Lech Majewski: Wierzę w obraz

Wierzę w obraz bardziej niż w słowo - mówi Lech Majewski - reżyser, scenarzysta, malarz i pisarz, autor takich filmów jak „Wojaczek” czy „Angelus”. Jego ostatni obraz „Młyn i krzyż” zbiera entuzjastyczne recenzje na całym świecie.

materiały prasowe

KMAG: Czy „Młyn i krzyż” to film dla każdego?

LM: Okazuje się, że tak. Każdy może znaleźć w nim coś dla siebie. W Japonii cieszy się bardzo dużą popularnością ze względów estetycznych. Ma sześć fanklubów, które walczą ze sobą i nawet proszą mnie o rozstrzyganie sporów! (śmiech) W Indiach z kolei traktują „Młyn i krzyż” jako film o bogach. A np. we Francji wszedł na ekrany w grudniu zeszłego roku i do tej pory bezustannie trzy kina w Paryżu go grają.

KMAG: Film od początku miał być skierowany do kin?

LM: Miałem umówioną dystrybucję w prestiżowych muzeach, takich jak Luwr, National Gallery w Waszyngtonie, MoMA w Nowym Jorku i Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Ale kiedy pokazaliśmy „Młyn i krzyż” na Sundance Film Festival, dystrybutorzy ustawili się w kolejce. Udało się go sprzedać aż do 55 krajów, z czego w 49 do dystrybucji kinowej. Podobno to jest rekord sprzedaży dla filmu wyprodukowanego w Polsce. Wzięcie do kin ponadto oznacza, że nawet najbardziej konserwatywne ogniwo w łańcuchu dystrybucyjnym, czyli właściciele kin, zakładają, że jest widownia na tego typu filmy.

Jest pan uważany za artystę wizualnego, jednak nie lubi pan sztuki współczesnej.

Zbyt dużo jest tandety w sztuce współczesnej, hochsztaplerki, bylejakizmu i wszystkoizmu. Każdy dobrze zmanipulowany artysta może stać się środkiem zainteresowania rynku. To jest gra, którą zaobserwowałem, pracując nad filmem o Basquiacie. Będąc w środku cyklonu, jakim jest nowojorska sztuka współczesna, gra idzie o duże pieniądze. Nie chodzi w tym wszystkim o sztukę, tylko o zyski. Ewentualnie o uznanie jej wartości nominalnej.

KMAG: Jak zaczęła się pana współpraca z Michaelem Gibsonem?

LM: Gibson zobaczył mojego „Angelusa” w paryskim kinie i napisał w „International Herald Tribune” bardzo dobrą recenzję, stwierdzając m.in., że mam „umysł brueglowski”. Przysłał mi tę recenzję razem ze swoją książką „Młyn i krzyż”, która na 230 stronach analizowała obraz Petera Bruegla „Droga na Kalwarię”. Jej lektura wciągnęła mnie od pierwszej strony. Sposób, w jaki potraktował analizę obrazu Bruegla, od każdej strony – archetypicznej, religijnej i symbolicznej – to był tour de force!

KMAG: Już sam tytuł jest symboliczny...

LM: Dokładnie, „Młyn i krzyż”. W obrazie mamy dwa krzyże, jeden – zbudowany ze śmigieł wiatraka, który stoi na szczycie skały. Gibson tłumaczy, że śmigła namalowane na tle nieba oznaczają progresję obrotów niebieskich i jednocześnie metaforę czasu archaicznego, który polega na cykliczności. W naszej cywilizacji to koło się wyprostowało, a czas stał się linearny, liczony od narodzin Chrystusa. Zatrzymany obrót krzyża na obrazie jest bardzo wymowny. Pod drugim krzyżem pada Chrystus. Skały, które maluje, mają też charakter symboliczny, to „corpus Christi”, czyli ciało Chrystusa. Pęknięcia w skale są jego ranami. Sam pasjonuję się symboliką i jeżdżę po świecie z serią wykładów „Ukryty język symboli w sztuce – malarstwo, architektura, film”.

KMAG: Podobno niektóre sceny kręcone były w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

LM: Tak, ale też w innych częściach świata. Na przykład chmury kręciłem w Nowej Zelandii. Od razu przywiodły mi na myśl Bruegla. Mają tam niebywałe faktury, można wyjąć fotel, usiąść i wpatrywać się w prawdziwy spektakl na niebie. Bruegel z jednej strony jest realistą, z drugiej – patrząc na przestrzeń, którą buduje – surrealistą. Wszystkie pejzaże Bruegla są niezgodne z rzeczywistością. Flandria przecież jest płaska, a w obrazach Bruegla niemiłosiernie pofałdowana. Być może dlatego, że Bruegel raz w życiu przekroczył Alpy w drodze do Włoch. Gdy je zobaczył, nie mógł uwierzyć, że coś takiego istnieje, i zafascynowany stworzył wiele szkiców gór i skał.

Młyn i Krzyż - Lech Majewski

KMAG: Na obrazie można się doliczyć około 500 postaci. Natomiast w filmie mamy konkretnych bohaterów i fabułę.

LM: Konstrukcja filmu jest dość prosta: zaczyna się o świcie, a kończy w nocy. Całą fabułę zawarłem w jednym dniu obserwacji Bruegla. Jest jeszcze ante scriptum i post scriptum. Z tych 500 osób wyselekcjonowaliśmy 12 postaci, których losy przeplatają się, aby w pewnym momencie zastygnąć na obrazie. To wszystko ludzie z Flandrii z tamtego czasu. Bardzo pomocny w tym był Gibson. Praca z nim, i z Brueglem oczywiście, to była niezwykła przyjemność.

KMAG: Podobno aktorzy sami się do pana zgłosili.

LM: Kiedy Charlotte Rampling zobaczyła moją instalację w Jeu de Paume, napisała do mnie bardzo entuzjastycznego maila. Poprosiła, abym pamiętał o niej, jeśli będę robił coś w przyszłości. Jeśli chodzi o Michaela Yorka, jego żona Pat York jest znanym amerykańskim fotografem. Razem widzieli moją wystawę w MoMA.

Największy problem miałem z Rutgerem Hauerem – ma trzech agentów, w Londynie, Nowym Jorku i Los Angeles. Kiedy już udało mi się skontaktować z jednym z nich, szybko zorientował się w tym, co robię, i sam do mnie zadzwonił. Przez półtorej godziny z wielkim entuzjazmem opowiadał o Holandii i o Brueglu. Ja nawet nic nie mówiłem. Poza „yes” i „of course” powiedziałem może dwa słowa, a on na końcu stwierdził, że jestem wspaniałym rozmówcą! (śmiech)

KMAG: Dlaczego w filmie jest tak mało dialogów?

LM: Niektórzy pytają, dlaczego w ogóle są dialogi! Było ich znacznie więcej, ale obciąłem je do minimum. Zostawiłem tylko te, które pomagają widzowi zrozumieć parametry historyczne. Osobiście bardziej wierzę w obraz niż w słowo. Wiele filmów jest zagadanych. Tak samo kiedy idziemy do muzeum, oglądamy martwą naturę i słuchamy audioprzewodników, w których słyszymy: „Przed państwem znajduje się obraz tego i tamtego. Widzimy owoce, które leżą na stole pokrytym zielonym suknem, obok stoi dzban…”. A przecież to wszystko i tak widać!

KMAG: W pewnym momencie ktoś w filmie wypowiada znamienne słowa: „Najważniejsze jest to, co ukryte”.

LM: Zdanie to jest kwintesencją twórczości Bruegla – on najważniejsze ukrywa. Bruegel maluje ludzi zajętych rutynami codzienności, a przez to niepatrzących na głównego bohatera. Jest to niezwykłe i unikalne w świecie sztuki. Czy to w obrazie „Objawienie Saula”, „Upadek Ikara”, czy w „Drodze na Kalwarię”. Główni bohaterowie i najważniejsze sceny są zazwyczaj niedostrzegalni. Każdy, kto malował Ikara, np. Caravaggio, pokazywał go na pierwszym planie. U Bruegla w ogóle nie widać Ikara, nie ma żadnego dramatu – wręcz przeciwnie, mamy absolutny, niemal boski spokój. Na pierwszym planie widzimy oracza, pasterza pasącego owce, po prawej rybak łowi ryby, galeon wpływa do zatoki. A z Ikara, po bliższym przyjrzeniu się, widzimy tylko jego dwie łydki wystające z wody...

KMAG: Jakie jest zatem przesłanie Bruegla?

LM: Kiedy dzieje się coś ważnego dla nas, zazwyczaj tego nie dostrzegamy. W czasach Chrystusa oczy świata skierowane były na Rzym Tyberiusza, a nie prowincjonalną Jerozolimę. Tak samo jest dziś. Bruegel pyta nas o to, jak to się dzieje, że tak mało ważne, poboczne, marginalne wydarzenie staje się nagle osią centralną naszej cywilizacji, punktem zwrotnym pomiaru czasu?

KMAG: Mówi się, że „Młyn i krzyż” jest rewolucyjny i nowatorski pod względem technologicznym.

LM: Nie jestem biegły w tych wszystkich technologicznych sprawach, ale intensywnie budowaliśmy całą skomplikowaną brueglowską przestrzeń, nakładając na siebie wiele warstw. Zakładaliśmy, że Bruegel jako artysta renesansowy stosuje perspektywę renesansową, czyli pojedynczego punktu widzenia. Wydawało nam się, że wystarczy postawić kamerę, ubrać ludzi i znajdziemy się w jego świecie. Ale kiedy zrobiłem testy, przypominało to raczej zwykły telewizyjny film z ludźmi w kostiumach. Pomyślałem wtedy, że może świat Bruegla nie jest w ogóle dostępny, a kamera nie jest w stanie go uchwycić. Na podstawie niezwykle precyzyjnej reprodukcji, którą dostałem z Kunsthistorisches Museum z Wiednia, gdzie znajduje się „Droga na Kalwarię”, po kolei zamalowałem wszystkie postaci, które są na obrazie, aby dostać czysty pejzaż. Okazało się, że jest tam aż siedem różnych perspektyw, które wykluczają się nawzajem! Stworzyliśmy więc w filmie mieszankę pejzaży: tych rzeczywistych, tych brueglowskich, namalowanych przeze mnie i nieba z Nowej Zelandii.

Ostatecznie w pojedynczym ujęciu jest najmniej 40 warstw, a maksymalnie – 147. Uznano to za nowatorstwo do tego stopnia, że amerykański miesięcznik „American Cinematographer”, specjalizujący się w filmach wysokobudżetowych jak „Batman” czy „Avatar”, poświęcił „Młynowi i krzyżowi” dogłębną analizę techniczną – a to pismo raczej nie analizuje niezależnych, niskobudżetowych, niefinansowanych przez wielkie studio produkcji filmowych spoza USA. A gdyby dowiedzieli się, jaki mieliśmy budżet, to nie uwierzyliby (śmiech). Zresztą do tej pory, gdy mówię, ile ten film kosztował, nikt mi nie wierzy. Szwedzki koproducent obliczył, ile by nas kosztował „Młyn i krzyż”, gdybyśmy tworzyli go w Londynie. Wynik: 23 miliony funtów!

KMAG: Stworzył pan także razem z Józefem Skrzekiem muzykę do filmu. Jak to jest odnosić sukcesy w tak wielu dziedzinach?

LM: Dla mnie to wszystko to i tak niewiele w porównaniu z artystami, których naprawdę cenię. Choćby artyści renesansowi – budowali kościoły, malowali, rzeźbili. Byli obeznani z matematyką, retoryką, językiem i muzyką. To jest dopiero wiedza! I wszystko, co stworzyli, istnieje do dziś. A do tego, kiedy popatrzymy na to, jak krótko żyli, ile zrobili i jakie piętno odcisnęli na kulturze, sztuce i świecie, to dopiero robi wrażenie. I wszystko to bez komputerów, laserów, środków lokomocji...

KMAG: A może właśnie dlatego?

LM: Być może. Kiedyś w Pinewood Studio robiłem hollywoodzki film „Więzień Rio”. Przywilejem reżysera jest wizyta w bibliotece Windsoru i obejrzenie w białych rękawiczkach „Kodeksu” Leonarda da Vinci. Po jego zobaczeniu stwierdziłem, że to, co my robimy dzisiaj, to są naprawdę banalne śmieci.

KMAG: Czy na DVD zobaczymy coś więcej?

LM: Francuzi stworzyli film o tym, jak instaluję w Londynie swoją wystawę i przy okazji opowiadam o „Młynie i krzyżu”. Poza tym będzie też można zobaczyć sceny, które nie weszły do filmu.

Tematy:

Nieprawidłowy email