Omar Sangare: nie jestem kolekcjonerem statuetek

Omar Sangare po raz pierwszy wyznaje: "Jestem gejem. Znalazłem miłość mojego życia. Biorę ślub w Nowym Jorku". Dziesięć lat temu wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Stworzył swój festiwal teatralny, wykłada na jednej z najlepszych uczelni w USA. Jak wygląda amerykański sen Polaka?

Omar Sangare fot. Krzysztof Serafin

Omar Sangare oczarowuje. Przede wszystkim aksamitnym głosem i piękną, literacką polszczyzną. Bez amerykańskich wtrętów, bez zapożyczeń. Spotykamy się w kawiarni w centrum Warszawy. Sangare, jak zwykle ubrany na czarno, zaczyna swoją opowieść.

Urodził się w Stalowej Woli, ale jego miejsce na świecie to Nowy Jork. Od pięciu lat organizuje tam festiwal monodramu — United Solo. W tym roku, po raz drugi odbędzie się jego polska edycja, w teatrze Syrena. „The New York Times” napisał, że Sangare urodził się by zagrać Otella. Podobnie jak szekspirowski bohater czuje się outsiderem, ale zrobił z tego swój atut. Nie znosi stać w miejscu. Twierdzi, że nie odpoczywa. Kilka lat temu zamienił swojego czarnego mustanga na range rovera. „Potrzebowałem miejsca dla drugiej osoby. Myślę o małżeństwie, bo w Nowym Jorku mogę je zawrzeć z moim partnerem”, wyznaje.

United Solo to największy festiwal monodramu na świecie. Skąd pomysł, aby zorganizować przedsięwzięcie na taką skalę?

Chciałem odkryć własną Amerykę. Tym odkryciem było United Solo – festiwal, który rozpocząłem 5 lat temu na scenie nowojorskiej w Teatrze Row przy 42 ulicy. Zaczynaliśmy od imprezy 2-tygodniowej. W tym roku festiwal potrwa 2 miesiące. Do Nowego Jorku zapraszamy ponad 130 produkcji teatralnych z 22 krajów i 6 kontynentów. Będzie też reprezentacja polska. Przyjeżdża do nas przedstawienie wyreżyserowane przez Marka Koterskiego, na podstawie książki Krystyny Jandy. Wystąpi w nim Małgorzata Bogdańska.

Monodram to chyba najtrudniejsza forma teatralna. Czy będzie coraz bardziej popularna?

Po dwóch stronach oceanu można zauważyć wzrastające zainteresowanie monodramem. To organiczny trend, który jest wyrazem tego, co dzieję się w mediach społecznościowych. Ludzie tęsknią za indywidualną ekspozycją swojego profilu w internecie. Chcą zwrócić na siebie uwagę. To przekłada się na teatr. Aktorzy też chcą być indywidualistami.

W klasycznym teatrze aktor może tłumaczyć niepowodzenie tym, że to inni nawalili. W monodramie cała odpowiedzialność spoczywa na jednej osobie.

Mam wrażenie, że w Polsce łatwiej być docenionym, jeśli już zostało się docenionym za granicą. Gdybyś wystartował z United Solo w Warszawie myślisz, że miałbyś szanse na równie spektakularny sukces w Nowym Jorku?

Jeśli monodram sprawdza się w Europie, to równie dobrze sprawdzi się w USA. W show biznesie trzeba lubić ryzyko. Nowy Jork jest miastem bardzo kapryśnym. Pojawiają się tam wielkie produkcje, które popadają w niełaskę braku zainteresowania ze strony widowni, prasy czy sponsorów. Zdawałem sobie z tego sprawę organizując festiwal, ale to mnie nie przerażało. Jeśli wiemy, że coś w ciemności nam zagraża, proponuję zapalić światło. W pewnym momencie United Solo zaczęło żyć własnym życiem i w blasku wielkiego miasta. Powstał projekt, który nie jest tylko moją ideą, ale jest ideą środowisk Nowego Jorku.

Czy były takie momenty, że chciałeś się poddać?

Nie. Nawet, gdy 2 lata temu przez miasto przechodził huragan. Nie było prądu i wszystkie teatry na Broadwayu były na dwa dni zamknięte. Musieliśmy zawiesić festiwal. Problem był poważny i konsekwencje, które później przekładały się na życie społeczne i kulturalne tego miasta — bolesne. Przekonałem się wtedy, że w Nowym Jorku pozytywne myślenie i chęć przetrwania sprawia, że miasto szybko radzi sobie z kryzysem. Ta historia nauczyła mnie, że nowojorczycy nie mogą żyć bez Broadwayu. Po dwóch dniach ciemności do teatrów przybyły tłumy, choć nie działała komunikacja miejska. To był pokaz amerykańskiej solidarności.

W Polsce czujesz się jak w domu, czy jesteś tu gościem?

Mam nadzieję, że zawsze będę się czuł jak w domu. Tu są ulice, które pamiętam. Nowe miejsca, które odkrywam. Nigdy nie podjąłem decyzji o wyjeździe z Polski na zawsze. Wtedy czułbym, że zamykam za sobą drzwi. Nie chcę tego robić.

Nie boisz się, że gdzieś w tym przeciągu się pogubisz?

Uwielbiam przeciąg, bo ten pęd niesie mnie z jednego miejsca w drugie. Powoduje, że życie jest ciekawe, dynamiczne. Nowe twarze, nowe tematy – to bardzo ciekawa podróż.

Jak odpoczywasz?

Nie odpoczywam. Nie lubię tracić czasu. Spotykam się ze studentami i pracuję z nimi nad sztuką. Albo jadę do Nowego Jorku, gdzie pracuję nad United Solo. Są też projekty zagraniczne, które zabierają mnie w ciekawe miejsca.

Od ośmiu lat jesteś profesorem w Williams College. To jest jeden z najlepszych college’ów w Stanach. Na twoje stanowisko było 200 kandydatów.

Nie wiedziałem wtedy, w jak intensywnej konkurencji biorę udział. Byłem skupiony na tym, co sam mogę zaproponować: choćby moje doświadczenie pracy z Tadeuszem Łomnickim, ze Zbigniewem Zapasiewiczem. Do tego dołożyłbym pasję, której nauczyłem się od Andrzeja Wajdy, który w Akademii Teatralnej przekonywał, że nasz zawód może stać się stylem życia. Miałem też inne podejście do teatru, jako medium. W Ameryce chodzi głównie o rozrywkę, stąd popularność musicali. W Polsce teatr prowokuje, zadaje ważne pytania. I to wszystko fascynowało Amerykanów.

Czego wymagasz od swoich studentów?

Zaangażowania i pasji. Zależy mi na tym, aby teatr był dla nich narzędziem do patrzenia na świat. Studia to bezpieczne laboratorium, w którym możemy przyglądać się naturze ludzkiej, możemy zastanawiać się, dlaczego płaczemy, skąd pojawia się uśmiech na twarzy. Nie koncentruję się na popisie wokalnym, kostiumowym, ale raczej na doszukiwaniu się głębszych wartości.

A czego uczysz się od swoich studentów?

Fascynacji nową technologią i sposobami komunikacji. Dzisiaj teatr musi docierać do widza w sposób niekonwencjonalny. To, co kiedyś ukazywało się w druku, miało wielkie znaczenie. Dziś można to znaleźć w internecie.

Zajmujesz się monodramami. Formą dla jednego aktora. Czy przez życie też idziesz solo?

Od czterech lat jestem w związku z partnerem, bez którego nie wyobrażam sobie jutra. Wcześniej moje życie było poligonem prób i błędów. Nie mogę uwierzyć, że jestem szczęśliwy i spełniony. Myślimy o małżeństwie, bo w Nowym Jorku jest to już możliwe.

Czy twój partner też jest artystą?

Nie. Dziennikarzem. Zawód nie był tutaj kwestią kluczową. Tak wyszło.

Czy łatwo się z tobą żyje?

Moim zdaniem jestem ideałem... ale przyznam, że żartując w ten sposób, mogę się totalnie mylić i odchodzić od rzeczywistości. Chociaż chwileczkę… przez 4 lata udało mi się nie odejść za daleko.

On ściąga cię na ziemię?

On jest sensem mojego życia. Teatr jest pasją, ale pasja bez drugiej osoby byłaby światem samotnym.

Jak zmienił się twój świat?

Kiedyś jeździłem czarnym mustangiem. Był idealny dla kawalera. Bardzo przyjemnie galopowało się nim przez Amerykę, ale stałem się człowiekiem rodzinnym. Potrzebowałem więcej przestrzeni dla drugiej osoby. Mieszkam w kilku miejscach: w Williamstown, w Nowym Jorku. W ciągu dnia jestem na uniwersytecie, wieczorem pędzę do teatru na Broadwayu. Funkcjonuję dzięki ogromnej ilości kawy i adrenaliny. Przesiadłem się na range rovera. Typowego samochodu komfortu, zobowiązań i akcji. Nie chcę wracać do jednoosobowej wolności w mustangu.

Skoro mówimy o powrotach, nie chciałbyś wrócić do Polski, zatańczyć z gwiazdami, zostać celebrytą?

Mnie to nigdy nie interesowało. To jest ślepa uliczka – celebryctwo. Jest kapryśne, chwilowe, sprzedajne, każe płacić dużą cenę. Może dać chwilową przyjemność, ale jest jak jeden z najstarszych zawodów świata.

Pędzisz przez życie. Kiedy zwolnisz?

Napędzają mnie nowe pomysły. Nie jestem kolekcjonerem statuetek. Szukam nowych projektów. Gdy jeden jest bliski ukończenia, znajduję coś nowego. W tym sezonie grałem w sztuce, do której rola została napisana specjalnie dla mnie przez Johna Guare’a, jednego z najwybitniejszych dramaturgów amerykańskich, nominowanego do Oscara i Pulitzera. Cudownie było wrócić na scenę w pełnowymiarowej produkcji w teatrze Atlantic na Manhattanie. Po zakończeniu tego projektu wróciłem do festiwalu United Solo. W nadchodzącym w sezonie będę reżyserował anglojęzyczną wersję sztuki „Iwona, księżniczka Burgunda”. Nie zwalniam. Nie mam tego w planach.

Rozmawiała Aleksandra Kisiel

II polska edycja festiwalu United Solo potrwa do 31 maja w Teatrze Syrena w Warszawie

Tematy:

Nieprawidłowy email