Projekt Mokotowska - Prawdziwe historie: Urszula Sochacka-Koper i Maria Koper

Właścicielka pracowni kuśnierskiej od przeszło 100 lat pozostającej w rękach jednej rodziny. W małym pomieszczeniu z antresolą przy Mokotowskiej 51/53 są projektowane, krojone, szyte i sprzedawane naturalne futra i galanteria – kołnierze, czapki, kaptury. Latem robi się przeróbki egzemplarzy vintage. Rok temu dołączyła do pani Uli córka Marysia, która będzie już czwartym pokoleniem kuśnierzy.

Urszula Sochacka- Koper i Maria Koper / fot. Marek Pietroń

Dziadek Piotr Sochacki otworzył w 1895 roku pracownię na Nowym Świecie: futra i krawiectwo ciężkie, bo przecież noszono też pelisy – płaszcze podbijane futrem po wewnętrznej stronie – palta i żakiety z futrzanymi kołnierzami, mankietami czy obszyciami. Firma świetnie prosperowała, dziadek chciał konkurować z najlepszymi przedwojennymi salonami futer z Warszawy, mojego ojca Jana wysłał do szkoły do Paryża. W wigilię Bożego Narodzenia do dużego stołu w pracowni zasiadali wspólnie do wieczerzy rodzina i pracownicy, ponad dwadzieścia osób. A potem przyszła wojna: mój ojciec, żołnierz generała Kleeberga w Kampanii Wrześniowej, trafił do obozu w Mauthausen, dziadek Piotr zmarł podczas Powstania Warszawskiego, dom z pracownią został zburzony, rodzina poszła w rozsypkę – część osób wywieziono na roboty i do obozów, inni rozproszyli się po całej Warszawie – a ukryte w piwnicach bardziej wartościowe futra zaginęły. W 1947 roku mój ojciec, Jan Sochacki zaczynał na Mokotowskiej od zera. W sensie materialnym – bo kapitałem firmy była jego wiedza i znajomość rzemiosła.

W futrach czas jest bardzo ważną miarą. Kształcenie kuśnierza jest długie: musi znać się na skórach, kroju, szyciu, wykończeniu, modzie. Kożusznicy – mimo, że to niby bardzo pokrewny fach – stosują zupełnie inne szwy, niż my. Do tej branży nie przychodzi się na chwilę – z dwóch pań, Łucji i Justyny, które pracują razem ze mną, pierwsza jest w firmie od 50 lat, druga prawie 30. Ja sama pracuję już 38 lat. Zaczyna się od szczotki, czyli zamiatania zakładu. Tak zaczynałam ja, córka właściciela zakładu, tak zaczynała Marysia. Podobnie jak ja, ona też może liczyć na doświadczenie i wsparcie Lusi. Nie znam zakładów pracy, gdzie byłyby tak silne i trwałe relacje. Futra nie kupuje się na chwilę. Z długich płaszczy robi się kurtki, z kurtek kamizelki, czapki, kołnierze, narzuty. Dlatego tak ważna jest jakość skór: muszą być trwałe, wytrzymać wiele lat. Stare futra przerabia się na modne – teraz na przykład jest czas odmładzania tych długich, szerokich norek: żeby były lżejsze, zgrabniejsze. Nie chcę wdawać się w dyskusje, czy lepsze są futra naturalne, przyjazne dla środowiska, czy sztuczne, które trzeba utylizować, bo nie rozłożą się nawet za 400 lat – każdy ma swoje zdanie. W mojej rodzinie wszyscy chodzili w naturalnych futrach od dziecka: ja miałam króliki robione na ocelotki, mój syn Piotruś bibrety, które po nim nosiła Marysia. I wszyscy byliśmy nauczeni olbrzymiego szacunku dla futer – dziecięce paletka kolejno przechodziły do kuzynów i kuzynek, nowe futra były przerabiane potem po kilka razy. Tak jest do dziś, tego samego uczę moją wnuczkę.

Mam po ojcu, który w Cechu Kuśnierzy, Rękawiczników i Garbarzy zasiadał w komisjach egzaminów czeladniczych i mistrzowskich, ręcznie pisane skrypty ze wskazówkami, jak zrobić wykrój futra na mężczyznę z guzami urzędniczymi (wystające łopatki!), czy kobietę z bezbiuściem. Bo szycie na miarę nie polega na wykonaniu ubrania w odpowiednim rozmiarze, tylko sprawieniu, że klient będzie w nim wyglądał lepiej i czuł się lepiej. Jeszcze 20-30 lat temu Mokotowska była ulicą rzemieślników: warszawiacy i pracownicy pobliskich ambasad szyli sobie tu suknie, koszule, rękawiczki, płaszcze, buty, zamawiali meble, lustra, zasłony. To było naturalne, że idzie się do sąsiada i zamawia u niego buty na miarę – na tym zdjęciu Marysia ma na nogach czarne oficerki, które pan Krawczyk zrobił dla mnie ponad 20 lat temu: są nie do zdarcia. Dziś zostało nas na Mokotowskiej kilkoro, a cudzoziemcy z Europy Zachodniej wchodzą i pytają, czy mogą obejrzeć zakład, bo u nich nie ma już takich miejsc. Z drugiej strony: Marysia, która studiowała kulturoznawstwo, potem pracowała przy scenografiach telewizyjnych, nagle rok temu postanowiła, że przygotuje się do egzaminów kuśnierskich. Mój syn jest operatorem i producentem telewizyjnym, ale ostatnio przyszła tu jego ośmioletnia córeczka Janeczka, obejrzała zdjęcia na ścianach i oświadczyła: – Babciu, jak ta firma istnieje tak długo, to ona nie może zniknąć!

Urszula Sochacka- Koper i Maria Koper / fot. Marek Pietroń

Tematy:

Nieprawidłowy email