Projekt Mokotowska: Joanna Chacińska

Wokalistka zespołu „Bisquit”. Piosenka „Kino” z ich najnowszej płyty „Lilly” była ostatnio siódma na liście przebojów Trójki. Świetny głos i gust; muzyczny, modowy i kulinarny. Wydaje serię „Appetit” ze współczesną muzyką europejską i przepisami na potrawy: w ubiegłym roku wyszedł „Appetit” francuski, włoski, portugalski, hiszpański, szwedzki, polski. Teraz będą następne: jej apetyt na muzykę, podróże i dobre jedzenie nie słabnie

Joanna Chacińska / fot. Marek Pietroń

Stoję na przejściu dla pieszych na rogu Mokotowskiej i Pięknej i patrzę, jak siedzi przed kawiarnią, z sokiem wyciśniętym z grejpfruta na stoliku, spokojna, ukryta za słonecznymi okularami. Dostrzega mnie i cała ulica rozjaśnia się od jej uśmiechu. Asia Chacińska błyskawicznie zjednuje sobie ludzi – swobodą, uśmiechem, otwartością, tym francuskim zwyczajem całowania na powitanie nawet świeżo poznane osoby. W segmencie pięknych kobiet jest duża konkurencja, ale ona ma więcej niż urodę – ma lekkość i wdzięk. Właściwie ma wszystko: męża, dwoje dzieci, psa, trzy płyty własne, całą kolekcję „Appetit” cudzych. Gotuje. Biega. Jest trendy.

Patrzę na nią i myślę, że jest jak jej piosenki – taka miła muzyka, w sam raz do słuchania przy krzątaniu się po domu, do kolacji we dwoje, kręcenia się po parkiecie w piątkowy wieczór. I słowa, które lekko wpadają w ucho i zostają gdzieś z tyłu głowy, wkręcają się zadrą pod skórę. Niektóre wzięłam jak swoje. „Nie lubiłam się bawić z dziewczynkami, które piszczą/Ich pisk zatykał mi uszy”. Albo to – „Biorę oddech głęboki, spokojny / Przesypiam, przepijam czas wojny”. To z piosenki „Kasjo”. W moim ulubionym „Kinie” też nie ma wrzasków i dramatów – ot, jeszcze jeden facet, który miał zadzwonić i nie zadzwonił, jeszcze jedna miłość, której nie było. Przeszło, minęło. I tyle.

– Czytałam kiedyś taki reportaż o małych miss: jak to ambitne matki wypychają swoje córki na rozmaite konkursy, stroją, szykują do kariery – zaczyna Joanna.

– No, to ze mną było dokładnie na odwrót. Zawsze bardzo chciałam wystąpić na scenie. Chodziłam za rodzicami i prosiłam, żeby mnie gdzieś zapisali, zawieźli na jakiś konkurs. Niestety, w inteligenckiej rodzinie taki pomysł został taktownie przemilczany: wszyscy czekali, aż mi przejdzie. Zdesperowana, gdy miałam 6-7 lat, udałam się sama do pobliskiego Domu Kultury „Szklarynka” w Wołominie i zapisałam do dziecięcego konkursu piosenki. Zaśpiewałam taki znany przebój, który w 1978 roku wygrał festiwal piosenki w Opolu, „Jeszcze wytnę kogutka, kogutka …” No, i wycięłam – zajęłam pierwsze miejsce.

Skończyła szkołę muzyczną na Bednarskiej, gdzie była uczennicą m.in. Ewy Bem i zaczęła występować z gitarzystą Tomkiem Krawczykiem: na początku wykonywali standardy jazzowe w modnej kawiarni na Placu Trzech Krzyży. Potem on przyznał się, że komponuje – ona, że pisze własne teksty… Gdzieś od 2001–2002 powoli zaczął rodzić się zespół „Bisquit”, w 2004 doszli inni jego członkowie. W 2006 roku Kayax wydał ich pierwszą płytę „Inny smak”, dwa lata później następną, „Pytania”. Obie z piosenkami, które do tej pory świetnie funkcjonują w internecie – „Prosta historia”, „Jeszcze lepiej”, „Zrób to dla mnie”… Mają po 70–200 tysięcy wyświetleń i życzliwe, często bardzo osobiste komentarze. „Nie musisz więcej, nie muszę mniej/Na to, co mamy, gódźmy się” – zwraca się w sieci słowami Joanny jakaś dziewczyna do swojego chłopaka.

Po dziesięciu latach Bisquit jest wystarczająco znany, by mieć swoją publiczność, zapełniać klubowe sale. I ciągle zbyt mało, by przebić się do pierwszego rzędu. Tu zaczyna się błędne koło, na które skarżą się wszyscy polscy muzycy: żeby piosenka była grana w radiu, w głównych rozgłośniach i w dobrym czasie antenowym, musi być popularna. A popularna staje się wtedy, kiedy ludzie słyszą ją w radiu. No, i najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy…

Co można robić w takiej sytuacji, żeby się nie sfrustrować, nie rozpić, nie obrazić na muzykę? Można robić swoje. Chacińska założyła własną wytwórnię „Muzyka Powiśle”, wydała „Lilly” – trzecią płytę „Bisquita” – i swoje „Appetity”.

Dlaczego? – Jest dużo dobrej muzyki na świecie. I to nie festiwalowych hitów, a po prostu dobrych piosenek artystów i zespołów, które mają w swoim kraju fanów. Poznawałam ich podczas podróży, bo często podróżujemy całą rodziną i ja wtedy natychmiast przełączam radio na miejscowe rozgłośnie. Nieważne, że nie znamy języka. Podobnie z kuchnią – większość tych rzeczy jedliśmy w jakiejś lokalnej restauracji czy barze, po powrocie do domu starałam się odtworzyć tamten smak. To nie są jakieś narodowe składanki czy narodowe kuchnie – to moja impresja, moja Portugalia czy Szwecja widziana oczami kogoś, kto lubi dobrą muzykę i dobre jedzenie. Do tej pory śledzę czasami losy „moich” wykonawców, kibicuję ich karierom, „lajkuję” ich wpisy na facebooku. Pewnie ich dziwi, skąd nagle mają fankę w Polsce … Nie mam oporów, żeby założyć fartuch, stanąć na warszawskim targu śniadaniowym i sprzedawać samej kolejne „Appetity” i zrobione przeze mnie ciasta czy przekąski. Muzyka powinna być jak jedzenie, zawsze blisko ludzi.

Nie ma oporów, żeby przełamywać grzeczny, francuski szyk czymś zwariowanym, zupełnie od czapy – dresowymi spodniami do żakietu, najprostszymi trampkami do eleganckiej ołówkowej sukienki, pierścionkiem z brylantem na co dzień. Czasem wystarczyłoby, żeby założyła szpilki i już całość byłaby klasycznie elegancka, ale nie: zawsze widzę ją w płaskich butach.

– Oboje moi rodzice byli romanistami, mama do tej pory uczy francuskiego w liceum – wyjaśnia. – Jak byliśmy mali, wysyłała nas z bratem co roku do Bretanii, do zaprzyjaźnionej rodziny. Pamiętam, że kiedyś nawet dostaliśmy odmowę paszportu, pewnie ktoś się zdenerwował, że za dużo Chacińskich będzie w tej jednej Francji. Mój brat jakoś w to wchodził bez protestu, ja się buntowałam: przeciwko tym grzecznym ubrankom, starannie nakrytym stołom, obiadkom z deserem. To, co nosiła moja mama, te wszystkie sukienki, kołnierzyki, apaszki, wydawało mi się straszliwie nudne. A teraz łapię się na tym, że cała tym przesiąkłam: lubię rzeczy dobrej jakości, prawdziwą, szlachetną biżuterię, piękne komplety sztućców. Chociaż nie mogłabym być ubrana w markowe rzeczy od stóp do głów: wydawałoby mi się to zbyt ostentacyjne. I bardzo mnie cieszy takie zdobywanie łupów – wypatrzę gdzieś w sieciówce dobre cekiny, a wszyscy pytają, czy to Gosia Baczyńska! Mam satysfakcję, jak ich wyprowadzam z błędu. Jednej rzeczy absolutnie nie toleruję – tych koszmarnych, dziecięcych rajstop i szarych, powyciąganych dresów! Jak można tak ubierać dziecko, pod pretekstem, że będzie mu wygodnie, albo że i tak się wybrudzi? Jaki ono będzie miało gust? Rozpacz!

Stoję i patrzę, jak odchodzi ulicą na montaż kolejnego teledysku do „Lilly”. Album jest już wśród dwudziestu najlepiej sprzedających się polskich płyt Empiku, co jest sporym sukcesem. Nie wygląda na zdeterminowaną. Ale jest. Konsekwentnie realizuje jakiś plan. Jak mówią sportowcy „jedzie swoje”. Dzwoni Marek Pietroń i mówi – „Wiesz co? Asia wybrała takie dziwne zdjęcie… Nie, nie jest złe. Ale było kilka innych, dzięki którym na pewno łatwiej i szybciej dotarłaby do ludzi.”

Joanna Chacińska / fot. Marek Pietroń

Zobacz także pozostałych bohaterów cyklu: Projekt Mokotowska - Prawdziwe Historie.

Tematy:

Nieprawidłowy email