona jest naturalnie piękna. I właśnie to naturalne piękno i jej urzekający dystans do siebie, według mnie jest najbardziej pociągający. Tworząc każdy element mojej kolekcji myślę o tym, jak Weronika będzie wyglądać w danej rzeczy.

Studio69

Nazwanie kolekcji jej imieniem to piękny gest przyjaźni.

Najlepsze jest to, że Weronika w ogóle nie wiedziała o moim pomyśle na nazwę. To była niespodzianka. Dowiedziała się dopiero, kiedy dostała zaproszenie na pokaz. Poczułem siłę naszej przyjaźni po finale pokazu, kiedy Weronika wybiegła z bukietem kwiatów, rozweselona i pełna emocji. Przez to wszystko o mały włos nie uderzyłem w słup (śmiech). Słyszałem zarzuty, że nasze zachowanie było wyreżyserowane, ale to nieprawda. Te emocje były spontaniczne i prawdziwe. Sam byłem zaskoczony jej reakcją.

Studio69

Jak odnajdywałeś się do tej pory w środowisku mody? Byłeś jego częścią, czy starałeś się stać na uboczu?

Wydaje mi się, że funkcjonowałem w świadomości środowiska, ale zawsze byłem gdzieś z boku. Podobnie zresztą jak w świadomości klientek - wiedziały, że marka TOMAOTOMO istnieje, ale nie wiedziały gdzie kupić moje ubrania. Teraz będę musiał odważniej wejść w świat mody.

Boisz się tego wejścia? Że nie zostaniesz zaakceptowany?

Nie, absolutnie się nie boję. Dzisiaj jestem bardziej świadomy, niż parę lat temu. Wiem, czego chcę i wiem jak mam do tego dążyć.

Życzę Ci powodzenia i trzymam kciuki za kolejne sukcesy!

Dziękuję!

fot. Marek Pietroń / VU MAG
fot. Marek Pietroń / VU MAG
fot. Marek Pietroń / VU MAG
fot. Marek Pietroń / VU MAG
fot. Marek Pietroń / VU MAG
Studio69

Tematy:

Nieprawidłowy email