Amanci złotej ery kina: kogo kochamy i za co?

Nasze babcie kochały się na zmianę w uroczym łajdaku Clarke’u Gable i melancholijnym cyniku Humphreyu Bogarcie, nasze mamy wieszały nad łóżkiem plakaty złotego chłopca Roberta Redforda, ale miały słabość do buntownika Steve’a McQueena, a my wzdychamy do chłopaka z sąsiedztwa Bradleya Coopera i romantyka Ryana Goslinga. W ponury jesienny dzień przygotowałyśmy dla was listę najprzystojniejszych aktorów ze złotej ery kina.

Foto: Bulls Press

Humphrey Bogart

Nikt tak jak Rick z „Casablanki” nie odrzuca kobiecych zalotów. Na pytanie „Gdzie byłeś wczoraj w nocy?”, odpowiada „Nie pamiętam, to było dawno temu”, a na pytanie „Co robisz dzisiaj wieczorem?”, ma ripostę: „Nie robię tak dalekosiężnych planów”. W idealnie skrojonym garniturze i fryzurze totalnego dżentelmena może sobie na to pozwolić. Dziwimy się tylko Ilsie, że w końcu wsiadła do tego samolotu… Dobrze, że w życiu prywatnym Bogart i cudowna Lauren Bacall odnaleźli szczęście (niezbyt długie, ale jednak).

Clark Gable

Wystarczyłaby mu rola Rhetta w „Przeminęło z wiatrem”, żeby przejść do historii kina. Przystojniak z pomadą i wąsikiem miał jednak ochotę na więcej. Po trzech nominacjach otrzymał Oscara w 1936 roku za film "Ich noce". Dzisiaj ten brutal mógłby zostać uznany za mizogina i szowinistę, ale nastolatki urodzone przed wojną takich bohaterów szukały. Został oficjalnie nazwany Królem Hollywood, a ten tytuł mówi sam za siebie.

Foto: Bulls Press Clark Gable

Paul Newman

Grzeczny chłopiec, przykładny mąż, świetny współpracownik. Posiadacz uśmiechu jak z reklamy pasty do zębów, w naszym sercu pozostanie prawdziwym amerykańskim kowbojem. Ładna buzia to nie jedyny atut Newmana. Uroda Kupidyna skrywa także niewątpliwy talent aktorski - Paul Newman był 8-krotnie nominowany do Oscara. Statuetki odebrał dwie: pierwszą w 1986 roku za całokształt twórczości, kolejną rok później za pierwszoplanową rolę w filmie "Kolor pieniędzy". Jak to mówią: "spod deszczu pod rynnę".

Foto: Bulls Press Paul Newman

Marlon Brando

W białym podkoszulku, odsłaniającym mięśnie, wąskich dżinsach i ciężkich butach zagrał jednego z największych twardzieli w historii kina, Stanleya z „Tramwaju zwanego pożądaniem”. Pożądanie najzdolniejszy aktor w historii kina budził także w „Ostatnim tangu w Paryżu”, „Czasie Apokalipsy” i „Ojcu chrzestnym”. Z pięknego chłopca stał się zgorzkniałym, ale groźnym gigantem. Lepiej go nie budzić.

James Dean

Buntownik bez powodu gonił śmierć z prędkością dwustu kilometrów na godzinę. Chociaż zginął w wieku 24 lat, jego role w „Na wschód od Edenu” i „Olbrzymie” nadal są uważane za najlepsze w historii kina. A w każdym pokoleniu zdolnego aktora z tendencją do autodestrukcji obwołuje się kolejnym Deanem. Jest pierwszą osobą, która otrzymała pośmiertnie nominację do Oscara w kategorii najlepszy aktor i jedyną, która otrzymała ją dwukrotnie. Zaraz po śmierci został ikoną popkultury nie tylko w Stanach, ale także na całym świecie.

Foto: Bulls Press James Dean

Gregory Peck

Bez niego Audrey Hepburn nie miałaby „Rzymskich wakacji” na vespie. Peck grywał intelektualistów, kpiarzy, kochanków. My pamiętamy jego prosty nos, mocne brwi i trzydniowy zarost. Teraz to znak rozpoznawczy każdego domorosłego amanta. W znakomitej większości wchodził w role pozytywnych bohaterów, odznaczających się przywiązaniem do wartości moralnych, wytrwałością i inteligencją i za to zdobył nasze serca.

Foto: East News Gregory Peck

Sean Connery

Według wiernych fanek jedyny prawdziwy Bond. Szkot, jak wino, nabiera smaku wraz z wiekiem. Zwłaszcza wtedy gdy zakłada tradycyjną spódniczkę w kratkę. Bo przecież tylko prawdziwy mężczyzna może się na to odważyć. Po 7 filmach, ku naszej rozpaczy, pożegnał się z postacią Bonda. Agent 007 tak bardzo dał mu w kość, że kolejne 4 lata musiał spędzić na wakacjach. Podobno bez reszty oddał się grze w golfa i pozbywał się wizerunku bezdusznego agenta. Niestety nasze kobiece myśli wciąż kierują jego osobę na jeden słuszny tor o numerze 007. W 2000 roku królowa Elżbieta II nadała mu tytuł szlachecki. Od tego czasu to sir Sean Connery.

Gary Cooper

Rozkochał w sobie Ingrid Bergman, zdobył trzy Oscary i zapisał się w historii kina jako najbardziej szlachetny kowboj. Mocne rysy amerykańskiego twardziela działają na kobiety do dzisiaj, ale dziś prawdziwych dżentelmenów już nie ma… W 1961 roku otrzymał Oscara za całokształt swojej twórczości.

Foto: Bulls Press Gary Cooper i Marlena Dietrich w filmie "Pokusa", 1936 rok

Steve McQueen

Mistrz pościgów, zblazowany dandys, „The King of Cool”. Dzisiaj chłopcy znowu chcą wyglądać jak on – z papierosem w ustach, w ray-banach i rozpiętej koszuli. Zwłaszcza tak nieustraszeni, jak Frank Bullitt. Jego buńczuczny charakter zapewnił mu miano jednego z najbardziej nieposkromionych aktorów wszech czasów. Jak to możliwe, że mimo nieskrywanej agresji w stosunku do reżyserów, ekipy na planie i kolegów po fachu dorobił się miana jednej z największych legend kina? Niepokorni samotnicy nigdy nie przestaną działać na kobiety.

Foto: East News Steve McQueen

Robert Redford

Dla dziewczyn dorastających w latach 70. idol numer jeden. Na ekranie kochał Barbrę Streisand w „Tacy byliśmy”, Meryl Streep w „Pożegnaniu z Afryką” (ach, te bryczesy!) i Mię Farrow w „Wielkim Gatsbym”. Redford starzeje się szlachetnie, choć częściej występuje po drugiej stronie kamery jako producent i reżyser.

Foto: Bulls Press Robert Redford

Tematy:

Nieprawidłowy email