Projekt Mokotowska - Prawdziwe Historie: Katarzyna Bem

Nauczycielka jogi i medytacji. W poprzednim, wcale nie tak dawnym wcieleniu, menadżerka na kierowniczych stanowiskach w dużych korporacjach. Z wykształcenia dziennikarka, propaguje zdrowy tryb życia również artykułami w prasie i w sieci.

Katarzyna Bem / fot. Marek Pietroń

Jestem z tych roczników, które świeżo po studiach załapały się na przemiany w Polsce w latach 90. I boom gospodarczy – każdy, kto dobrze znał angielski i był w miarę rozgarnięty, dostawał swoją szansę w mediach, reklamie, marketingu. Zanim zdążyłam zorientować się, co się dzieje, już miałam wszystko: stanowisko dyrektora marketingu w dużym wydawnictwie, przystojnego męża w świetnej agencji reklamowej, pięknego synka. I własne, dobrze urządzone mieszkanie, służbowe bankiety i zagraniczne delegacje, urlopy w egzotycznych miejscach, zakupy w pierwszych markowych butikach, jakie otworzyły się w Warszawie… Oczywiście, nie za darmo; okupione codzienną, często kilkunastogodzinną pracą. Przed 30-tką zarządzałam 25-osobowym zespołem. Lubiłam swoją pracę i odnosiłam sukcesy.

Co się stało? Byłam coraz bardziej zmęczona, zestresowana i nieszczęśliwa. Zaczęło się sypać nasze małżeństwo. Potem pojawiły się problemy ze zdrowiem. Nie jakieś konkretne i poważne – nie mogłam spać i miałam trudności z oddychaniem. Kto by się czymś takim przejmował? Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to klasyczne symptomy zbliżającej się depresji. W dodatku, nadal było jak w bajce: miałam wyrozumiałych szefów i kochającą rodzinę, wszyscy mówili: – OK, to stres, wypalenie zawodowe, zrób sobie przerwę, odpocznij i wróć do nas. Trzy razy, niczym Jasio Głuptasio z baśni braci Grimm, przechodziłam tę samą próbę: robiłam sobie przerwę, wracałam do pracy i zaczynałam chorować. Więc robiłam sobie przerwę, dostawałam kolejną propozycje, wracałam do pracy… Ostatnia przerwa trwała pół roku. I już nie przyjęłam kolejnej propozycji pracy.

Pomyślałam, że jeśli nie chcę na dobre zwariować w tym kołowrocie, muszę zacząć wszystko od początku, od podstaw. A nie ma nic bardziej podstawowego, niż oddech. I tak w moim życiu pojawiła się joga. Najpierw przez kilka lat uczyłam się sama, potem zaczęłam uczyć innych. Bardzo wielu z moich uczniów to znajomi sprzed lat, z korporacyjnych czasów, ludzie pracujący na menedżerskich stanowiskach, właściciele firm, osoby znane publicznie. Nie namawiam ich do zmiany życia, nie czuję żalu, że już nie żyję tak, jak oni. Prowadzę lekcje. Uczę ich oddechu, medytacji, pomagam prawidłowo wykonać każdą pozycję. Codzienna praktyka jogi w naturalny sposób wymusza pewne zachowania – po prostu nie można przez kilka godzin dziennie ćwiczyć, nie będąc wegetarianinem, nie rezygnując z używek. To nie jest jakaś nawiedzona ideologia, tylko fizjologia – bo joga jest fizyczna, cielesna. Choć ma też oczywiście wymiar duchowy, ale to już osobista sprawa każdego z nas. Jeden wybór pociąga za sobą następne: jeśli masz w sobie spokój, nie chcesz żyć wśród ludzi, którzy sieją zniszczenie, jeśli nie pijesz alkoholu i nie palisz, nie lubisz spędzać nocy na imprezach. I nie po to starasz się pewnie, całą stopą i wszystkimi jej palcami oprzeć na ziemi, żeby nosić niewygodne buty na chybotliwych szpilkach. Joga każdemu zmienia życie w jego własnym tempie i wymiarze. Jednemu pomoże dotrwać do weekendu, a innemu przewróci wszystko do góry nogami.

Dla moich najbliższych – rodziców i brata – zmiana, jakiej dokonałam w moim życiu była szokiem. Pochodzę z bardzo tradycyjnej, mieszczańskiej rodziny, w której zawsze przywiązywano wagę do wykształcenia, pozycji społecznej, statusu materialnego. Na szczęście, w mojej rodzinie jest też dużo miłości i dlatego bliscy przyjęli wobec mnie postawę „nie rozumiemy, ale wspieramy”. Trochę się bali, że odlecę. Dziś są spokojni, bo widzą mnie zdrową i szczęśliwą. No, i na co dzień jednak w butach, a nie boso…

Poza tym… wciąż jestem sobą. Nadal dużo pracuję, lubię przyjemne życie i rzeczy dobrej jakości. Przez cały rok oszczędzam, żeby mieć dwa miesiące wakacji. Przeznaczam je głównie na mój własny rozwój – w tym roku byłam w szkole jogi pod Nowym Jorkiem na zaawansowanym kursie nauczycielskim. Mam swoje plany zawodowe: chcę rozwijać kursy oddechu i medytacji, odosobnienia medytacyjne, działalność charytatywną, podróże z jogą. Za tydzień wyjeżdżam z grupą do Indii. Tu, na Mokotowskiej kupowałam w nowym butiku Wonders włoskie półbuty marki forte forte. Drogie jak nie wiem co, ale będę w nich chodziła parę lat – to szlachetny klasyk. Są piękne, a w dodatku moja przyjaciółka, która jest właścicielką tego miejsca, dała mi na urodziny dużą zniżkę. Moje życie nauczycielki jogi nie jest ucieczką ani rezygnacją. To świadomy wybór.

Katarzyna Bem / fot. Marek Pietroń

Tematy:

Nieprawidłowy email