Pisanie jest jak walka

Nie porzuciłam Polski, jestem na bieżąco w sprawach polskich i belgijskich. Teraz tak się da. Jest internet, tanie loty. Potrzebuję i tego, w czym wyrosłam i tygla narodowości, kultur, który znalazłam w Brukseli. Ta podwójność mnie inspiruje. Z Grażyną Plebanek, autorką książki "Bokserka", rozmawia Damian Gajda.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Swoje życie dzieli między Polskę, Skandynawię i Brukselę. Dorastała na warszawskich Stegnach. Doświadczenia z tego okresu opisała w bestsellerowych "Dziewczynach z Portofino", dzięki którym osiągnęła status jednej z najbardziej poczytnych współczesnych polskich pisarek.

Lubi być pomiędzy – gdzieś na styku dwóch kultur, bo to daje jej poczucie wolności. Od kilku lat boksuje, tak jak Lu – bohaterka jej najnowszej powieści "Bokserka". "Pisanie jest jak walka na ringu. Nigdy nie wiesz, czy wygrasz ze swoimi ograniczeniami" - mówi Grażyna Plebanek. Jej po raz kolejny się to udało.

Damian Gajda: Bohaterka twojej nowej książki, "Bokserka", wyjeżdża z Polski za kolejną miłością. Zupełnie jak ty kilkanaście lat temu.

Grażyna Plebanek: To prawda, ale zarówno dla Lu jak i dla mnie ten wyjazd był tak naprawdę poszukiwaniem siebie. Z dala od znanej rzeczywistości, Lu, bohaterka "Bokserki", definiuje się na nowo. Szuka trochę po omacku, pakuje się w dziwne sytuacje. Formę dla tych poszukiwań pozwala jej znaleźć przyjaźń z dziewczyną, Belgijką kongijskiego pochodzenia. Staje się nie tylko przyjaciółką Lu, ale i jej sportową mentorką.

No właśnie, dwie dziewczyny, zamiast iść na kawę, uprawiają boks.

Kiedy Lu przyjeżdża do Brukseli pracować w ambasadzie, nie zna zbyt wiele osób. Są ludzie, z którymi pracuje, i jej żonaty kochanek, który nie ma dla niej wiele czasu. Dusi ją atmosfera, która dominuje w rozmowach z niektórymi Polakami, konieczność podziwiania wszystkiego, co polskie. Boli ją też to, że jest wciśnięta w ramy romansu, musi czekać, aż jej mężczyzna znajdzie dla niej czas – nie mogą się pokazywać razem publicznie, bo on jest żonaty. Ta podwójna klaustrofobia domaga się silnego ujścia – w agresję, wyładowanie fizyczne. Zapisuje się do klubu bokserskiego. I okazuje się, że w dziewczynach, kobietach jest mnóstwo tłumionej agresji. Boks staje się Lu niezbędny.

Zdjęcia vuMag BlueServices

O kobietach sądzi się raczej, że są przeciwieństwem agresji. To mężczyźni są naładowani testosteronem.

Tak się nas wychowuje. Ale i kobiety i mężczyźni są ssakami, potrzebują ujścia dla energii. Kobiety uczy się ją tłumić. Kiedy Lu pierwszy raz zakłada bokserskie rękawice, czuje, że puzzle wskakują na swoje miejsce. Widzi, czego jej brakowało.

Pisząc "Bokserkę" wzorowałaś się na jakiejś rzeczywistej postaci?

Spektakularna jest Laila Ali, córka Muhammada Ali, słynnego boksera. Ale moją inspiracją były bokserki, które spotkałam w klubie bokserskim. Jedna z nich jest czempionką Beneluxu. Druga to Greczynka, od której się wiele nauczyłam.

Od dawna ćwiczysz?

Od prawie sześciu lat.

Co ci to daje?

Mierzę się z lękiem. Staję naprzeciwko drugiej osoby i mam ją uderzyć. Boję się przede wszystkim bólu. Ale potem narasta adrenalina, ciało zaczyna się poruszać, odtwarzać ruchy, których się nauczyłam. To fascynujące, jak można nad nim panować, a jednocześnie nie mieć kontroli, tej rozumowej. Gra instynkt, refleks.

Po co ci to?

Tak jak moja bohaterka, wychodzę poza swoje słabości i ograniczenia. Boję się, ale jednocześnie bardzo chcę sprawdzić, czy sobie poradzę. Dla Lu to też forma wyjścia poza ramy skodyfikowanego życia. Ona pracuje w dyplomacji, gdzie kod zachowań jest konkretny, jej związek też nie daje przestrzeni, czasu na słuchanie się, wspólne budowanie. Lu musi się zacząć budować od nowa, zaczyna od tego, co najgłębiej w niej schowane – agresji. Uczy się ją zauważać i z nią sobie radzić.

Używasz w "Bokserce" języka walki.

Dla mnie jako pisarki było ciekawe, jak opisywanie ciała w walce wpływa na jego postrzeganie, jak język aktywności fizycznej zaczyna aktywizować działania bohaterki. Walka plus przyswajanie nowego języka, francuskiego, dało Lu dystans do rodzimego polskiego i większy weń wgląd. Zobaczyła, jak język, którym mówi, wpływa na jej działania. Polski, jej język ojczysty, Lu ma w każdym zakamarku ciała, ze wszystkim, co daje, poczuciem bezpieczeństwa, ale i pewnym negatywizmem. Francuski przyswaja głównie od strony aktywnej, poznaje go w walce, nie ma wglądu w jego negatywną stronę. Lu "francuska" jest kimś innym niż Lu "polska". Kiedy uczymy się nowego języka, wracamy do poziomu dziecka, pewnej naiwności. To aktywizuje ciało, co widać w mowie ciała. Ktoś, kto słabo wypowiada się w obcym języku, wymachuje rękami, nadużywa grymasów. Dopiero potem przychodzi czas rozgoszczenia się w języku, niuansowanie znaczeń.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Lu, bohaterka "Bokserki", w pewnym momencie żyje z dwoma mężczyznami.

I odkrywa, że na pewnym etapie jej z tym dobrze. Podobnie miał Jonathan, bohater mojej poprzedniej powieści "Nielegalne związki" z tym, że jego zżerało większe poczucie winy, bo miał rodzinę. Lu jest singielką, jej poczucie winy bierze się z tego, że wychodzi z roli, nie żyje monogamicznie. Ale jej mężczyźni nie chcą tego zaakceptować.

Co cię łączy z Lu?

Boks i to, że też nie lubię być dookreślona.

To dlatego konsekwentnie od lat używasz pisarskiego pseudonimu?

Tak, to mój obszar pisarskiej wolności. Zdarza mi się, że na poczcie odbieram przesyłkę na nazwisko Plebanek, a podsuwam dokumenty, gdzie figuruję pod dwoma innymi nazwiskami – w Belgii kobiety noszą panieńskie chyba, że wyraźnie zażyczą sobie zmiany na nazwisko męża. Najpierw, oprócz dowodu, pokazywałam w okienku własną książkę ze zdjęciem i wyjaśniałam, że jestem pisarką, ale teraz już mnie tam znają.

W "Bokserce" piszesz właśnie o tym – o przypinaniu łatek, wpisywaniu nas w różne role społeczne, które niekoniecznie chcemy realizować.

Lu wije się, gdy ją przy­szpi­la­ją okre­śle­nia­mi. Mówią jej: "je­steś taka, bo ko­bie­ty takie są", czy "wszy­scy w twoim wieku…". A ona łak­nie wol­no­ści, żyje z dwoma męż­czy­zna­mi, bok­su­je, i to nie w od­ru­chu buntu, tylko dla­te­go, żeby żyć w zgo­dzie z samą sobą. A przy­naj­mniej spró­bo­wać.

Lu, po­dob­nie jak ty, po­rzu­ci­ła Pol­skę i wy­je­cha­ła do Bruk­se­li. Miesz­kasz tam od kilku lat. Do­brze czu­jesz się w obcym kraju?

Nie po­rzu­ci­łam Pol­ski, je­stem na bie­żą­co w spra­wach pol­skich i bel­gij­skich. Teraz tak się da. Jest in­ter­net, tanie loty, skype. Po­trze­bu­ję i tego, w czym wy­ro­słam i tygla na­ro­do­wo­ści, kul­tur, który zna­la­złam w Bruk­se­li. Ta po­dwój­ność mnie in­spi­ru­je.

Bruk­se­la to praw­dzi­wa sto­li­ca Eu­ro­py. Mia­sto dy­plo­ma­tów, po­li­ty­ków, ar­ty­stów. Masz tam wielu przy­ja­ciół?

Za­do­mo­wi­łam się tu, znam ludzi, któ­rzy są mi po­krew­ni za­wo­do­wo, ale i tych, z któ­ry­mi ćwi­czę boks. Ostat­nio szłam ulicą, a tu pod­jeż­dża sa­mo­chód, ze środ­ka sły­chać hip-hop, czar­no­skó­ry kie­row­ca coś do mnie woła. W końcu wy­chy­la się z okna i krzy­czy: "Ej, to ja, Filet Mi­gnon!" Oka­za­ło się, że to ko­le­ga, z któ­rym bok­su­ję. Nie­daw­no po­zna­łam dziew­czy­ny z Pol­ski, ar­tyst­ki, które też miesz­ka­ją i pra­cu­ją w Bruk­se­li. Kiedy po­je­cha­łam pro­mo­wać "Nie­le­gal­ne związ­ki" w Sta­nach i Ka­na­dzie, zro­bi­ły mi na­druk na blu­zie: "I am a Po­lish wor­ker".

Bruk­se­la jest czę­stym bo­ha­te­rem two­ich ksią­żek. Kiedy pi­szesz o tym mie­ście, cie­szysz się, że nie je­steś stąd? Że mo­żesz spoj­rzeć na nie z dy­stan­su, z per­spek­ty­wy emi­grant­ki?

Świet­ne jest to, że mogę wciąż Bruk­se­lę od­kry­wać. Nie lubię ste­reo­ty­pu: "Bruk­se­la jest nudna". Tu jest świet­na ener­gia. Co do okre­śle­nia "emi­grant­ka" – nie je­stem żadną emi­grant­ką!

A kim?

To okre­śle­nie z innej epoki, która skoń­czy­ła się w 1989 roku. Mo­że­my teraz jeź­dzić, przy­la­ty­wać co mie­siąc ta­ni­mi li­nia­mi do Pol­ski, gdy dusi nas no­stal­gia. My, któ­rzy nie miesz­ka­my w Pol­sce, je­ste­śmy z nią zwią­za­ni ina­czej niż dawni emi­gran­ci, nie łza­wo-sen­ty­men­tal­nie, tylko ak­tyw­nie, bo je­ste­śmy na bie­żą­co. Życie w dwóch kul­tu­rach wy­zwa­la w nie­któ­rych po­trze­bę two­rze­nia, nie przy­pad­kiem mamy dziś do czy­nie­nia z falą pi­sa­rek pi­szą­cych po pol­sku, choć miesz­ka­ją­cych gdzie in­dziej, jak Ka­ta­rzy­na Tu­by­le­wicz, A.​M.​Bakalar, Wio­let­ta Grze­go­rzew­ska, Agata Pyzik.

Mimo to czę­sto pi­szesz o po­czu­ciu ob­co­ści, o tym, że choć je­ste­śmy już po­ko­le­niem oby­wa­te­li Eu­ro­py, nie umie­my się po­czuć za gra­ni­cą jak u sie­bie. Ty też tego do­świad­cza­łaś?

Ja nie, ale może dla­te­go, że nigdy nie ocze­ki­wa­łam, że stanę się Bel­gij­ką, czy wcze­śniej Szwed­ką – miesz­ka­łam pięć lat w Sztok­hol­mie. Po­czu­cie bycia "poza" jest wpi­sa­ne w mój zawód.

Życie emi­gran­ta nie jest łatwe. Ale nie tylko w kraju, do któ­re­go wy­jeż­dża. Także w Pol­sce nie naj­le­piej mó­wi­ło się o tych, któ­rzy zde­cy­do­wa­li się żyć gdzie in­dziej. Pi­szesz o tym w "Bok­ser­ce".

Życie emi­gran­ta by­wa­ło opi­sy­wa­ne w ka­te­go­riach mę­czeń­skich. O tym wła­śnie piszę w "Bok­ser­ce" – o joj­cze­niu. Kiedy wy­je­cha­łam i do­pu­ści­łam do sie­bie inne ję­zy­ki, przyj­rza­łam się trzeź­wo pol­skie­mu – i zo­ba­czy­łam to, co wcze­śniej mi umy­ka­ło – jego ne­ga­ty­wizm. Na­zy­wa­my to cza­sem sło­wiań­skim smut­kiem.

No właśnie. I z tym jesteśmy kojarzeni na świecie – z umartwianiem się i pielęgnowaniem wizerunku nieszczęśliwego Polaka, któremu się nie udało.

W "Bokserce" pokazuję, jak pozwalamy, żeby ten język nami mówił, jak poddajemy się pokładom smutku, który niesie, poczuciu winy, który nam wsącza. Staram się w swoich książkach wyciągnąć żywiołowość, jędrność polskiego, życie po prostu. W "Nielegalnych związkach" to była radość z cieszenia się miłością, seksem, ciałem. Bohaterce "Bokserki" ciało daje jeszcze więcej radości – nie tylko kocha, ale i walczy, bada swoje możliwości, dochodzi do ich granic. To wspaniałe uczucie, które buduje radość życia mojej bohaterki, daje jej skrzydła, których nie dała jej gnuśna miłość. W tej książce piszę też o dwóch rodzajach patriotyzmu. Jeden jest oparty na przekonaniu, że prawdziwym patriotą jest chłop Ślimak z "Placówki", bo nie da się ruszyć ze swojej ziemi. Drugi – nowoczesny, który polega na tym, że jesteśmy mobilni i mieszkamy, gdzie chcemy, ale naszą polskość niesiemy ze sobą i prezentujemy ją w najlepszym możliwym wykonaniu, ambasadorując z dobrej woli.

Mówisz, że najlepiej czujesz się w centrach wielkich miast, gdzie ciągle coś się dzieje. Dlaczego?

Lubię czuć ruch miasta, w tym wyrosłam, na warszawskiej Ochocie, gdzie jeździły tramwaje. Potem na Stegnach w blokowisku mi tego brakowało. Ale były za to inne podwórkowe dźwięki, trzepanie dywanów, nawoływania pod balkonami. Restauracje, knajpki – to pretekst, żeby spotkać się z ludźmi.

Miasto jest częstym bohaterem twoich książek. W swojej drugiej, bestsellerowej powieści "Dziewczyny z Portofino" opisałaś warszawskie Stegny. Tam dorastałaś? Jakie masz wspomnienia związane z tamtym miejscem?

Nie sentymentalizuję dzieciństwa, młodości, przeszłości. W socjalistycznej szkole było mi źle, uczniów się nie szanowało, nauczyciele wyzywali nas od idiotów. To była koszmarna przemoc. A warszawskie Stegny były osiedlem, jakich w Polsce setki. Każdy jego mieszkaniec pamięta sklep spożywczy "Społem", kiosk "Ruchu" i kioskarkę, warzywniak, kościół, szkołę. Górki, z których się zjeżdżało, trzepaki, na których się wisiało. Dzieci wszędzie znajdą swoje sfery wolności, nawet na zabetonowanym, nieprzyjaznym obszarze z pozorem zieleni.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Pisałaś wtedy o sobie i swoich koleżankach. Dziewczynach, które pod koniec lat 80. wchodziły w dorosłość. Miały za sobą dzieciństwo w PRL-u i szansę na inne życie w czasach rodzącego się kapitalizmu. Czułyście wtedy, że możecie jakoś wykorzystać tę szansę?

Ciekawie byłoby zobaczyć, co się stało z dziewczynami z Portofino, czy raczej ze Stegien, taki obraz po 20 latach. Jedna moja przyjaciółka została prawniczką, inna mieszka w Holandii, ja zostałam pisarką. Niedawno na spotkaniu z Wandą Nowicką w ambasadzie w Brukseli spotkałam dziewczynę, która chodziła do mojej podstawówki, nostalgicznie się zrobiło.

Literatura była chyba od zawsze ważną częścią twojego życia. Tata czytał ci na głos, za ścianą mieszkał Krzysztof Varga. Wiedziałaś już wtedy, że będziesz pisać?

Wiedziałam, że nie mogę nie pisać. Ale nie śmiałam myśleć, że będę pisarką. To było półboskie zajęcie dla wybranych. A tu Krzysio się za to wziął! Żartuję, oczywiście pisarz Varga i jego obecność za ścianą miała wpływ nie tyle na moją twórczość, co na poziom zabawy w bloku. Jednak fakt, że jesteśmy dziś oboje pisarzami, nie przestaje mnie zadziwiać. Pamiętam scenę, kiedy byliśmy na Plebankach, lesie, który odziedziczyłam po tacie i babci. Akurat wywalaliśmy coś z kubła na kompost, kiedy w jakimś jasnowidzeniu Wernyhory rzuciłam: "Zobaczysz, będziemy pisarzami, będziemy pisać na maszynach!". Wtedy jeszcze nie było komputerów, a my byliśmy studentami, gadaliśmy akurat o książkach przy tym kompoście.

Swoją przygodę z pisaniem zaczęłaś od dziennikarstwa ekonomicznego. Jak to się stało, że zajęłaś się literaturą?

Pisałam o ekonomii dla Agencji Reutera. Podobało mi się, że piszę po angielsku, ale temat nie był mój. Był taki moment, który poprzedził rozpoczęcie pisania mojej pierwszej powieści, "Pudełka ze szpilkami". Pomyślałam: "Chcę pisać. Jak nie teraz, to kiedy?". A pisanie zawdzięczam rodzicom – i sobie, jakby powiedzieli, bo zawsze mnie opieprzali, kiedy się umniejszałam. Mama miała cudowną świadomość języka, tata mi czytał, opowiadał.

Pierwszą książkę napisałaś na konkurs Bridget Jones organizowany przez jedno z wydawnictw. Z założenia to miała być lekka literatura dla kobiet. Nie ciągnęło cię do czegoś ambitniejszego?

Ta książka jest lekko napisana, ale ma dobrą literacko konstrukcję. Nie pisałam jej na konkurs, tylko na konkurs wysłałam – miałam ją prawie skończoną, kiedy przyjaciółka Joanna Orłoś dała mi znać, że jest taki konkurs. Potrzebowałam terminu, żeby się sprężyć, wolę tak pracować, przyzwyczajenie z dziennikarstwa.

Potem wydałaś "Dziewczyny z Portofino", bestseller, dzięki któremu zostałaś zauważona.

"Dziewczyny z Portofino" pisałam w Szwecji, gdzie złapałam dystans do polskiej rzeczywistości. Zobaczyłam te nasze historie z oddali, w dodatku oczami kogoś, kto mieszka w innej rzeczywistości, klimacie, języku. Przyszło do mnie tamto podwórko, słownictwo, smak oranżady w proszku, dźwięk odbijania piłki o ścianę bloku w letnie popołudnie, krzyżujące się okrzyki, kiedy grałyśmy w gumę. To nie była tęsknota, tylko nagła potrzeba zapisania tego wszystkiego. Zaczął się tworzyć świat, zaludniły go fikcyjne postaci.

W swoich książkach odważnie piszesz o seksie – pokazujesz, że nie tylko faceci, ale i kobiety mają potrzeby, które muszą zaspokajać. Pisałaś o tym w "Nielegalnych związkach", a teraz ten wątek powrócił także w "Bokserce".

Większość z nas to istoty seksualne, tylko zapętlone kulturowo. W "Nielegalnych związkach" pisałam o radości, jakie daje życie seksualne z perspektywy mężczyzny. W "Bokserce" przyjęłam perspektywę kobiety, której seks jest potrzebny do funkcjonowania. Lu, Polka wychowana w tradycji miłości romantycznej, stara się odpowiedzieć sobie na pytanie, czy musi się poświęcać z miłości, czy postawić na własne potrzeby. Boks daje jej połączenie z własnym ciałem, pozwala poczuć własną siłę. Dzięki temu Lu zaczyna rozszyfrowywać własne potrzeby, iść za swoim głosem.

Znajdujesz język do opisywania erotyki. Nie medyczno-wulgarny, ale subtelny, prawdziwy. Jak ci się to udaje? Uważasz, że można dobrze pisać o seksie?

Seks to temat, jak każdy inny, ale budzi większe emocje, bo tkwi w sferze tabu. To spuścizna religii monoteistycznych, męskocentrycznych, gdzie ciało kobiece jest uważane za brudne. Zdarzyło mi się parę razy spotkać czytelniczki moich pierwszych książek, które przy "Nielegalnych..." odpadły, bo nie mogły czytać tyle o ciele, nie były przyzwyczajone, że o tym się mówi. Mówiły: "Tyle o seksie, to nudne". Ale był w nich jakiś gniew, coś niewypowiedzianego, uraza do własnego ciała.

Swoją przedostatnią książkę "Córki Rozbójniczki" poświęciłaś pisarkom, które ci imponują. Masz swoją ulubioną autorkę? Niedościgniony wzór?

W "Córki rozbójniczki" piszę językiem emocjonalnym o spotkaniach literackich. Tak widzę czytanie - jako budzące reakcje, którymi chce się podzielić z innymi. Piszę m.in. o Nałkowskiej, z jej rozmachem literackim, rozumem i bujną kobiecością. O wilczycy z opowieści Farleya Mowata "Nie taki straszny wilk", o bohaterkach powieści "Dwie poważne damy" Jane Bowles. Fajna jest też Erika Jong z jej zdaniem, że zawsze chciała być pisarką rozwiązłą, a nie buduarową, jak Jane Austin.

Co najbardziej interesuje cię w literaturze?

Emocje. Doceniam intelektualne fajerwerki, ale to, co zostaje w człowieku z lektury, powinno być żywe, pachnieć. Takie wspomnienia wywołują we mnie książki, które opisałam w "Córkach Rozbójniczki". Ostatnio przeczytałam książkę, która wydawała mi się czytadłem, a tymczasem zostawiła obrazy, "Baking cakes in Kigali" Gaile Parkin. Zgadzam się z autorką nigeryjską Chimamandą Adichie, że kiedy chce się poznać jakiś kraj, zamiast kupować przewodnik "Lonely planet", lepiej przeczytać pięć dobrych powieści.

Ciągle narzeka się na współczesną polską literaturę pisaną przez kobiety. Krytycy mówią, że nie mamy dobrych powieści obyczajowych. Ty świetnie wypełniasz tę lukę. Ale kogo czytasz?

Moim wzruszeniem literackim jest ostatnio rwandyjska autorka Scholastique Mukasonga. Lubię też książki Alaina Mabanckou. Bardzo mi się podobała książka Josepha N’dwaniye "Le muzungu mangeur d'hommes", ujęła mnie niewymuszona konstrukcja przypowieści - coś, co podziwiałam kiedyś u Thomasa Manna. Cieszę się też powieścią "Americanah" Chimamandy Adiche, pełno tam obserwacji w kontekście swój-obcy, o tym, co się dzieje z człowiekiem, gdy zaczyna mieszkać w innym kraju, innej kulturze.

"Jest czas skrzydeł i czas korzeni" - mówi jedna z bohaterek "Bokserki". Teraz w jakim jesteś momencie?

A wiesz, że to się nie wyklucza? Paradoks wolności polega na tym, że możesz latać, mając świadomość korzeni. Dlatego nie trzeba bać się latać. A raczej bać się i pokonać ten strach.

Tematy:

Nieprawidłowy email