Maldoror: Nie przytulam swoich klientek

Pół roku temu wyjechał do Berlina i tam zajmuje się rozwijaniem swojej marki. W Polsce narobił sobie wrogów ogłaszając, że w jego pokazie przejdzie mama małej Madzi. Kiedyś wręczył swoim gościom parówki na prezentacji kolekcji „Bóg Honor Ojczyzna". To nie jest przyjemny wywiad i pewnie parę osób się za niego obrazi. Przeczytajcie więc go dokładnie.

Maldoror / Facebook

Marcin Różyc: VU MAG: Tak więc wyjechałeś

Maldoror: W Polsce wszystko się dla mnie skończyło, nie mogłem się tu dalej rozwijać dlatego postanowiłem wyjechać do innego kraju. Berlin jest miastem dużo bardziej otwartym niż Warszawa, a otwartość daje większe możliwości. Jest też oczywiście spore ryzyko. Niemcy, pod względem mody, wcale nie są dużo bardziej rozwinięte niż Polska. Wyjazd do Berlina był krokiem do tyłu, nikt tam przecież nie znał mojej marki.

Maldoror / fot. MWmedia

Dlaczego w takim razie Berlin, a nie jakaś prężna stolica mody?

Pasuje mi tamtejszy styl życia. Chciałem odpocząć od Warszawy, która jest żywa, szybka i zapracowana. Berlin jest chyba najbardziej leniwą metropolią świata. Biznes tam właściwie nie istnieje. Lubię ten wakacyjno-wypoczynkowy nastrój, miasto jest też bardzo inspirujące. Myślę, że niebawem również Polska będzie dla mnie ciekawym i nowym miejscem, na które spojrzę z innej perspektywy. Warszawa jest przecież kosmiczna. Dla reszty Polski stolica jest kompletnie niezrozumiała, rządzi się innymi prawami.

Lubisz Warszawę, którą opuściłeś?

Tak, ale to jest dziś dość popularne podejście. Kiedy się tu wprowadzałem w 2005 roku wszyscy mówili, że Warszawy nie lubią. Dziś Warszawa jest super i nie wyobrażam sobie żadnego innego miasta w Polsce, w którym miałbym mieszkać. Berlin z perspektywy projektanta i odbiorcy mody jest prowincjonalny. Ale mimo wszystko przyjeżdżają tu ludzie z całego świata i kupują kolekcje pokazywane na tygodniu mody, który artystycznie jest bardzo słaby. Artystycznie jestem tu na pewno na dobrej pozycji. Chociaż wiele osób radziło mi, żebym wyjechał do Paryża.

Maldoror / AKPA
Maldoror / AKPA

Paryż, podobnie jak Warszawa, jest miastem napięcia i stresu.

Dokładnie. W Berlinie mogę odpocząć, trochę odpuścić po bardzo intensywnym polskim okresie.

To prawda, że w Berlinie życie jest tańsze niż w Warszawie?

Ceny są podobne, ale standard życia w Berlinie jest nieporównywalnie wyższy. Tak samo jak i zarobki. W Berlinie można być poza tym biednym i szczęśliwym, w Warszawie nie.

W Berlinie jesteś już pół roku. I co?

Zacząłem realizować nowy plan rozwoju, bo też dopiero niedawno udało mi się ustalić, co tak naprawdę reprezentuje marka Maldoror. Nie proponuje trendów ani mód, ja chcę robić ubrania. Ubrania dla ludzi, którzy mają własny styl i specjalne potrzeby. Stawiam na warsztat i jakość tkanin. W Warszawie nikogo nie interesuje jakość, wszyscy chcą się wyłącznie pokazać, pochwalić. W Berlinie są klienci, którzy potrzebują ubrań sprawdzających się w ekstremalnych klubowych warunkach. Takich, które po 20 godzinach tańczenia nadal są wygodne i dobrze wyglądają.

A czas wolny? Jaki jest twój berliński styl życia?

Korzystam z niewyobrażalnie szerokiej kulturalno-rozrywkowej oferty Berlina. Nadal istnieje tu underground i klimat dekadencji sprzed II wojny światowej. Zawsze pociągała mnie idea nihilizmu i dekadencji.

Przeżywasz traumę związaną z polskim światem mody?

Traumy nie mam, ale mam obrzydzenie. W Warszawie nawet nie ma porządnego butiku, który z sukcesem sprzedawałby polskich projektantów. Sklepy niby są, ale brakuje ludzi, którzy potrafiliby je prowadzić. Projektant to jedno, a wykwalifikowana kadra to drugie. Klient wymaga odpowiedniej oprawy, traktowania i znajomości produktu. Gdy sprzedaje mu się coś za spore pieniądze, trzeba go poinformować dlaczego to tyle kosztuje: że jest tylko kilka egzemplarzy, że projekt jest wyjątkowy i że powstał w Polsce. Ludzie wciąż nie zdają sobie sprawy, że to, co kupują w sieciówkach robione jest często przez dzieci pracujące w strasznych warunkach. Ważne jest tylko to, by jak najmniej wydawać.

Rozszyfrujmy znaczenie naklejki z hasłem: „Maldoror moda po chuju”, którą rozdałeś podczas ostatniego warszawskiego pokazu w maju ubiegłego roku.

To oczywiście dość skomplikowane. „Maldoror moda po chuju” związane jest, po pierwsze, z estetyką sportową. W Polsce styl sportowy kojarzy się z dresiarzami i ze społecznymi nizinami, z pewną wulgarnością. Jest też drugie dno. W Polsce panuje szał na marki hiphopowe w stylu Prosto czy PLN, to ciuchy dla dresów dostępne w prowincjonalnych skateshopach. Ja nie przeczę, że są to fajne produkty, ale to na pewno nie jest moda, a tak zaczęto je traktować.

Trzecie kwestia to mój indywidualny marketing. Od zawsze robię go sam i mogę sobie pozwolić na wolność. Nie siedzi mi nad głową żaden PR-owiec, który powie: nie rób tego, bo to jest śmierć. Prawda jest taka, że to nie jest śmierć. Potrafię bardzo dobrze wykalkulować co będzie działać. Mogę sobie napisać „moda po chuju” i nie boję się konsekwencji. To było po prostu hasło reklamowe, takie jak np. „moda luksusowa”. Wulgarne, chamskie i dosadne stwierdzenie, że Madoror to jest właśnie to!

Maldoror / AKPA
Maldoror / AKPA

A nie chodziło przypadkiem o facebookową wymianę zdań między tobą, a twórcami Fashionphilosophy Fashion Week Poland, w której napisałeś do nich: „chuja wam w dupę”?

Napisałem to na moim prywatnym profilu, to nie jest moje oficjalne stanowisko. A cała sprawa wyglądała tak: jakiś czas temu dostałem oficjalne pismo od Fashionphilosophy, w którym poinformowano mnie, że jestem jego honorowym członkiem i zawsze jestem tam mile widziany, potem nie zostałem nawet zawiadomiony, że nie będę już brał udziału w pokazach. Rozumiem, że oni mnie tam nie chcą, ale sposób w jaki to zostało zakomunikowane jest niedopuszczalny. Byłem ważną częścią tego przedsięwzięcia. Pomagałem organizować drugą edycję OFF-u, która ustaliła standardy na przyszłość. Pokazywałem się podczas każdej edycji. Musiałem tylko potwierdzić swój udział. Przed edycją jesień-zima 2013/14 napisałem do organizatorów e-maila, w którym opisałem jaką kolekcję pokażę. I cisza. Gdy kończył się proces rekrutacji, dostałem odpowiedź, że mój wniosek był niepełny, a przecież nie musiałem przecież wysyłać żadnego wniosku, bo byłem jego honorowym uczestnikiem. W ten sposób mnie tego uczestnictwa pozbawiono. Nie chce mieć nic wspólnego z taką instytucją.

Podobno chodziło o mamę małej Madzi. Pół roku wcześniej, tuż przed pokazem oświadczyłeś, że na wybiegu wystąpi podejrzana o dzieciobójstwo Katarzyna W i wybuchł skandal.

O tym, że chodzi o aferę z Katarzyną W. dowiedziałem się przypadkowo. Sprawę wyjaśnił Jacek Kłak, szef Fashion Philosophy, w komentarzu pod tekstem na jakimś blogu. Nie znalazł nawet czasu żeby napisać do mnie osobiście.

Przypomnijmy sprawę. Dlaczego przed pokazem kolekcji wiosna-lato 2013 podałeś nieprawdziwą informacje, że na wybiegu pojawi się, wówczas domniemana, zbrodniarka?

Dlatego że bawi mnie i zarazem obrzydza niski poziom polskiego show biznesu i osób odpowiedzialnych za promocję mody. Nie muszę promować marki bezwartościowymi, celebryckimi nazwiskami, wpadłem wiec na pomysł, że zrobię mały i niesmaczny żart wymierzony w polską hipokryzję. Efekt przerósł moje oczekiwania, a żart zamienił się w skandal, co tylko udowodniło że miałem rację. Nagle każdy poczuł, że może rzucić we mnie kamieniem.

Maldoror / Facebook

Czyli hasło „Maldoror moda po chuju” nie odnosiło się do „chuj wam w dupę”?

Wszystkie moje poczynania mają sens i tworzą całość, w której chodzi o ironię. To również komentarz do tego, że nie jestem częścią tej pięknej mody, która w polskich mediach dominuje. Mody pełnej celebrytek i szyfonowych sukienek, nie robię też

streetwear-owych t-shirtów. Jestem gdzieś pomiędzy.

Kiedyś zrobiłem ulotki wzorowane na reklamach domów publicznych, które wkłada się za wycieraczki samochodów. Zamiast prostytutki była na niej wypięta modelka w moich ciuchach. Wysoka moda nie musi zawsze oznaczać podręcznikowo pięknych rzeczy. Ja wybrałem inną drogę. Nie przytulam się do klientek, nie głaszczę ich, nie robię sobie z nimi zdjęć.

Podczas pokazu „Bóg Honor Ojczyzna” prócz naklejki z wulgarnym napisem, wręczyłeś gościom parówkę.

Śmiałem się z narastającego trendu na jedzenie, chodzenia do nowych knajp i publikowania zdjęć jedzenia na Instagramie. Ironia wymierzona była również w prezenty wręczane gościom na warszawskich pokazach. U mnie dostali plastikową torbę w kwiaty, w której była parówka świetnie pasująca do hasała „Maldoror moda po chuju”. Głupkowaty suchar, tania, chamska parówka. Ja nie muszę nic nikomu dawać, żeby ktoś o mnie dobrze napisał.

Ale to dobrze, że w Polsce jest super jedzenie!

Uderzyłem w ślepe podążanie za pewną zbiorową tendencją. Wszyscy rzucają wszystko, zaczynają jeść i robić zdjęcia, nadają dobremu jedzeniu jakiś nadzwyczajny wymiar. Mam nadzieję, że Polacy zaczną żyć w większej równowadze.

Byłeś tu jedynym projektantem, który z premedytacją uderzał w establishment.

Od samego początku byłem i chciałem być w kontrze. Parówka czy mama Madzi była niewykalkulowanym i naturalnie wynikającym z idei mojej marki gestem.

Maldoror / materiały prasowe

Niektórzy projektanci twierdzą, że blichtr i gwiazdy to konieczność, że bez tego nie da się przetrwać na rynku.

Pierwsi polscy projektanci, którzy pojawili się w nowych czasach chcieli być gwiazdami. Wydawało im się, że projektant jest jak Valentino. Pije szampana i imprezuje z wielkimi gwiazdami w świetle reflektorów. Na świecie zjawisko to przeżywało wtedy schyłek. Polski show biznes wciąż jest zaściankowy, wiejski, a projektanci świetnie do niego pasują. Większość celebrytek to wredne baby, które nie chcą wydać ani grosza. Chcą wyglądać, ale za darmo. To tak jak byśmy weszli do knajpy żądając bezpłatnego jedzenie, zapewniając, że będziemy wszystkim opowiadać, że jest bardzo pyszne. Ja nic nikomu nigdy nie dawałem. To byłoby nie fair wobec tych płacących. Bo niby co? Pani gwiazda jest lepsza od pani prawniczki bo jest znana z serialu? Te seriale to jest przecież szczyt obciachu.

No ale przecież są tacy celebryci, którzy sprzedają ciuchy. Moda to w końcu biznes.

Komu imponuje to, że coś założyła znana osoba? Nikt przy zdrowych zmysłach nie chce przecież wyglądać jak jakaś pogodynka.

Lubisz ubrania z popularną, luksusową metką?

Lubię kiedy coś jest wartościowe, np. kolekcje męskiego Diora czy obciachowe Dolce&Gabbana. Kupiłem też kiedyś oryginalną, białą torebkę Chanel 2.55 z lat 70. Nosiłem w niej piwo. Zacząłem też kolekcjonować podróbki Louis Vuitton. Nie lubię maszynek do zbijania kasy. Sprzeciwiam się bezmyślnej konsumpcji. Ludzie coraz rzadziej rozumieją czym jest i czym była moda.

Czym jest i czym była moda?

Świadomym wyborem, który ma odzwierciedlać osobowość. Nie trzeba eksponować metki. Moda to także wysoka jakość. Duże domy mody coraz częściej obniżają jakość i tworzą masowe produkty. Tanio można kupić i Pradę i Ricka Owensa.

No, ale to jest demokratyzacja mody

Design nie musi być demokratyczny, a moda nie musi być dla każdego. Moda jest czymś elitarnym i taka ma pozostać. Demokratyzacja się nie sprawdziła. Moda popularna jest jałowa i nudna. Telewizja, gazety wmawiają dziś Polakom, że każdy może mieć modę kupując t-shirt z nadrukiem. Moda jest wszędzie i wszyscy są projektantami. Nie mówi się o tym, że moda to coś więcej niż kawałek zadrukowanego materiału. Widziałeś, żeby ktoś kiedyś poważnie rozmawiał o modzie w polskiej telewizji?

O modzie się teraz w Polsce bardzo dużo pisze. Czy są takie głosy które cenisz?

W Polsce pojawiła się moda na ostrą i niemerytoryczną krytykę, której autorzy piszą przede wszystkim o sobie. Oceniają dobrze to, co sami by na siebie złożyli. Jak ktoś nie lubi plecaków to pisze, że są brzydkie. Recenzje z pokazów dotyczą tego gdzie siedział ten, który ją pisze. Ci, którzy dobrze piszą giną w natłoku śmieci.

Bardzo lubię np. dobrze przygotowane teksty Janusza Noniewicza. Strasznie przejechałem się za to na Michale Zaczyńskim, który został połknięty przez środowisko. Pisze brednie, fotografuje się z gwiazdami i cieszy się z tego jak dziecko. Dobrze piszący pozostają w niszy.

Michał Zaczyński / akpa

Podsumujmy. Jaki jest profil i cel twojej marki?

Nigdy nie wierzyłem w romantyczną wizję, że stworzę w Polsce brand, który będzie znany na całym świecie i sprzedawany w milionach egzemplarzy. Nie chcę też sprzedawać się wielkiemu koncernowi i zapieprzać jak głupi. Wszyscy rozwijający się projektanci, prędzej czy później, stają przed taką decyzją.

Ktoś ci to już proponował?

Dostałem propozycję od dużej londyńskiej firmy, nie zdradzę jednak jakiej. Ja chcę budować własną markę, która jest insajderska, tworzyć produkt, po który się specjalnie przyjeżdża, trzeba włożyć trochę wysiłku, żeby go mieć. Dystrybucja ma być mała, masówka na tę chwilę mnie nie interesuje. Co nie znaczy, że nigdy jej nie zrobię.

Tematy:

Nieprawidłowy email