Projekt Mokotowska - Prawdziwe historie: Paweł Kałużyński

Malarz kolorysta, absolwent ASP i historii sztuki. Butik loft 37 przy Mokotowskiej 52A sprzedaje buty, do których zaprojektował print.

Paweł Kałużyński / Marek Pietroń

Ludzie zdeterminowani i pochłonięci swoją pasją są zwykle poważni, żeby nie powiedzieć ponurzy. A Kałużyński jest samą radością. Sprawia wrażenie człowieka, który budzi się i zasypia z uśmiechem na ustach. Sam mówi o sobie: – Mnie humor można tylko zepsuć. Jest dzieckiem szczęścia. Miał kilka lat, gdy wymyślił sobie, że będzie malarzem i dziś utrzymuje się ze sprzedaży obrazów i lekcji rysunku i malarstwa. Głównie przygotowuje maturzystów do egzaminów na architekturę i ASP – z sukcesem, ma już sporą gromadkę absolwentów – ale zdarzają się też uczniowie, którzy chcą malować wyłącznie dla przyjemności.

– Miałem chyba pięć lat, kiedy idąc z mamą ulicą zobaczyłem na wystawie jakiejś galerii obrazy – wspomina Paweł. – I to, co wtedy mama mi powiedziała, że jest taki zawód jak malarz, są ludzie, którzy z tego żyją, jakoś zapadło mi w pamięć. Ale nie wiem, czy zostałbym malarzem, gdyby nie moja nauczycielka wychowania plastycznego z liceum. Od małego bardzo dużo rysowałem, znacznie więcej niż inne dzieci, ale nikt tego nie traktował poważnie. Moi rodzice są ekonomistami, w ogóle wszyscy w rodzinie są po SGH – dla nich wizja, że można budować swoją przyszłość, wykształcenie, zawód, dochody, na czymś tak niewymiernym jak uzdolnienia artystyczne, była bardzo nowatorska. Dlatego nie było mowy, żebym na przykład poszedł do liceum plastycznego. Na szczęście, w moim ogólniaku lekcje plastyki prowadziła pani Joanna Radzka, która sama malowała obrazy i projektowała kostiumy do filmów – „Hydrozagadki” i pierwszej wersji „W pustyni i w puszczy”. Ona, oceniając moje prace, całkiem serio rozważała moje szanse dostania się na ASP, traktowała malarstwo po prostu jako jedną z opcji zawodowych, którą powinienem rozważyć. To, że podchodziła do tego tak rzeczowo, było dla mnie olbrzymim wsparciem. To, i fakt, że ona nam wszystkim, całej klasie, niesamowicie imponowała: „Hydrozagadka” do dziś jest absolutnie kultowym filmem. I ja sobie wtedy myślałem, jak by to było fajnie, gdybym jako już dorosły człowiek – powiedzmy po trzydziestce – został jej kolegą z pracy, rozmawiał jak równy z równym… Zabawne, jak takie rzeczy człowieka nakręcają, pomagają mu dojść do celu. Dzisiaj spotykamy się czasem na kawie z Joanną, rozmawiamy o naszych obrazach.

To, że podjął po maturze decyzję, nie zrobiło jeszcze z niego artysty. Za pierwszym razem Pawła Kałużyńskiego na warszawską ASP nie przyjęli. To go nie załamało, bo wiedział, że lekko nie będzie, był przygotowany na dłuższą walkę. Za drugim razem też się nie dostał. Zaczął studiować historię sztuki na UW, która była w kręgu jego zainteresowań, ale też stwarzała dodatkową zawodową opcję. Dlatego, gdy za trzecim razem został studentem malarstwa, to historii sztuki nie rzucił, ciągnął równolegle dwa kierunki. Na szczęście Uniwersytet Warszawski jest naprzeciwko Akademii Sztuk Pięknych. A na tyłach akademii miała swoją siedzibę najlepsza wówczas w Polsce agencja modelingu, Model Plus…

– Miałem akurat przerwę w zajęciach, kiedy zadzwonił do mnie szef Model Plus, Darek Kumosa. Jeden z moich kolegów, który był fotografem, poszedł do niego ze swoją teczką ze zdjęciami i ja byłem na jednym z tych zdjęć. Darek zapytał się, kiedy mogę wpaść do niego do agencji, ja – że natychmiast, bo jestem tuż obok. Podszedłem do ich biura na Traugutta i od razu podpisaliśmy umowę. Ten 2000 to był dla mnie rewelacyjny rok, wszystko zaczęło się układać: nie dość, że dostałem się na malarstwo, to jeszcze zarabiałem pieniądze jako model. Pracowałem tak przez całe studia i kilka lat po, właściwie wycofałem się na własne życzenie. W Polsce niedużo robi się pokazów mody czy sesji fotograficznych z męskimi modelami, dostawałem głównie propozycje reklamowe. Dużo. Do tego stopnia, że znajomi śmiali się: otwieram lodówkę, a tu wyskakuje Kałużyński. Te reklamy to była męcząca, nudna, ciągnąca się godzinami praca, bo zawsze był tłum ludzi na planie i każdy miał jakieś uwagi. Zdarzało się, że zaczynaliśmy zdjęcia od początku, bo przyjechał na plan przedstawiciel klienta i powiedział: – no nie, przecież on nie jest ubrany jak Polak! No, i zaczynało się jakieś wkładanie koszulek, jedna na drugą…

Natomiast z branżą modową nadal mam kontakt, bo tam pracują świetni ludzie. Ostatnio mojej koleżance, Joannie Kowalkowskiej, która studiowała w Central Saint Martins, zrobiłem printy do kolekcji butów, które zaprojektowała dla Loft 37. Nawyki z modelingu okazały się poza tym bardzo przydatne, bo tak jak model musi dbać o ciało, tak malarz o kondycję. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, że malarstwo to ciężka praca fizyczna – to dreptanie przy sztalugach, przemierzanie po kilkadziesiąt razy całej pracowni, machanie pędzlem. Po całym dniu bolą mnie nogi i ramiona, mimo że regularnie biegam. Staram się malować codziennie. Całymi seriami, bo zwykle jakiś temat przylepia się do mnie i powstaje kilka obrazów, tak jak te gęby – z tego cyklu jest Einstein, z którym jestem tu na zdjęciu.

Ostatnio maluję papugi. Papugi mnie fascynują, bo są długowieczne, potrafią żyć sto lat, czasem towarzyszą kilku pokoleniom. Widziałem kiedyś taki dokument o schronisku dla ptaków, które po wielu latach straciły swego właściciela i siedziały w klatkach gadając do siebie, jak ludzie, którym pomieszało zmysły. No i maluję te papugi też dlatego, że są fantastycznie upierzone. A ja, gdy mnie ktoś nieznajomy pyta, co właściwie maluję, odpowiadam krótko: sto kolorów!

Mam galerię „Atak” przy Krakowskim Przedmieściu, która mnie reprezentuje i sprzedaje moje obrazy, czasami kupują je też klienci salonu „Figaro Interior”. Daję lekcje wszystkim, którzy chcą uczyć się malarstwa i rysunku. Codziennie rano wychodzę z domu i tak jak inni do biura, ja jadę do pracowni i maluję. Czasem idzie mi świetnie, sam nie wiem, kiedy minął dzień, wiem, że to, co zrobiłem jest dobre i biegnę do metra jak na skrzydłach. A czasem jest marnie, ledwo wlokę się do domu. Ale mam to, czego chciałem. Moje życie ma sto kolorów.

Paweł Kałużyński / Marek Pietroń

Tematy:

Nieprawidłowy email