Projekt Mokotowska - Prawdziwe Historie: Magdalena Łapińska

Graficzka, ilustratorka, założycielka własnej marki Łapińska Porcelana. W wolnych chwilach robi playlisty – wraz z dwoma przyjaciółkami tworzy grupę DJ-ską Menage a Trois. Kocha warszawski modernizm. Lubi jadać na mieście i schodzić z parkietu ostatnia.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Najpierw był Sen o Warszawie. Projekt, który zrobiłam na studiach, na wydziale Wzornictwa ASP. Sześć modeli modernistycznych budynków – Rotunda PKO, Dworzec Centralny, Supersam, dom towarowy Sezam, dom meblowy Emilka i kino Skarpa – które znałam od dziecka, bo przez dwie trzecie swego życia mieszkałam w samym centrum miasta, naprzeciwko Pałacu Kultury. Zrobiłam je z grubej, białej ceramiki, z jakiej w PRL-u były w kubki i talerze w barach mlecznych i szkolnych stołówkach. Dwa z tych modeli to już tylko pamiątki po przeszłości – nie ma już Skarpy ani Supersamu, na ich miejscu stoją wieżowce. Kolekcja Sen o Warszawie była wystawiana publicznie i sprzedawana tu na Mokotowskiej, w siedzibie fundacji Bogny Świątkowskiej Bęc Zmiana, przed którą właśnie teraz stoję. Jestem bardzo wdzięczna Bognie, bo ona była pierwsza – pierwsza, która zauważyła ten projekt, powiedziała, że to jest dobre, uwierzyła we mnie.

Potem był Modernizm Wwa – moja praca dyplomowa – projekt miejskiego muzeum, zakładający zwiedzanie aż 42 modernistycznych budynków. Taka wycieczka od Żoliborza po Wilanów i Saską Kępę. Każdy mógłby wsiąść z mapą w specjalny, kursujący określoną trasą autobus i oglądać oznaczone muzealnymi tablicami zabytki najnowszej architektury Warszawy: CDT Smyk, Sejm, dom Jana Wedla, pawilon meblowy Emilia, Ministerstwo Edukacji, tor wyścigów konnych. Od domów zbudowanych przed wojną, po stojący na Smolnej wieżowiec Młot z lat 70. To projekt, który bardzo podoba się wszystkim instytucjom odpowiedzialnym za kulturę, ochronę zabytków czy zarządzanie miastem – tyle, że wszyscy uważają, że kto inny powinien dać na niego pieniądze. Beznadziejna sprawa. Ale jeszcze nie odpuściłam.

A teraz robię porcelanę. Na białych talerzach ręcznie nakładam moje wzory – chciwą rękę, łapiąca diamenty, warszawską syrenkę, złote fregaty na kotwicy. Talerze są do powieszenia na ścianę, zamiast obrazów czy plakatów. Podoba mi się takie połączenie – starego, bardzo mieszczańskiego pomysłu na dekorację ze świeżym, nowiutkim wzorem, solidnej potrzeby stabilizacji i kruchości porcelany. Bardzo ważne są też liski. Ma być tylko trzydzieści numerowanych figurek, każda zdobiona złotem lub kobaltem w inny wzór. Lisek to moje ulubione zwierzę – lubię jego trójkątny pyszczek i czujne uszka, życiowy pragmatyzm, skuteczność i elegancję. Cały jest modernistyczny. Lisek to też w moich ustach największa pochwała. Kiedy ktoś z moich znajomych potrafi osiągnąć cel bez zbędnego hałasu, zadbać o swoje interesy nie tracąc przy tym wdzięku, mawiam z podziwem „och, ty lisku!”.

Znajomych mam dużo: z dzieciństwa, szkoły, studiów, wszystkich kolejnych projektów, pracy jako grafik w K MAG-u, imprez. Dużo pracuję i po godzinach, które spędzam w pracowni ceramicznej czy przy komputerze, tylko w towarzystwie muzyki, potrzebuję ludzi, zabawy, tańca. Poza tym, miasto też tego potrzebuje. Miasto to żywy organizm i trzeba o nie dbać, krążyć po nim jak krew, a nie wahadłowiec dom-praca-dom. To wszystko wymaga zręczności jak w tańcu – kiedy tylko imprezujesz, nie masz czasu na pracę i to, co cię naprawdę w życiu kręci i stresujesz się osiągnięciami innych. Ale kiedy siedzisz tylko w pracy i nikt ci nie jest potrzebny, dlaczego ludzie mieliby się w ogóle interesować tym, co robisz?

To pierwszy rok w moim życiu, gdy tak mocno postawiłam na to, by robić to, czego naprawdę chcę. Z kim naprawdę chcę. Tak prawie na ostrzu noża: wóz, przewóz... Pewnie, czasami trochę się boję. Powtarzam sobie wtedy, że najwyżej pójdę wreszcie do właścicieli tego mieszkania, które teraz wynajmujemy z moim chłopakiem, poproszę, żeby pozwolili wbić nam w ścianę kilka gwoździ i powiesimy wszystkie te niesprzedane talerze. Numerowane liski powstają po kolei, aktualnie mam w zapasie cztery sztuki. No, to najwyżej będziemy sobie tak razem mieszkali w szóstkę na tych 55 metrach kwadratowych. Bardzo modernistycznie.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Zobacz także pozostałych bohaterów cyklu: PROJEKT MOKOTOWSKA - PRAWDZIWE HISTORIE

Tematy:

Nieprawidłowy email