Projekt Mokotowska - Prawdziwe Historie: Dorota Kuran

Mieszka na Mokotowskiej ze swoim chłopakiem Maćkiem, białym kudłatym pieskiem Bestią i szmaciankami, które właśnie są w robocie i czekają na wysyłkę. Szyje lalki na zamówienie, podobne do osoby na zdjęciu. Albo poduszki z twarzą jak Jesse Pinkman czy Walter White z serialu „Breaking Bad“.

Dorota Kuran / fot. Marek Pietroń

Uwielbiałam moje studia – antropologię kultury – bo trafiłam akurat na czas, kiedy nasza profesor, Joanna Tokarska Bakir, zbierała materiały do książki „Legendy o krwi. Antropologia przesądu“. Na praktykach studenckich chodziliśmy po wsiach w okolicach Sandomierza, rozmawiając z mieszkańcami na temat słynnego obrazu, który wisi w sandomierskiej katedrze i przedstawia przerabianie chrześcijańskich dzieci na żydowską macę, prowadziliśmy mega ciekawe badania i rozmowy. Ale gdy kończyłam studia zmarł mój tata i było jasne, że muszę natychmiast zacząć zarabiać jakieś pieniądze, bo mama została sama z moją młodszą o osiem lat siostrą na utrzymaniu.

Szmacianki właściwie wybrały mnie same. Pracowałam w „Zarze” jako dekorator wystaw i w pewnym momencie wymieniano we wszystkich sklepach w kraju manekiny na takie nowoczesne, gładkie i białe. Te stare miały piękne peruki z kanekalonu świetnie naśladującego naturalne włosy w różnych kolorach: teraz wszystkie szły na śmietnik. Praca była ciekawa, ale uciążliwa przez ciągłe wyjazdy – jak wszystkie sieciówki „Zara” ma bardzo rygorystyczne wytyczne na temat wystroju okien wystawowych, nasza ekipa jeździła po całym kraju i ustawiała wszystko według zdjęcia, wracałam do domu późnym wieczorem albo na weekend. Kiedy odchodziłam, zabrałam cały worek tych wyrzucanych peruk, jeszcze nie bardzo wiedząc, co z nich zrobię. Pierwsze lalki uszyłam dla znajomych: ten chłopak z filmu na mojej stronie internetowej to Arek. Pracowaliśmy razem w „Zarze”, teraz prowadzi w Śródmieściu świetny lokal – kawiarnię „Strefa”, organizującą często modowe wydarzenia. Ja też na początku myślałam o modzie, szyciu ubrań, przerabianiu i sprzedawaniu rzeczy wyszukanych w secondhandach w Łodzi – tam są nadal najlepsze lumpeksy w całej Polsce – ale szybko się okazało, że coraz więcej osób chce kupować moje lalki. Po tych 3 latach w sezonie, przed Gwiazdką czy Dniem Dziecka, mam tyle pracy, że zaczęłam zatrudniać dodatkowe osoby. Pomaga mi mama i pani, która zawodowo szyje ubranka dla Barbie.

Większość szmacianek sprzedaję przez internet, na specjalne zamówienie. Ludzie przysyłają zdjęcie kogoś, komu chcą zrobić prezent i potem korespondujemy tylko, uzgadniając szczegóły. Nie biorę zaliczek – wysyłam klientom zdjęcie gotowej lalki, a gdy wpłaci pieniądze wysyłam mu szmaciankę. Nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś nie chciał odebrać zamówionej lali czy targował się o cenę. Myślę, że to nie tylko dlatego, że moje szmacianki są ładne – po prostu takie prezenty zamawia szczególna kategoria ludzi. Jedyne, o co często proszą przy poprawkach, to by lalka miała większy, bardziej radosny uśmiech. Nawet, gdy osoba na zdjęciu, które mi przysłali, była poważna lub wręcz smutna… Później często dostaję też listy – bo każda lala ma metrykę z mojej pracowni – od osób, do których moje szmacianki trafiły. Jakaś pani dziękowała mi, że lalka przyniosła jej szczęście i zupełnie odmieniła jej życie. Inna dziewczyna – że Antonio, którego dla niej uszyłam, przyszedł do niej z pierścionkiem i poprosił o rękę, więc teraz już będą razem do końca świata. Szyłam też lalki dla całej rodziny muzyków Waglewskich – osiem osób, trzy pokolenia. Wszyscy znaleźli je pod choinką.

Z Maćkiem jesteśmy razem 13 lat – zaczęliśmy chodzić ze sobą w liceum. Skończył ekonomię, pracuje dla wielkiej, międzynarodowej korporacji i lubi swoją pracę. Początkowo nie był zachwycony moimi wyborami zawodowymi, zwłaszcza, że zanim rozkręciłam firmę „szmacianki.pl” odpowiedziałam na ogłoszenie, gdy ktoś szukał opiekunki do dzieci. Bardzo naiwnie sobie wyobrażałam, że skoro to niemowlęta, to one będą spały, a ja pilnując ich będę szyła moje lale! To była rodzina, której urodziły się dwie córeczki, bliźniaczki i zajmowały się nimi babcie, a ja miałam im tylko pomagać. Teraz już na krótko, ale nadal zdarza mi się tam chodzić, zwłaszcza że ostatnio przyszedł na świat Zygmunt. Nie mogę ich zostawić. Są tak wspaniali – obie babcie, rodzice i dzieci – tak się do siebie serdecznie odnoszą, że myślę czasami, że każdy powinien mieć szansę poznania takich ludzi, żeby przekonać się, że to szczęście jest możliwe, takie rodziny istnieją naprawdę.

Myślę, że w życiu wszystko ma swój czas, wszystko dzieje się w jakimś celu – krąży energia i zmienia ludzkie losy. Choćby przy udziale szmacianych lalek.

Dorota Kuran / fot. Marek Pietroń

Tematy:

Nieprawidłowy email