Kirstie Clements: świat mody jest okrutny

Większość ludzi zakłada, że skoro pracujesz w "Vogue’u", to przyjeżdżasz na bankiety limuzyną, przed którą rozwijają czerwony dywan, a usłużny podwładny prowadzi cię do twojego fotela tuż obok Anny Wintour. Nic z tych rzeczy – mówi Kirstie Clements, która przez 13 lat była naczelną australijskiego "Vogue’a". Właśnie ukazuje się jej książka "Vogue. Za kulisami świata mody", w której opisuje pracę w redakcji największego pisma poświęconego modzie.

Kirstie Clements - © Carlotta Moye

Damian Gajda: Dziennikarze marzący o pracy w "Vogue'u" po obejrzeniu filmu "Diabeł ubiera się u Prady" często zmieniają zdanie…

Kirstie Clements: (śmiech) Naprawdę? Muszę pana uspokoić – przez 28 lat byłam związana z redakcją "Vogue” i nigdy nie doświadczyłam tego, co główna bohaterka filmu. Owszem, ta praca wiąże się ze stresem, ale dziennikarze – przynajmniej ci, których zatrudniałam jako naczelna australijskiej edycji "Vogue" – byli dla siebie serdeczni. Nie traktowałam ich jak Miranda Priestly, której pierwowzorem podobno jest Anna Wintour.

Vogue. Za kulisami świata mody

Dla wielu naczelnych kobiecych magazynów Wintour to niedościgniony wzór. Pani też imponowała?

Podziwiam ją za profesjonalizm i wiedzę. Amerykańskie wydanie "Vogue" stanowiło dla mnie i dla mojej redakcji wzór do naśladowania. Podobnie jak brytyjskie czy francuskie edycje. Co miesiąc zastanawialiśmy się, czym nas zaskoczą. Szanuję Annę za ciężką pracę, ale nie mogę się z nią porównywać. Ona jest o wiele bardziej wpływowa ode mnie, dysponuje większym budżetem i personelem.

Kirstie Clements - fot. Max Doyle

Pochodzi pani z małej miejscowości w Australii. Kim chciała pani być w dzieciństwie?

Urodziłam się w Sutherland Shire, gdzie od zawsze królowała ogłupiająca kultura surferska. Chciałam się stamtąd wyrwać. Uwielbiałam czytać, pisałam opowiadania i interesowałam się muzyką rockową. Wierzyłam, że w większym mieście mogę rozwinąć skrzydła i zrobić karierę.

Udało się – wyjechała pani do Sydney i dostała pracę w redakcji "Vogue" jako recepcjonistka. Tak zaczęła się pani przygoda z dziennikarstwem.

Byłam w stanie zrobić wszystko – pakować walizki, umawiać spotkania, odbierać telefony. Wiedziałam, że dzięki determinacji mogę naprawdę daleko zajść. Sześć miesięcy później zostałam asystentką redaktor naczelnej, a potem pracowałam w dziale urody.

Przez chwilę mieszkała pani w Paryżu.

Po dziesięciu latach pracy w "Vogue Australia" w 1994 roku wyjechałam do Paryża, gdzie mieszkał mój chłopak. Poznaliśmy się na jednym z wyjazdów dziennikarskich. Był ochroniarzem w klubie, do którego poszłam wieczorem razem z koleżankami. Zakochałam się i zrezygnowałam z pracy dla niego. Przez cztery lata byłam korespondentką z Paryża – pisałam dla "Vogue Australia" i "Vogue Singapore". Potem urodziły się moje dzieci – Sam i Jospeh. Kochałam Paryż, ale uznałam, że synowie powinni wychowywać się w ciepłym klimacie, dlatego wróciłam do Australii. Otrzymałam wówczas propozycję objęcia posady zastępczyni redaktor naczelnej "Vogue". To była dla mnie duża szansa, którą musiałam wykorzystać.

Jak zmienił się australijski "Vogue", kiedy pani nim kierowała?

Za moich rządów sprzedaż gazety wzrosła z 64 do 314 tysięcy egzemplarzy! Obecnie potęga prasy jest niewyobrażalna, jednak budżety redaktorów są znacznie mniejsze, zredukowano również personel. Trzeba być na bieżąco z nowinkami technicznymi, bo wszystko ukazuje się w wersji cyfrowej. Mimo to ludzie coraz lepiej znają się na modzie i lubią o niej czytać.

Pisze pani, że naczelna balansuje na granicy dwóch światów – bankietów, pokazów mody i codzienności – wymagań, które stawiają przed wydawnictwem reklamodawcy, ograniczeniami związanymi z budżetem. Jak pani sobie z tym radziła?

Wielu młodym dziewczynom, które marzą o posadzie w "Vogue", wydaje się, że praca w redakcji największego na świecie pisma poświęconego modzie to tylko przywileje. A to nieprawda – każda z redaktorek oprócz tego, że pisze teksty, jeździ na konferencje, przygotowuje sesje i uczestniczy w pokazach kolekcji projektantów. Jako naczelna wiele podróżowałam – zwiedziłam prawie cały świat! Przyznam, że dopiero podczas lotu miałam chwilę na odpoczynek i uporządkowanie myśli (śmiech).

Redaktorki Vogue na spotkaniu w Japonii. Wśród nich Anna Wintour i Kirstie Clements. fot. Getty Images

Dlaczego twierdzi pani, że posada naczelnej "Vogue" była niewdzięcznym zajęciem?

O tym stanowisku marzą wszyscy i wszyscy są też przekonani, że poradziliby sobie lepiej niż ty. Kiedyś jeden z siedmiu dyrektorów generalnych, którym podlegałam, powiedział: "Tysiące osób marzą o twojej pracy. Pewnie już ustawiają się kolejki". Zapytałam go wtedy: "Tak? Ale czy potrafią robić to, co ja?".

Jak zareagował?

Uśmiechnął się wymownie. Praca w "Vogue" to bardzo stresujące zajęcie. Pamiętam, ile nerwów kosztowało mnie stworzenie co miesiąc dobrej okładki, od której zależała sprzedaż magazynu.

No właśnie – co jest podstawą dobrej okładki?

Na pewno warto unikać czarno-białych elementów, wyeliminować kolor brązowy, zrezygnować z sepii i ciemnego tła. Okładka nie może być przygnębiająca, a modelka raczej nie powinna występować w bikini. Podobno kobiety widząc szczupłe dziewczyny w strojach kąpielowych, czują się grubo. Błędem jest myślenie, że gazetę sprzeda celebrytka, która pojawi się na okładce. Może się okazać, że nie sięgną po nią ci czytelnicy, którzy nie przepadają za daną gwiazdą. Świetnie sprawdzają się natomiast zajawki dotyczące pielęgnacji włosów i hasła w stylu "678 najnowszych superstylizacji".

Modelki, które pojawiają się na takich okładkach, płacą wysoką cenę za to, żeby ich wygląd spełniał narzucone przez środowisko mody standardy.

To prawda, na przykład rano jedzą papierowe bibułki, a potem przez cały dzień głodują. Byłam świadkiem sytuacji, kiedy dziewczyny mdlały podczas pokazu – odwożono je do szpitala i podłączano do kroplówek. Jedna z nich powiedziała mi, że jest rasową fit model, bo większość życia spędza "na kroplówce". Nie wierzę modelkom, które w wywiadach twierdzą, że jedzą to, co chcą. Projektanci i agencje żądają od nich, by były superszczupłe, a to wymaga wyrzeczeń.

Pani, jako redaktor naczelna gazety poświęconej modzie, też była częścią tego świata.

Czasem czułam się za to odpowiedzialna. Mam nie najlepsze zdanie na temat wychudzonych modelek. Niestety, moja opinia nic nie zmieni. Instytucje kontrolujące całą branżę, lansują określony model urody. Niektóre rezygnują z konkretnej dziewczyny, jeśli cierpi ona na zaburzenia odżywiania. Jednak ta zasada jest bezsensowna, nie da się kontrolować niczyjej diety przez całą dobę.

W maju 2012 roku straciła pani pracę. Pamięta pani dzień, kiedy wręczono pani wypowiedzenie?

Pewnie, to było koszmarne doświadczenie. Czułam strach, zastanawiałam się, jak utrzymam rodzinę. Pracując w piśmie na licencji, trzeba liczyć się z częstymi zmianami menadżerów. W końcu szczęście cię opuszcza i lądujesz na bruku... Było mi przykro, bo wydawca zażądał, żebym w ciągu kilkunastu minut spakowała do kartonu swoje rzeczy i opuściła budynek, w którym mieściła się redakcja.

Kirstie Clements - © Carlotta Moye

Czym zajęła się pani po odejściu z pracy?

Stałam się bardziej refleksyjna, żyję teraźniejszością. Nie zajmuję się modą. Przewartościowałam przyjaźnie. Otaczam się ludźmi, dla których nie liczy się to, gdzie pracuje, ale jakim jestem człowiekiem. Dużo przemyślałam, mam kilka pomysłów na biznes.

Tęskni pani za pracą w "Vogue'u"?

Lubiłam tę pracę, więc trudno było mi się z nią rozstać. Ale dziś czuję, że to zamknięty etap. Mam jedno marzenie. Chciałabym znów pojawić się na jednym z pokazów Prady i bankiecie, które się po nich odbywają. Wierzę, że kiedyś się spełni.

ROZMAWIAŁ: DAMIAN GAJDA

Tematy:

Nieprawidłowy email