Projekt Mokotowska - Prawdziwe historie: Izabela Łapińska

Projektantka słynna przede wszystkim ze zmysłowych sukienek i kobiecych płaszczyków. Nie uznaje żadnych kompromisów, jeśli w grę wchodzi jakość i elegancja. Bardziej od trendów na dany sezon ceni wyjątkowość i niepowtarzalny styl – podobnie jak jej najwierniejsze klientki: Małgorzata Foremniak, Anita Lipnicka, Agata Buzek, Beata Ścibakówna, Alicja Resich-Modlińska. W przyszłym roku, w nowym salonie przy Mokotowskiej 39 będzie świętowała 10-lecie działalności.

Izabela Łapińska / fot. Marek Pietroń

Szara, ozdobiona ażurowymi wstawkami, które zrobiłam na szydełku. Gdybym miała wybrać trzy najważniejsze sukienki w moim życiu, to ona powinna otwierać listę. Pojechałam w niej do Paryża i w modnej dzielnicy Marais zaczepiła mnie na ulicy bardzo elegancko ubrana kobieta, pytając, skąd mam tę sukienkę? Nie wiem, co mnie podkusiło, ale odpowiedziałam, że od Soni Rykiel. A raczej wiem, co – w Polsce rzeczy uszyte samemu uchodziły dziesięć lat temu za coś gorszego, a Sonia Rykiel była moją ulubioną projektantką, absolutnym wcieleniem paryskiego szyku. Chciałam zabłysnąć. Pani popatrzyła na mnie zdziwiona i powiedziała stanowczym głosem: – Nie, to niemożliwe! Znam wszystkie kolekcje Soni Rykiel, to nie jest jej sukienka! Skruszona, już nie brnęłam dalej, tylko wyjaśniłam, że sama ją zaprojektowałam i uszyłam. Kobieta westchnęła i odpowiedziała: – Przestań zmyślać i powiedz wreszcie prawdę…

Okazało się, że pani ma własny butik, od kilkunastu lat sprzedaje kolekcje pret-a-porter i jest świetnie zorientowana w paryskiej modzie. Kiedy przestało mi być głupio, zaczęłam się cieszyć – bo dotarło do mnie, że to, co robię, zwróciło uwagę zawodowców, podoba się. I to podoba się w stolicy światowej mody! Wkrótce potem tę sukienkę pokazał „Twój Styl”, w 2004 roku Polsko-Francuska Izba Handlowa zorganizowała mi pierwszy pokaz w Paryżu, pięć lat później zorganizowałam już sama drugi, na którym pojawiła się francuska prasa, fotoreporter z Reutersa, ludzie z branży – nawet z Hermesa – dzięki czemu należąca do ich grupy 150-letnia marka obuwnicza John Lobb powierzyła mi swoje przedstawicielstwo w Polsce. Taki był efekt tej pierwszej ręcznej robótki.

Czarna z białym kołnierzykiem i wykończeniami rękawów zdawała ze mną wszystkie egzaminy na studiach. Właściwie, już od dziecka wiedziałam, że chcę projektować i szyć, zajmować się modą. Ale do zawodówek szli najgorsi uczniowie, a w dodatku panowała opinia, że jak jakaś dziewczynka jest wyjątkowo tępa, to nadaje się tylko na fryzjerkę lub krawcową. Dla mojej mamy pomysł, że ja, jedynaczka, mogłabym wybrać inną szkołę niż liceum, był nie do przyjęcia. Zapowiedziała: – skończysz studia i możesz sobie robić, co zechcesz! No, to wyjechałam z domu studiować filozofię na uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. I robić modę. Wyszukiwałam w secondhandach co ciekawsze rzeczy i robiłam z nich odlotowe kreacje. Utrzymywałam się z tego przez całe studia, do naszego pokoju 111 ciągnęły pielgrzymki dziewczyn! A sama chodziłam tak ubrana, że jak wchodziłam na stołówkę, to robiło się wokół mnie zbiegowisko. Moja wiecznie głodna przyjaciółka wykorzystywała zawsze ten moment i jak się panie w kuchni na mnie zagapiły, brała drugą zupę. Autentyczne! Ale na egzaminy chodziłam zawsze w tej czarnej z kołnierzykiem i mankiecikami, grzeczniutkiej sukience francuskiej pensjonarki. Ona tak jakoś działała na moich profesorów, że byli wyjątkowo przychylnie do mnie usposobieni, skłonni uważać, że na pewno to wiedziałam, zaraz sobie przypomnę… A nie, że się na przykład nie nauczyłam. Wtedy zrobiłam epokowe odkrycie: że mężczyźni uwielbiają kobiety w grzecznych sukieneczkach!

Tamta sukienka to Pra-Matka wszystkich moich hicików w dzisiejszych kolekcjach. Mówię hicik , nie hit – bo jest malutki, skromniutki, takie czarne nic, które można zwinąć w kłębek. Ale ma w sobie to coś: głębokie rozcięcie, odsłaniające nogę w ruchu, dekolt na plecach, pięknie wymodelowane biodra. Hicik jest jak bomba z opóźnionym zapłonem – kiedy jakaś klientka przychodzi do mnie po raz pierwszy, to najpierw sięga po te najbardziej strojne sukienki: z haftami, koronkami, w efektownych kolorach. I w ostatniej chwili, już w progu przymierzalni, bierze tę prościutką małą czarną, która ma taki chytry dekolt na plecach: jakby ktoś rozpiął guziki, odsłaniając koronkowy gorset. No i już wiem, że może przymierzyć cały sklep, ale i tak wyjdzie w hiciku.

Trzecia bardzo ważna dla mnie sukienka jest czarna, ręcznie malowana farbami w duże kwiaty. Nigdy jej na sobie nie miałam, ani razu. To suknia mojej babki. Sama szyła i projektowała sobie kreacje, miała pełne szafy tkanin, koronek, potrafiła się przebierać kilka razy dziennie. Moja rodzina pochodzi z Suwałk. Babcia była artystką, mama jest bardzo rosyjska, tak elegancka wprost, bogato, a ja jestem bardziej dyskretna, francuska. Mój pierwszy pokaz zrobiłam w Brystolu – piękne wnętrze, wszystko dopięte na ostatni guzik, a w pierwszym rzędzie moja mama. Siedzi, ogląda i płacze! No, myślę sobie, pewnie jest wzruszona, że takie piękne szyję, albo może taka dumna ze mnie? A ona podchodzi do mnie, cała zapłakana i mówi: – Mój Boże, to ty już teraz nie przestaniesz szyć tych ubrań, prawda?

Oczywiście, z czasem moja mama przekonała się, że moja pasja nie zrujnowała mi życia, że jestem szczęśliwa. Bardzo lubi moje projekty, zwłaszcza płaszcze. Ale każda z nas ma własną wizję elegancji, szczęścia, swojego życia. Każda jest wyjątkowa, niepowtarzalna. I to trzeba w sobie cenić, pielęgnować, szukać takich sukienek, które to podkreślą. Być może nigdy nie założę ręcznie malowanej sukni mojej babki. Ale cieszę się, że mam ją w swojej szafie – są takie rzeczy, w których wcale nie trzeba chodzić, po prostu miło jest je mieć.

Izabela Łapińska / fot. Marek Pietroń

Tematy:

Nieprawidłowy email