Michał Witkowski: literatura mnie nudzi

Od lat zbieram ogłoszenia o zaginionych chłopcach. Wyjść z domu i nie wrócić, to dla mnie jak przekroczyć granicę lustra w "Alicji w Krainie Czarów". Przejść do innej rzeczywistości, wejść w fikcję. Z Michałem Witkowskim o jego nowej książce "Zbrodniarz i dziewczyna" rozmawia Damian Gajda.

ONS

Uwielbia być w centrum zainteresowania. Pozowanie na ściankach, występy przed kamerą, wywiady. To jego żywioł. Poza tym, że wieczorami bywa na wszystkich najważniejszych imprezach w mieście, w ciągu dnia przez kilka godzin czyta i pisze. Mówi, że nigdy nie zrezygnuje z literatury, ale nie chce mieć nic wspólnego ze środowiskiem źle ubranych pisarzy. Właśnie ukazuje sie jego najnowsza powieść "Zbrodniarz i dziewczyna" – kryminał, w którym moda jest jednym z głównych wątków.

Damian Gajda/Onet: Miss Gizzi czy Michał? Jak mam się do ciebie zwracać?

Michał Witkowski: Jak ci się podoba. Przecież to są wszystko pierdoły. Jeśli zamierzasz rozmawiać o literaturze, to Michał Witkowski jestem. Michaśka też może być.

Niektórym wydaje się, że ostatnio moda stała się dla ciebie ważniejsza od literatury.

Chwilowo jest ważniejsza, ale literatura z mojego życia nie zniknie nigdy. Mimo medialnej masakry i tysiąca imprez, codziennie znajduję pięć godzin na czytanie powieści. Jesienią zamierzam napisać krótką i bardzo artystyczną książkę, bliższą mojej drugiej, napisanej po "Lubiewie" powieści "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej". Pełną językowych smaczków i literackich aluzji.

"Nie czuję się pisarzem", "W dupie mam literaturę" – to twoje słowa. Tymczasem ukazuje się nowa książka "Zbrodniarz i dziewczyna", którą właśnie skończyłeś.

Po prostu jestem SOBĄ, a przy okazji piszę książki. Pisać książki, a "być pisarzem" to właśnie cała różnica.

Na czym ona polega?

Pisać książki może każdy, kto umie. Ale bycie pisarzem to zespół zachowań, na które składa się kilka rzeczy – czytanie recenzji, jeżdżenie na spotkania literackie, bycie w "środowisku", obgadywanie w kawiarniach pisarzy i krytyków, a także ubieranie oraz zachowywanie się "jak pisarz". Ja tylko daję od siebie książkę, produkt. Z resztą nie chce mieć nic wspólnego.

Dziennikarze nazywają cię "szafiarką", "blogerką modową". Ty mówisz, że jesteś postmodernistycznym wcieleniem artysty. Kto to?

Nie wiem. Nie jestem teoretykiem kultury. Ale pamiętasz chyba mój felieton o "postinteligencie"?

Tak, pisałeś o wolności, którą daje bycie postinteligentem. O tym, że postinteligentom więcej wypada – mogą przed koncertem w filharmonii iść na drogą siłownię, mówić, że książki Joyce’a są dla nich niezrozumiałe i zachwycać się popkulturą.

No właśnie. Wydaje mi się, że blisko takiego modelu jestem ja i Joanna Bator. Osoby oczytane, mądre, ale nie zamknięte na inne obszary świata. Postinteligent nie widzi żadnej granicy pomiędzy kulturą a popkulturą. Może się zachwycić reklamą i ziewać nad najnowszą powieścią uznanego pisarza. Może upaść na kolana przed sztuką użytkową i wykląć wernisaż uznanego malarza. I co gorsza, może mieć rację.

W wywiadach zamiast o książkach opowiadasz o tym, ile zarabiasz i gdzie robisz operacje plastyczne.

(śmiech) To prawda, bo ostatnio na salonach inteligenckich rozmowy są wyjątkowo nudne i sztampowe. Ograniczają się do ciągłego utyskiwania, jak ten świat spada na psy, jak intelektualiści są coraz bardziej w mniejszości. Lepiej być w głównym nurcie.

Świat celebrytów daje takie możliwości, literatura – nie. Lubisz być w centrum uwagi. Nie boisz się, że ludzie za chwilę będą mieć dość Miss Gizzi?

Idą wakacje. W maju wszyscy polscy projektanci pokazują kolekcje jesienne, więc niemal codziennie jest modowa impreza, ale to się urwie już na początku czerwca i Miss Gizzi w lecie będzie sobie mogła najwyżej pójść na jakąś imprezę z okazji urodzin podkładu Dermiki z drobinkami złota czy imienin lodów Magnum. Przez trzy miesiące będzie tego bardzo mało.

Twoje stylizacje na imprezach zazwyczaj budzą zainteresowanie gości i dziennikarzy.

Bardzo nie lubię, kiedy wchodzę na imprezę i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Jak widzisz, udało mi się ten problem rozwiązać. A poza tym, faktycznie, jeśli ktoś chce zobaczyć, jak naprawdę się ubieram, niech umówi się ze mną na kawę. Widzisz, co mam na sobie, zwykłe czernie. Na imprezy się przebieram. To robi o wiele większe wrażenie.

Teraz jesteś odważny, pewny siebie. Kiedyś było inaczej. Co się stało?

Więcej kasy? Więcej radości w życiu dzięki tej przemianie? Poczucie większego spełnienia? A może wszystko naraz? Ja po prostu kocham modę. To dla mnie żywioł, w którym czuję się doskonale. Naprawdę.

Czym twoim zdaniem jest prawdziwa moda?

Prawdziwa, czyli – od razu zaznaczam – raczej nie to, co oglądamy w Polsce. Czym? Sztuką. Dziedziną sztuk plastycznych. Dopiero odcięcie ubrania od mody, względów praktycznych, ocieplania ciała itd. pozwoliło jej poszybować na takie wyżyny. Ubranie ma grzać i zakrywać genitalia. Moda ma być wypowiedzią o kondycji ludzkiej, o pięknie ciała, wzruszać. Tak samo jak każda dziedzina sztuki.

Czyli dla ciebie moda jest przede wszystkim sztuką?

Tak. A nie informacją, że tego lata stopki do mokasynów muszą być jeszcze niżej osadzone.

Przełamujesz stereotyp pisarza ubranego w szarobury sweter. Przeczytałem gdzieś, że jesteś "kolorowym ptakiem polskich salonów". Co najbardziej lubisz w modzie?

Mądra odpowiedź brzmi: "wyciąganie ciała na nieco bardziej metafizyczne pozycje niż te, jakie widzimy na plaży czy na siłowni". Blady, chudy, androgeniczny model, spowity w wyrafinowane czernie jest mniej "mięsem", a więcej "człowiekiem" niż syty mieszczuch na plaży, na siłowni czy w knajpie. Zapominamy o tym, co ma w środku, o tym całym syfie widocznym na sekcjach i zaczyna się poezja i metafizyka.

Jak odnajdujesz się w środowisku modowym? W "Zbrodniarzu i dziewczynie" przedstawiasz blogerów i projektantów w ironiczny sposób.

Nie do końca ironiczny. W książce występują raczej krawcy. Ale mamy Iwa, blogera modowego, mamy opis mieszkania Kurta, wzorowanego na londyńskim szalonym mieszkaniu Arkadiusa, mamy zaplecze krawieckie Teatru Polskiego we Wrocławiu. U mnie fascynacja zaczynała się od krawiectwa, od szycia sobie ciuchów na imprezy, do klubów na sobotę.

Co najczęściej szyłeś?

We Wrocławiu wtedy, w pierwszej połowie lat dwutysięcznych, działało dużo genialnych i zupełnie nieznanych do dziś projektantów i projektantek. Robili oni świetne rzeczy na gotyckie imprezy, a ja miałem wtedy bardzo silny epizod gotycki. Uważałem, że inne kolory poza czernią nie istnieją. Lateks, plastik, byle było czarne i byle się świeciło.

Dzisiaj twój strój jest kolorowy, wyzywający, ale mroczne klimaty pozostały ci bliskie. W "Zbrodniarzu i dziewczynie" piszesz, że zbierasz zdjęcia zaginionych chłopców. To prawda?

Postanowiłem tym razem nie mówić, co pochodzi z mojego życia, a co jest fikcją, żeby jeszcze bardziej zatrzeć tę różnicę. W każdym razie od lat zbieram ogłoszenia o zaginionych chłopcach. Wyjść z domu i nie wrócić, to dla mnie jak przekroczyć granicę lustra w "Alicji w Krainie Czarów". Przejść do innej rzeczywistości, wejść w fikcję.

Podobno brałeś udział w sekcjach zwłok tych chłopców?

Tak, oglądając ich ciała leżące na stole sekcyjnym, próbowałem zrozumieć, co ich w spotkało. Pewnie – nic dobrego. Muszę jeszcze raz podziękować wszystkim tym patomorfologom, ludziom z Zakładu Medycyny Sądowej, szefom prosektoriów w szpitalach, którzy nie tylko mnie wpuszczali. Jedna pani doktor była tak wielką moją fanką, że załatwiła mi na sekcję różowe gumowe rękawiczki, żebym nie musiał nakładać żółtych. Że dla Michaśki to tylko czarne, albo różowe. Obecnie znajdują się dwa metry pod ziemią, bo rękawiczki zaszywa się w zwłokach, w brzuchu.

Przyjaźniłeś się też z grabarzami...

Oni bardzo mi pomogli przy tej książce! Nie musiałem tam się przed nikim ukrywać, bo oni nie mieli pojęcia, kim jest Michał Witkowski.

Ta fascynacja śmiercią i rozkładem ciała, widoczna w "Zbrodniarzu…", przypomina twórczość Elfriede Jelinek. Podobno nad biurkiem w domu masz jej portret i w przypływie złości rzucasz w niego lotkami. Czego jej zazdrościsz?

Jest wredna. Kocham ją! Jeden z niemieckich dziennikarzy, kiedy dowiedział się, że Elfriede Jelinek dostała Nobla, kazał jej wszystkie pieniądze przeznaczyć na terapeutów. "Wolę wydać te pieniądze na sukienki", odpowiedziała. Chyba jesteśmy do siebie podobni. Lubimy terapię sukienkami i drogimi kremami do twarzy. Wiadomo.

Lubicie też pisać o sobie i swoich traumach. "Zbrodniarz i dziewczyna" to kolejna książka twoja książka, której jesteś głównym bohaterem. Co daje ci taka perspektywa?

Wszystko. Im bliższa koszula ciału, tym fajniejsza proza. Możesz udawać Margot, ale to zawsze będzie nieautentyczne. Potrzebuję postaci superautentycznej. Aby ją stworzyć, muszę ją znać. A nikogo nie znam lepiej od siebie.

Masz sporo dystansu do siebie – piszesz na przykład, że dziwisz się facetom, którzy chcieliby pójść do tobą do łóżka. Umiesz się z siebie śmiać?

Owszem, ale niektórzy nie łapią, że ja jestem jedyną osobą, której wypada się ze mnie śmiać. Innym od tego wara. Co wolno wojewodzie, to nie tobie, mały smrodzie.

"Zbrodniarz i dziewczyna" to twój drugi kryminał po "Drwalu". Dobrze się czujesz w tej konwencji?

Kryminał to tak trudny gatunek, że potrzebuje wielu podejść. Na pewno "Zbrodniarz" jest bardziej kryminałem niż "Drwal". Dobrze się czuję w tej konwencji, bez dwóch zdań.

W tej książce wracasz do Wrocławia, przypominasz dawnych przyjaciół z czasów Lubiewa. Masz z nimi kontakt?

Z Paulą, z Anią Jantar, z kilkoma...

Jak to środowisko się zmieniło przez lata?

Nie zmieniło się. Powymierało. Dużo starych ciot umarło, albo zginęło, albo popełniło samobójstwo. Ale w parku panuje ta sama atmosfera, co zawsze. A ja nie jestem takim celebrytą, co to już nie pójdzie do parku, bo boi się, że ktoś mu zrobi zdjęcie. Lubię tam chodzić. Zdarza mi się, że idę w noc i z nimi gadam. Bo zawsze coś mi się przyda do prozy.

Tematy:

Nieprawidłowy email