Projekt Mokotowska - Prawdziwe historie: ANNA ORSKA

Projektantka biżuterii, założycielka marki Orska, właścicielka dwóch firmowych butików w Starym Browarze w Poznaniu i na Mokotowskiej 26 w Warszawie. Absolwentka wydziału Architektury i Wzornictwa na poznańskiej ASP, doktorat na wydziale Biżuterii ASP w Łodzi. Tytan pracowitości: od 13 lat projektuje dla firmy W.Kruk i innych, a od 4 lat dla własnej marki, prowadzi wykłady akademickie i warsztaty Art & Fashion. W codziennych zmaganiach wspiera ją 1 mężczyzna i 2 dzieci. Geniusz kreatywności: nic nie jest zbyt dziwne, niepotrzebne lub zużyte –stare liny alpinistów, werki szwajcarskich zegarków, drzwi do bunkra – by Orska nie zamieniła tego w wyjątkową biżuterię lub mebel.

Anna orska / fot. Marek Pietroń

Rysuję codziennie, po kilka godzin. Projektuję jakieś 1000 – 1200 nowych wzorów rocznie, więc byłoby wręcz niemożliwe, żebym czekała na natchnienie. Kreatywność to proces – im więcej pracuję, tym szybciej przychodzą nowe pomysły i rozwiązania, wyobraźnię trzeba ćwiczyć tak samo jak sprawność manualną. Zawsze było to dla mnie naturalne, ponieważ w domu wszyscy byli pochłonięci swoimi pasjami. Tata, który jest architektem, sam konstruował nasze meble, mama szyła i robiła nam na drutach takie artystyczne, długie swetry. Wszyscy w rodzinie – mam jeszcze dwóch braci – coś kleiliśmy, lepiliśmy, malowaliśmy, mieliśmy bez przerwy zajęte ręce. Szczerze mówiąc, dopiero w szkole, kiedy zaczęłam odwiedzać koleżanki w ich domach, przyszło mi do głowy, że jesteśmy nietypową rodziną, skoro wszyscy mają meblościanki i kuchenne szafki, a my konstrukcję – słupek rozparty między podłogą a sufitem, od którego na różne strony odchodziły proste półki – z której przynajmniej dwa razy do roku wszystko waliło się z trzaskiem na podłogę. Co najdziwniejsze, nikt się nie denerwował, ani nie miał pomysłu żeby np. kupić zwykłą szafę. Wszyscy ze stoickim spokojem ustawialiśmy rzeczy na półkach.

W dzieciństwie spędzałam czas tylko na dwa sposoby: przy biurku lub na trzepaku. Potrafiłam godzinami siedzieć w pokoju i cierpliwie coś wycinać, malować, rzeźbić. Uwielbiałam ręczne prace. Jako ośmiolatka śmigałam na drutach z szybkością światła. A pozostały czas wisiałam na trzepaku. Spędzałam tam po trzy-cztery godziny dziennie, nawet przez pewien czas wiązałam z tym swoje plany zawodowe. Rządziłam na trzepaku niepodzielnie. Bez skrupułów wymuszałam posłuszeństwo na reszcie dzieciaków, strasząc wszystkich Moim Wielkim Starszym Bratem. Jak ktoś się stawiał, natychmiast biegłam pod okno i wrzeszczałam na całe gardło „Daaarek!”. Muszę przyznać, że nigdy mnie zawiódł – wysoki, z włosami do ramion, stawał w oknie i pytał znudzonym głosem: – No, co tam? To wystarczało.

Dla mnie i Marcina – mam o 10 minut starszego brata bliźniaka – Darek był absolutnym bogiem. Wcale się o to nie starał, po prostu najmniejszym kosztem chciał sobie zapewnić odrobinę świętego spokoju. Kiedy my mieliśmy po 5 lat, on był 14-latkiem i żył w zupełnie innym świecie: muzyka, dziewczyny. Pewnego razu, gdy rodzice zostawili nas pod jego opieką, wszedł do naszego pokoju i powiedział: – słuchajcie dzieciaki, niestety stała się rzecz straszna: na Koszalin napadli Krzyżacy! Zdaje się, że otoczyli nasz dom. Siedźcie tutaj cichutko, żeby was nie znaleźli, a ja będę trzymał straż. W ten sposób miał wolny wieczór – przez godzinę sylabizowaliśmy hasło z encyklopedii PWN, co to takiego ci Krzyżacy, a potem wypatrywaliśmy ich przez okno… Gdy zapytałam go, jak sypiają księżniczki – moim pierwszym pomysłem na karierę zawodową było zostać księżniczką – po jego szczegółowej instrukcji przez miesiąc leżałam przez całą noc sztywno na wznak, z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała. Kiedyś wyjął z ugotowanego jajka żółtą kulkę i powiedział: – Widzicie? To żółtko. Jest idealnie okrągłe. To ja je zrobiłem! Nasz podziw był bezgraniczny, wybaczaliśmy mu wszystko – i to, gdy okazało się, że wszystkie jajka na twardo mają w środku idealne żółtka, i to, że całą drogę z przedszkola pokonywaliśmy biegiem: Darek jest wysoki i chudy, chodził długimi krokami, trzymając mocno każde z nas za rękę, więc musieliśmy z Marcinem truchtać, żeby za nim nadążyć.

Myślę, że to była taka fantastyczna cecha, którą wpoili nam nasi rodzice – bezgraniczna akceptacja dla tych, których kochasz. Moi rodzice za wszystko mnie chwalili, wszystkie moje pomysły witali z entuzjazmem. Nigdy nie powiedzieli – rzeźba? Lepiej popraw się z z historii! Mieli niewyczerpane zasoby cierpliwości i wiary, nawet gdy nam ich brakowało i byliśmy niezadowoleni z osiągnięć. Nie udał ci się projekt, interes, związek? Nie martw się, pomyśl, jak to zrobić lepiej, następnym razem się uda. Nauczyli nas też, że najważniejsze, to być razem. Nie duchem, tylko w taki zwykły, fizyczny sposób – robiłam jakiś czas temu z Przemkiem stół ze starych drzwi od schronu i to, że pracujemy wspólnie nad meblem do naszego domu, było równie piękne jak efekt tej pracy. Coraz częściej doceniam zwykłą codzienność: poranna kawę, kłótnie dzieciaków, to ze z niczym nie mogę zdążyć i ciągle gdzieś pędzę…

Anna orska / fot. Marek Pietroń

Tematy:

Nieprawidłowy email