Lazy Monkey: ubrana bez wysiłku

Czy masz wrażenie, że w Polsce już tylko rząd i kancelaria prezydenta zajmują się czymś innym, niż szycie ubrań? Lazy Monkey to historia małej marki która powstała jakby przypadkiem, przy okazji. I ubrań dla małej grupy ludzi.

Foto: Zdjęcia własne Materiały prasowe / VU MAG

Założycielką „wyluzowanej małpy” jest Maga. Maga i co dalej? Nic. Maga i już, wystarczy. Nie chce występować pod nazwiskiem, nie interesuje ją lans ani bycie projektantką. Szyciem ubrań zajęła się kilka lat temu, jak sama mówi: z lenistwa. – Zawodowo zajmuję się teatrem ruchu – wyjaśnia. – Prowadziłam zajęcia z choreografii i dosyć mnie męczyło to ciągłe przebieranie się: zestaw na miasto, na próbę, potem znowu ten na ulicę… Zastanawiałam się, co to mogłoby być takiego, żebym mogła w jednym ubraniu wyjść z domu, poprowadzić zajęcia, zarzucić kurtkę i pobiec dalej. I cały czas dobrze wyglądać. Pierwszy powstał czarny kombinezon z długimi rękawami, ściągany z tyłu atlasową wstążką; taką, jaką obwiązuje się wokół łydek baletki. Potem zaczęłam wymyślać  inne rzeczy – spodnie, koszulki, spódnice, sukienki. Wszystkie luźne, zapewniające swobodę ruchów, z miłych w dotyku materiałów. Monochromatyczne, najczęściej białe lub  czarne. Nie nazywam tego projektowaniem, ale tak: dbam o właściwe proporcje ubrań, zależy mi, by przy całej swej prostocie ładnie układały się w ruchu, dobrze prezentowały na sali i na ulicy. Najpierw zaczęły je  u mnie zamawiać uczestniczki zajęć teatralnych, potem ich znajome, czasem jakaś dziewczyna po prostu zaczepiała mnie na ulicy, pytając, gdzie można kupić taką bluzę. Moja przyjaciółka i niezwykła kobieta, Beata Mitas, projektantka cudownej bielizny „Mitas Design”, stwierdziła, że to jest moment, kiedy powinnam pomyśleć o własnej marce: okazała mi w tym wielkie wsparcie, udostępniła własne kontakty, wprowadziła we wszystkie tajniki produkcji. Jestem jej bardzo wdzięczna. I tak powstało „Lazy Monkey”.

Maga jest aktorką i choreografem. Pracuje z ludźmi wykluczonymi społecznie: najpierw byli to wychowankowie placówek opiekuńczych w Bielsku Białej, potem kobiety odsiadujące wyroki w zakładzie karnym w Lublinie, a od 5 lat robi też projekty międzynarodowe: Kuba, Argentyna, Panama, Kolumbia. Praca nad spektaklem trwa zwykle 3–5 tygodni i pochłania ją bez reszty. Teksty są ambitne – w Hawanie była to poezja Miłosza, w Lublinie: Calderon i Jelinek – a aktorzy to amatorzy o nieźle pokręconych życiorysach. Niekiedy propozycje współpracy przychodzą płynnie, jedna po drugiej, czasem Maga ma kilkumiesięczną przerwę. I wtedy właśnie jest czas na „Lazy Monkey”, a ostatnio także na „Hulu Boho” i „The Roots” – nowe linie.

I tu na scenę wkracza Edwin. Edwin, który pracuje jako grafik komputerowy w dużym wydawnictwie prasy kobiecej, a po godzinach zajmuje się swoją marką „Hulu Design”. W ramach „Hulu Design” od 3 lat projektuje grafiki na deski: longboardy, snowboardy i surfboardy oraz autorskie T-shirty, maluje murale na zamówienie.

Foto: Zdjęcia własne Materiały prasowe / VU MAG 11101844

Maga i Edwin poznali się na facebooku – ona skomentowała jego zdjęcie w modowej streetowej sesji, on coś tam odpisał; potem były rozmowy o wspinaczce, jeździe po mieście na desce i windsurfingu, dzieciach (ona ma dwójkę, on jedno), o pracy (ona akurat pracowała w Kolumbii jako aktorka i choreograf z ludźmi dotkniętymi problemem wysiedlenia ze swoich domów z powodu wojny domowej – więc poprosiła go, żeby zaprojektował plakat do tego spektaklu). Wymienili 9000 maili, filmików, zdjęć i wiadomości na facebooku i gdy spotkali się po raz pierwszy w realu, na lotnisku Okęcie, oboje byli już zakochani. Taka historia. Trochę Osiecka, trochę Ameryka.

Teraz mieszkają na warszawskim Żoliborzu i tam też powstają ubrania. W linii „Lazy Monkey” nadal są charakterystyczne taśmy, przypominające wiązania baletek. Edwin wraz ze swym „Hulu” wnieśli więcej grafiki i koloru – taka jest linia „Boho”. Wspólne są motywy indiańskie w linii „The Roots”, bo oboje są zafascynowani tą kulturą; on studiował archeologię Nowego Świata, ona najchętniej przeniosłaby się na stałe do Ameryki Łacińskiej. Nie interesują ich trendy na lato 2016, pokazy Pret-a-Porter w Paryżu i Fashion Week w NY. Ani co nosi Anna Mucha. Projektują dla siebie i ludzi o podobnym stylu życia: dużo miasta, dużo sportu, ile się da bliskich i dalszych podróży. Szyją je też w Warszawie, w zaprzyjaźnionym GabAtelier: krótkie serie, od kilku do kilkunastu sztuk. Ceny w granicach 180-1200 złotych. Właśnie powstaje kolekcja jesień/zima – w tym wełniane swetry, które właśnie zaczynają dziergać ręcznie. Oboje, bo Edwin ma dwie starsze siostry, które nauczyły robić go na drutach i szydełku…

Foto: Zdjęcia własne Materiały prasowe / VU MAG LazyMonkeyHuluDesign

Ich ubrania nie wyznaczają nowych trendów w modzie – ale oni sami już tak. Bo bardzo wyraźnym trendem jest rozdrobnienie rynku, powstawanie tysięcy małych marek, dedykowanych ludziom o podobnym sposobie myślenia, wartościach, stylu życia. (Nie mylcie tego, proszę, z szarą dresówką i kombinowaniem „co ludzie kupią”.) Nieliczne z tych firemek zdobywają popularność, większość produkuje dla znajomych znajomych. Czy można z tego żyć? Nie, jeśli nie masz innego źródła dochodu. I nie kochasz tego, co robisz i z kim to robisz…

Tematy:

Nieprawidłowy email