Natalia LL: miałam w życiu wiele szczęścia

W PRL moje prace wywoływały poruszenie – w końcu niewielu artystów w Polsce robiło erotyczne fotografie. Chciałam przełamać to tabu. Kilka lat wcześniej byłam w muzeum sztuki nowoczesnej w Hamburgu. Zobaczyłam zdjęcie, na którym Jeff Koons kopuluje z La Ciccioliną. Wtedy pomyślałam, że mam całe pokłady takiej sztuki!", mówi Natalia LL. W warszawskim CSW do 19 kwietnia można oglądać pierwszą tak obszerną wystawę indywidualną legendy sztuki nowoczesnej.

fot. Natalia LL / materiały prasowe

Natalia LL to jedna z najbardziej znanych na świecie polskich artystek. Jej sztuka realizuje się w takich obszarach, jak: fotografia, film eksperymentalny, wideo, rzeźba czy instalacja. Prace Natalii LL są w kolekcjach m.in. Musée National d'Art Moderne Centre Pompidou w Paryżu, International Center of Photography w Nowym Jorku. Największą popularność przyniósł jej cykl fotografii "Sztuka konsumpcyjna" z 1972 roku, przedstawiający młodą dziewczynę, która je banana. "Sztuka realizuje się w każdym momencie rzeczywistości, każdy fakt, każda sekunda jest dla człowieka jedyna i nigdy niepowtarzalna. Dlatego zapisuję wydarzenia zwykłe i trywialne, jak jedzenie, sen, kopulację, odpoczynek, wypowiadanie", mówi artystka.

fot. Natalia LL / materiały prasowe

W latach 70. i 80. erotyczne zdjęcia z cyklu "Natalia ist sex", które ukazują kopulującą parę (to autoportrety Natalii i jej męża, artysty Andrzeja Lachowicza), w Polsce wywoływały oburzenie. Na świecie z kolei doceniono ich oryginalność. "Mogę powiedzieć, że wylansował mnie Zachód, a nie Polska", twierdzi LL. Na wywiad umawiamy się w hotelu, w którym zatrzymała się Natalia. Przyjmuje mnie – jak zawsze – w ciemnych okularach. Cieszy się, że nie będziemy rozmawiać tylko o sztuce, ale też o życiu. "Życie artysty jest silnie związane z tym, co robi", przyznaje. A jej biografia jest naprawdę fascynująca.

fot. Natalia LL / materiały prasowe

Damian Gajda: Pamięta Pani swoje pierwsze zdjęcie?

Natalia LL: Tak, była na nim moja siostra. I znajomi z podwórka w Bielsku-Białej, gdzie mieszkałam w młodości. Przyjechałam do rodziny i robiłam im zdjęcia aparatem Pilot-Super. Wypożyczył mi go prof. Kupiec, lwowianin, który przyjechał do Wrocławia, by pracować w nowo powstałej, jedynej wówczas w Polsce, pracowni fotograficznej w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych.

I tak zaczęła się Pani przygoda z fotografią.

Miałam to szczęście, że spotkałam na swojej drodze wielu wspaniałych ludzi, którzy zaszczepili we mnie miłość do fotografii. Uczyłam się od mistrzów – profesora Romera, Dawskiego. Zaczęło się od tego, że robiliśmy zdjęcia swoim pracom. Mieliśmy ciemnie, dostęp do dobrych aparatów. Na studiach zajmowałam się wieloma dziedzinami sztuki – malarstwem, rzeźbą, ale fotografia wydawała mi się na tyle niezwykła, że postanowiłam bardziej się nią zainteresować.

fot. Natalia LL / materiały prasowe

Wykładowcom podobały się Pani zdjęcia, wygrywała Pani konkursy.

Tak, m.in. I Festiwal Fotografii Studenckiej w Toruniu, który organizował Józef Robakowski. W jury była wspaniała fotografka, Janina Gardzielewska, znana z "romantycznej fotografii", i Zofia Rydet. Dostałam Grand Prix, czyli pierwsze miejsce. To upewniło mnie w przekonaniu, że wybrałam dobrą drogę.

Uważa Pani, że fotografia może kreować rzeczywistość?

Fotograf sam komponuje rzeczywistość, wybiera jej momenty. Jest jakaś magia w tym, że za pomocą zdjęć można przekazać coś, czego nie uda się zrobić, malując czy rzeźbiąc. W ramach cyklu "Geografia Twarzy" przygotowałam wielkoformatowe fotografie – autoportrety i zdjęcia znajomych, rodziny. Na wernisażu w muzeum Műcsarnok w Budapeszcie pojawił się Beke László, znany krytyk sztuki awangardowej, który je pochwalił. Poczułam, że coś mi się udało, że ktoś docenił mój upór i pracowitość.

Co w Pani podejściu do sztuki zmieniło poznanie męża, Andrzej Lachowicza?

To był przełom. Zakochałam się, zupełnie inaczej spojrzałam na świat. Andrzej zaprowadził w moim życiu rewolucję.

Światopoglądową?

Tę też. To były lata 60., okres dzieci kwiatów. Dostałam mieszkanie w kamienicy przy ul. Ruskiej w centrum Wrocławia, które stało się kultowym miejscem. Spotykali się tam przedstawiciele awangardy wrocławskiej – Zdzisław Jurkiewicz, Maria Michałowska, Antoni Dzieduszycki, Jurek Ludwiński. Cudowny i twórczy okres. Wrocław był wtedy mekką polskiej sztuki nowoczesnej. Naszym mentorem został Jerzy Ludwiński, który wywodził się z KUL-u. To zadziwiające, że człowiek z tak zachowawczego uniwersytetu okazał się orędownikiem awangardy. Działaliśmy w związkach twórczych, do których należeli ludzie z określonego kręgu towarzyskiego – pisarze, malarze i artyści. Był Jerzy Grotowski ze swoim teatrem, Henryk Tomaszewski z pantomimą, Edward Stachura i inni. Dla mnie, młodej dziewczyny, możliwość obcowania z takimi postaciami była czymś wyjątkowym.

Radość, afirmacja młodości i życia jest widoczna na Pani zdjęciach z tego okresu. W czasach szarego PRL byliście pewnie niezwykłym zjawiskiem. Jak ludzie na Was reagowali?

Ta sztuka nie docierała do ludzi, była obecna w hermetycznych kręgach towarzyskich. Spotykaliśmy się we wrocławskiej Galerii Pod Moną Lizą, którą prowadził Jurek Ludwiński. Odbywały się tam wystawy awangardowych artystów z całej Polski. To był czas wielkich dyskusji. Dziwię się, że dziś młodzi ludzie nie lubią rozmawiać o sztuce. Galeria Pod Moną Lizą nie wystawiała jednak prac fotografów, dlatego stworzyliśmy razem ze Zbigniewem Dłubakiem, Antonim Dzieduszyckim i Andrzejem galerię PERMAFO.

Pani sztuka była świetnie przyjmowana na świecie.

Ryszard Stanisławski, dyrektor Muzeum Sztuki w Łodzi, przyjechał na jedną z moich wystaw. Chciał zobaczyć, kim jestem i czym się zajmuję. Zachwyciła go "Sztuka konsumpcyjna", kupił niektóre prace i pokazał swoim znajomym z Włoch, Francji. Bardzo im się spodobały, zaczęto o mnie pisać w znanych pismach o sztuce. Mogę powiedzieć, że wylansował mnie Zachód, a nie Polska.

Poczuła Pani wtedy, że to, co robi, ma sens?

To było dla mnie potwierdzenie, że moja sztuka jest na światowym poziomie.

Pani najbardziej znana praca to zdjęcie przedstawiające młodą dziewczynę, która je banana. Na wystawie w CSW będzie można zobaczyć fotografię, na której jest czaszka z bananem. To dobrze pokazuje jeden z głównych tematów Pani twórczości – przemijanie. Czy Pani sztuka jest silnie związana z Pani życiem?

Moja sztuka to sztuka prywatna. Co prawda od lat żyjemy z Andrzejem w otwartym związku, ale łączy nas dorobek artystyczny. Na przykład cykl naszych erotycznych autoportretów jest tak osobisty, że trudno się z nim nie utożsamiać. Wiele moich prac powstawało pod wpływem impulsów, sytuacji i osób, które pojawiały się w moim życiu. Nie można tworzyć w oderwaniu od rzeczywistości.

A co z Pani wizerunkiem? On też jest formą sztuki?

Uwielbiam niezależność. W 1971 roku zdecydowałam się zmienić nazwisko. Skreśliłam wszystkie litery z mojego nazwiska – panieńskiego i po mężu – zostawiając tylko "LL". I tak Natalia Lach-Lachowicz zyskała nową tożsamość. Bywałam w Danii i odwiedzałam tam wspaniałe butiki. Nie było mnie stać na zakupy, więc podglądałam stroje, a potem sama szyłam. Miałam znajomą krawcową, która mi pomagała, ale to wszystko było amatorskie.

Czy w sztuce są granice, których nie wolno przekraczać?

Artysta, który nie przekracza granic, tworzy miałką sztukę. Warto proponować odbiorcom coś nowego, obalać tabu.

Ciało i cielesność to ważny motyw w Pani twórczości?

To bardzo ważny i demonstrowany motyw. W PRL moje prace wywoływały poruszenie – w końcu niewielu artystów w Polsce robiło erotyczne fotografie. Chciałam przełamać to tabu. Kilka lat wcześniej byłam w muzeum sztuki nowoczesnej w Hamburgu. Zobaczyłam zdjęcie, na którym Jeff Koons kopuluje z La Ciccioliną. Wtedy pomyślałam, że mam całe pokłady takiej sztuki! Po raz pierwszy serię "Natalia ist sex" pokazałam jednak w berlińskiej galerii, a nie w Polsce.

Lubi Pani pracować z młodymi artystami? Kogo Pani ceni?

Młodzi ludzie często sami do mnie przychodzą i chcą ze mną pracować. Chętnie z nimi rozmawiam, bo chcę się dowiedzieć, co ich interesuje, jakie mają poglądy.

Uważa Pani, że artysta jest pozbawiony wieku?

Artystą się jest do końca życia. Kiedyś usłyszałam od Henia Stażewskiego: "Dziecko, my pracujemy do końca, nie mamy emerytury". Coś w tym jest. Sztuka ciągle do mnie przychodzi, to cząstka mnie. Ostatnio poruszyła mnie informacja o śmierci Stanisława Barańczaka. Przeczytałam, że pod koniec życia nie mógł tłumaczyć, bo cierpiał na parkinsona. Wtedy pomyślałam, że pracę mogłaby mi uniemożliwić tylko choroba. Jeśli zdrowie pozwoli, zamierzam zrealizować jeszcze dwa ważne dla mnie projekty.

ROZMAWIAŁ: DAMIAN GAJDA

Natalia LL „Secretum et Tremor”, kuratorka: Ewa Toniak, CSW w Warszawie, wystawa czynna od 23 stycznia do 19 kwietnia.

Tematy:

Nieprawidłowy email