Top Lista Osobista #14: Marek Pietroń

W dzisiejszym odcinku mojej Top Listy Osobistej dowiecie się, jak smakują usta Magdy Gessler, opowiem wam również o diecie, którą sam opracowałem. Jest rewelacyjna i niezwykle skuteczna – to dieta "Milion kalorii”. Oprócz tego Levi's 501 - najbardziej kultowe spodnie świata znów w mojej szafie, trochę przydatnych i kolorowych akcesoriów i – jak zawsze – książki. Zapraszam.

Foto: Zdjęcia własne VU MAG

1. Dieta „Milion kalorii”

Pewnego dnia jadłem w pracy czekoladkę, gdy nagle Monika, moja redakcyjna koleżanka, z przerażeniem w oczach krzyknęła: „Nie jedz! Będziesz gruby!”. – „Gruby również ma prawo do szczęścia” – odpowiedziałem i sięgnąłem po następną.

Do otyłości jeszcze mi daleko, ale wizja bycia szczęśliwym (choćby za sprawą dobrego jedzenia) jest dla mnie i tak bardziej kusząca niż idealna sylwetka i związany z nią reżim. Nie jestem zwolennikiem restrykcyjnych diet. Ufam swojej intuicji i staram się jeść wszystko w zrównoważonych ilościach. Jednak zimą przechodzę na dietę. Jest to dieta „Milion kalorii”.

Napisałem, że ufam swojej intuicji, a ta podpowiada mi teraz: jest zimno, szaro-buro za oknem, popraw sobie nastrój i zjedz wszystko, na co masz ochotę i bądź szczęśliwy. Tak też robię.

Jesienią i zimą naturalnie przestawiam się na rozgrzewającą kuchnię tajską i hinduską z całym bogactwem aromatycznych przypraw, imbirem, z mlekiem kokosowym, trawą cytrynową, listkami limonki i dużą ilością chili. Im ostrzej, tym lepiej. Ponoć chili aktywizuje hormony szczęścia. Moje na pewno. I o to chodzi w tej diecie - o błogostan.

Deserami również nie pogardzę. I choć wiem, że nie jest to może najzdrowsze, to jednak moja dieta wręcz nakazuje taką ekstrawagancję, w imię dobrego nastroju oczywiście. Zwłaszcza, że pod domem mam ulubioną cukiernię „Słodki Słony” Magdy Gessler i często (może zbyt często) wpadam do niej po drożdżówki z różą albo makowiec. Ostatnio spróbowałem jednak czegoś nowego – ust Magdy Gessler. Wydało mi się to zabawne, że restauratorka swoje słynne #besos zmaterializowała w postaci ciasteczek o tej samej nazwie. Nie było zatem innego wyjścia – musiałem je skosztować. Dwa różowo-opalizujące besos z kruchego ciasta przełożone malinowym musem. Bardzo proste, bardzo smaczne. #besos

I muszę się wam do czegoś przyznać. Nie mam żadnych wyrzutów sumienia!

Foto: Zdjęcia własne VU MAG Dieta "Milion Kalorii"

2. Levi’s wiecznie żywy

Nie cierpię zakupów. Jednak raz na jakiś czas muszę uzupełnić swoją garderobę. Podstawą mojej szafy są jeansy, więc gdy tylko zacząłem myśleć, jakie jeansy kupić, od razu pomyślałem o levisach. Bo Levi’s to marka, która jest obecna w moim życiu, odkąd pamiętam. W dzieciństwie były szczytem moich marzeń, potem obiektem młodzieńczej dumy (w tym miejscu pozdrawiam XIII LO we Wrocławiu), następnie przeszły do porządku dziennego. Mieliśmy jednak swoje lepsze i gorsze momenty, bo „zdradzałem” je czasem z jeansami od światowej sławy projektantów, ale żadne inne nie przetrwały próby czasu tak jak Levi’s. To chyba nazywa się miłość.

Foto: Materiały promocyjne Levi's 501 CT

Zdecydowałem się na 501, to klasyk marki, ale ja wybrałem nową wersję CT. Ponoć Levi’s przez lata obserwował, jak użytkownicy przerabiali i dostosowywali do własnych potrzeb swoje 501 i w końcu projektanci postanowili wprowadzić modyfikacje. CT = Customized and Tapered, czyli zindywidualizowane i zwężone. 501 CT mają zwężone nogawki od kolan w dół. W końcu! I są wygodniejsze, bo chyba zmienił się również krój w biodrach. Unowocześnienie kroju sprawia, że można je nosić zarówno w wersji regularnej, slim, jak i luźno. Wystarczy wybrać odpowiednią kombinację rozmiarów. Ja wybrałem wersję do regularnego noszenia w denimowym kolorze.

Jak już sobie uświadomiłem, że Levi’s to marka, która zawsze była w mojej szafie, to siłą rozpędu kupiłem sobie również grafitowe 511 (w wersji bardziej slim niż 501 CT) i szarą bluzę z kapturem – najwygodniejszą klasykę streetwearową. I znów poczułem się jak za dawnych lat, a to bardzo przyjemne uczucie.

3. Książki

Jestem z tych czytających, więc zimą pochłaniam książki nałogowo. Jest to mój ulubiony sport zimowy. W kolejce czekają grube tomy i to wcale nie nowości. Lubię sięgać po książki, które trochę pooddychały od czasu premiery. Nie przedstawiam dziś żadnej konkretnej pozycji, pokazuję za to kolejkę oczekującą. Na pierwszy ogień pójdzie Eleanor Catton "Wszystko, co lśni".

Foto: Zdjęcia własne VU MAG Książki na zimę

4. Plecak

Plecak, w którym mógłbym nosić komputer, książkę, notatnik i portfel od dawna był na liście moich użytkowych must have. Dotychczas nosiłem to wszystko w torbie, ale czas w końcu zadbać o kręgosłup. Lata lecą, nie ma zmiłuj. Wybór padł na niewielki granatowo-czerwony plecak kanadyjskiej marki Herschel. Jest w stylu retro, lecz o nowoczesnej konstrukcji i bardzo dobrej jakości wykonania.

5. Kolorowe skarpetki

W ostatniej Top Liście zachwycałem się monochromatycznymi zestawami ubrań od Neila Barretta. Od lat tak właśnie się ubieram: szarości, granat, biel czasem czerń, latem dodaję błękit. Nie dlatego, że nie lubię kolorów. Bardzo lubię, ale wolę je oglądać w swoim otoczeniu, niż nosić na sobie. Chociaż to nie do końca prawda, bo w tych moich monochromatycznych zestawach dyskretnie przemycam kolor w małych ilościach lub w detalu.

Dlatego kupuję kolorowe skarpetki, np. szwedzkie Happy Socks. Bo taka kolorowa skarpetka ujrzy światło dzienne tylko czasami, gdy lekko podwinie się nogawka. Zupełnie jak u XIX-wiecznej pensjonarki, której nieopatrzny ruch obnażał kostkę lub – nie daj Boże – łydkę, co powodowało uciechę obserwujących to panów. Podobną radość mam i ja, gdy zobaczę intensywny kolor pojawiający się pomiędzy monochromatycznymi zestawieniami. Przyjemność przede wszystkim!

Foto: Materiały promocyjne Happy Socks

Tematy:

Nieprawidłowy email