Jerzy Antkowiak: "Moda to ciągłe powroty"

"Dior czy Balenciaga są moimi kolegami po fachu, bo tak naprawdę zajmowaliśmy się tym samym, czyli modą. Z tą różnicą, że ja szyłem ubrania spod lady w szarej rzeczywistości PRL, a oni tworzyli podstawy haute couture w Paryżu, europejskiej stolicy mody", mówi Jerzy Antkowiak.

Foto: East News

Nazywany jest niegrzecznym chłopcem mody PRL. Uczeń Jadwigi Grabowskiej. Wieloletni szef artystyczny Mody Polskiej, barwna postać salonów. Dziś unika rozgłosu, rzadko udziela wywiadów. Pretekstem do naszego spotkania była jego autobiografia, która niedawno trafiła do księgarń. Na rozmowę umawiamy się w podwarszawskim Komorowie, gdzie Jerzy Antkowiak od lat mieszka ze swoją ukochaną żoną Daną. Uśmiechnięty, wygląda na pogodnego człowieka. "Nie mogę narzekać. Zrobiłem wszystko, co miałem zrobić. Jestem staruszkiem, który życzliwie obserwuje świat wokół i czasem pozwala sobie na zgryźliwy komentarz", żartuje.

Damian Gajda: Pańska biografia ukazała się w tej samej serii co sylwetki Cristóbala Balenciagi, Christiana Diora, Yves Saint Laurenta. Jak czuje się Pan w ich towarzystwie?

Jerzy Antkowiak: Dobrze porównywać się z najlepszymi – dla mnie to nobilitacja. Dior czy Balenciaga są moimi kolegami po fachu, bo tak naprawdę zajmowaliśmy się tym samym, czyli modą. Z tą różnicą, że ja szyłem ubrania spod lady w szarej rzeczywistości PRL, a oni tworzyli podstawy haute couture w Paryżu, europejskiej stolicy mody.

Celowo zapytałem Pana o to, bo wiem, że nie unika Pan poklasku.

Jak każdy cieszę się, gdy ktoś mnie docenia. Nagrody, medale czy poświęcone mi książki świadczą o tym, że moje życie zawodowe miało sens. Czuję się spełniony, ale nie należę do osób oczekujących pomnika za swoje zasługi. Wszystkie zaszczyty, których dostąpiłem, traktuję raczej jak świetną zabawę.

Foto: Wydawnictwo Bukowy Las Jerzy Antkowiak

Dorastał Pan w rodzinie, w której przywiązywano wagę do tego, co piękne. Myśli Pan, że to wpłynęło na Pana życiowe wybory?

Na pewno sprzyjała temu atmosfera, którą roztaczała wokół siebie moja mama – urodzona artystka, kobieta o wielkiej wrażliwości. Niestety, los szybko nas rozdzielił, więc nie mam wielu wspomnień z nią związanych. Kiedy myślę o mamie, widzę elegancką damę w przedwojennym stylu. W jednej dłoni trzyma papierosa, w drugiej kieliszek najlepszego koniaku.

Czym zajmowała się Pana mama?

Przez kilka lat prowadziła salon z kapeluszami. Jako kilkuletni chłopiec lubiłem spędzać tam każde popołudnie, pomagając klientkom dobierać woalki do kapeluszy. Nic dziwnego, że zająłem się modą, a nie na przykład inżynierią czy mechaniką (śmiech).

Rodzice akceptowali Pana wybory?

Nie mieli na nie wpływu. Mamę widziałem po raz ostatni w wieku dziewięciu lat, tuż przed wybuchem powstania warszawskiego. Tacie rzeczywiście nie do końca podobało się to, co chcę robić. Pochodził z ubogiej rodziny i uważał, że powinienem zdobyć solidne wykształcenie, które zapewniłoby mi byt. Pracował w notariacie, więc wymyślił, że skończę prawo. A ja miałem już co innego w głowie – marzyłem, by być krytykiem filmowym.

Co w rezultacie też się nie udało, bo zajął się Pan sztuką.

Ukończyłem Wydział Ceramiki na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych i pomimo miłości do uczelni, nienawidziłem tego kierunku. Dużo bardziej od zajęć interesowało mnie życie kulturalne powojennego Wrocławia. Może trudno w to uwierzyć, ale zamiast na piwo wieczorem chodziliśmy na dodatkowe kursy rysunku. Wrocław lat 50. był niezwykły. Panował tam twórczy ferment, który udzielał się każdemu młodemu artyście. Jako chłopak z prowincji chciałem nadrobić dystans dzielący mnie od pochodzącej ze Lwowa kadry uniwersyteckiej. Kresowy intelektualny sznyt bardzo mi imponował. Długo zajęło mi uświadomienie sobie, że zahukany Juruś z małego miasteczka ma coś do powiedzenia (śmiech).

Było dziennikarstwo, potem ceramika, a moda…? Skąd ona wzięła się w Pana życiu?

Do mody ciągnęło mnie od samego początku. Nawet kiedy na zaliczenie malowałem akt, nie mogłem się powstrzymać i wszędzie dodawałem melonik, pantofelki etc. Poza tym wyżywałem się twórczo, przygotowując stroje na modne wtedy w moim środowisku bale przebierańców. Szyłem dla siebie coraz bardziej ekscentryczne kreacje. Zdarzały się zresztą do tych przebieranek świetne okazje. We Wrocławiu ciągle występowała jakaś gwiazda, na przykład Josephine Baker. Poza tym wściekle tańczyliśmy rock’n’rolla, bo to przecież był czas Elvisa Presleya!

Rodzina nie przeszkadzała Panu w prowadzeniu takiego trybu życia?

Wcześnie się ustatkowałem (śmiech). Jeszcze na studiach poznałem moją żonę Danę, z którą jestem szczęśliwy do dziś. Mamy dzieci, wnuki, a wszystko zaczęło się w studenckim Wrocławiu. Przeglądając ostatnio swoje listy do Dany, zrozumiałem, że już wtedy kochałem modę. Gdzieś między subtelnymi wyznaniami miłości opisywałem najnowsze trendy, przesyłałem piękne szkice. Pamiętam, że na Danie robiło to duże wrażenie.

Trochę z miłości do mody, a trochę z przypadku znalazł się Pan w Modzie Polskiej.

Do Mody Polskiej trafiłem, błąkając się po warszawskich wystawach. Mieszkaliśmy wtedy z Daną w Pruszkowie, ale często jeździłem do stolicy. W lipcu 1960 roku zjawiłem się w Pałacu Kultury na Wystawie Wzornictwa Przemysłowego. Wśród mebli i ceramiki zainteresował mnie odbywający się w sali im. Feliksa Dzierżyńskiego pokaz mody. Nie miał wiele wspólnego z show znanym z Paryskiego Tygodnia Mody – to była raczej skromna, cicha rzecz. Ale na tyle niezwykła i zachwycająca, że wtedy odkryłem, co tak naprawdę chcę robić w życiu. Wszedłem za kulisy pokazu i poznałem legendarną Jadwigę Grabowską, u boku której rozpocząłem pracę w Modzie Polskiej.

Foto: Wydawnictwo Bukowy Las Jerzy Antkowiak
Foto: Wydawnictwo Bukowy Las Szafirowa, wieczorowa suknia Arletty

Trudno mi w to uwierzyć – Grabowska słynęła przecież ze swojej niedostępności.

Musiałem uciec się do małego kłamstwa. Na nasze spotkanie przyniosłem teczkę z pracami, które sztucznie postarzyłem śladami po kawie i przypaliłem papierosami, jakbym pracował nad nimi od co najmniej kilku lat. Zadziałało! Wtedy jeszcze nie do końca uwolniłem się od znienawidzonej ceramiki, bo moim pierwszym zadaniem było zaprojektowanie serwisu kawowego dla Grabowskiej.

Który spodobał się jej na tyle, że pozwoliła Panu projektować ubrania.

Podobno byłem przez nią faworyzowany. Nie wiem, na ile jest to prawda, ale na pewno bardzo mnie lubiła. Szybko od zadań typu projektowanie plakatu, zapowiadającego pokaz nowej kolekcji, przez małą czarną, zacząłem faktycznie pracować jako projektant. Grabolka otworzyła mi drzwi do warszawskich salonów. Dla mnie to bogini: okrutna, ale sprawiedliwa. Zachowywała się impulsywnie, do legendy przeszło jej zamiłowanie do rzucania popielniczkami. Apodyktyczna i złośliwa, zawsze stawiała na swoim. O barwnej osobowości Grabowskiej głośno było nawet w Paryżu, gdzie zresztą często bywała.

To dzięki niej pojechał Pan tam po raz pierwszy.

I dopiero wtedy zobaczyłem, czym jest prawdziwy świat mody. Byłem oczarowany Paryżem – wszystko piękne, pachnące, najwyższej jakości. Pokazy były wtedy dużo bardziej kameralne, odbywały się w siedzibach domów mody, a nie wielkich wynajętych halach czy namiotach. Mały Jurek z prowincji, Plastuś, jak nazywały mnie koleżanki z pracy, nagle znalazł się w czołowych rzędach na pokazach największych kreatorów!

Miał Pan kompleksy z powodu swojego pochodzenia?

Bycie Polakiem to dla mnie powód do dumy. Nigdy nie czułem się w Paryżu kimś „gorszym” – w końcu mogłem się już wtedy pochwalić dorobkiem i wiedzą. Francuzi okazali się na tyle życzliwi i otwarci, że nie miałem czasu na myślenie o kompleksach (śmiech). Chciałem zostać w Paryżu, ale nigdy się na to nie zdecydowałem i pewnie dobrze zrobiłem.

Jak wyglądała Moda Polska po odejściu Grabowskiej?

Grabolka, którą władza w 1968 roku wysłała na przymusową emeryturę, zostawiała firmę w dobrych rękach. Mimo że była despotyczna, umiała dzielić się z nami swoją wiedzą i umiejętnościami. Rzecz jasna, zaraz po jej odejściu, przeprowadziliśmy małą rewolucję modową, na którą nigdy by nie pozwoliła. Dużo odważniej odwoływaliśmy się do nienawidzonego przez Grabowską YSL. Wprowadziliśmy do kolekcji damskie spodnie w wersji innej niż ludowa.

Czy to znaczy, że Grabowska była staromodna?

Nie, ona miała swoją wizję i przewidywała trendy na kilkadziesiąt lat do przodu. To my byliśmy bardziej zacofani od niej (śmiech).

Pokazy mody, podróże do Paryża – mógł Pan pomyśleć, że świat należy do Pana.

Tak, choć muszę zaznaczyć, że nie wszyscy kochali Modę Polską. Dziennikarze „Trybuny Ludu” krytykowali nas za zachwyty nad „imperialistycznymi wzorcami”. Co zresztą było niesłusznym oskarżeniem, bo chcieliśmy po prostu, żeby polska ulica stała się piękniejsza. Nie łudziliśmy się, że Traktorzystka włoży suknię haute couture. Marzyliśmy, by Polacy uwolnili się od przytłaczającej PRL-owskiej szarzyzny – zaczęli przywiązywać uwagę do kolorów, detali i wykończeni. Dlatego też z pokazami jeździliśmy nie tylko do dużych miast, ale też do mniejszych ośrodków.

Foto: Wydawnictwo Bukowy Las Żółta, wieczorowa suknia Aretty

Lata świetności Mody Polskiej skończyły się wraz z nadejściem kapitalizmu.

Upadek Mody Polskiej rozpoczął się na początku lat 80. Wcześniej pracowaliśmy właściwie w oderwaniu od jakichkolwiek realiów gospodarczych. W pewien sposób starczało na nasze wyjazdy za granice, organizowanie pokazów, utrzymywanie kilkudziesięciu sklepów. Wszystko skończyło się właśnie na początku 1980 roku, kiedy ze względu na problemy gospodarcze kraju, wprowadziliśmy program oszczędnościowy – na przykład zamiast aksamitu stosowaliśmy welur rodzimej produkcji, wykorzystywaliśmy tkaniny przeznaczone wcześniej do produkcji namiotów (śmiech).

Nie protestowaliście?

Paryscy krawcy pewnie by w takich okolicznościach zastrajkowali, a my robiliśmy swoje. Wiatr historii wiał jednak coraz silniej. Te wszystkie przetasowania wokół Mody Polskiej działy się ponad nami. My, Plastusie, chcieliśmy tylko tworzyć. Nagle okazało się, że jako firma jesteśmy niewypłacalni, że mamy ogromne długi i niebawem zostaniemy zlicytowani, do czego w rezultacie przecież doszło. Próbowaliśmy ratować, co się da, zakładaliśmy spółki, ale żaden z nas nie miał pojęcia o realiach rynku. Archiwum Mody Polskiej nie istnieje – najwięcej materiałów zachowało się chyba na strychu mojego domu w Komorowie. Zaglądam tam czasem z młodymi ludźmi pracującymi nad wystawami lub książkami poświęconymi PRL.

W ostatnich latach PRL przeżywa swój renesans. Skąd ten fenomen?

Moda to ciągłe powroty. Tak było, jest i będzie, dopóki nie ziści się marzenie Grabolki o tkaninach, które latem chłodzą, a zimą grzeją (śmiech). Ale to – jak się okazuje – wciąż jeszcze futurystyczna wizja. Poza tym rzeczy, które wtedy robiliśmy, posiadały naprawdę świetną jakość, więc nie dziw, że nowe pokolenie chce do tego wracać.

Świetnie orientuje się Pan we współczesnej polskiej modzie.

Młodzi projektanci mają lepsze warunki do pracy niż my. Z drugiej strony, żyjąc w tak ciężkich czasach, byliśmy bardziej kreatywni, umieliśmy zrobić coś z niczego. Podobają mi się pomysły młodych. Zawsze powtarzałem, że nie istnieje nic gorszego, niż szalejący stary projektant, który się za młodu nie wyszumiał. Mam już za sobą gołe cycki, gołe pośladki, pokazy na bosaka, to co ja mogę jeszcze chcieć. Tak, bywam wciąż na pokazach, ale nie na wszystkich, bo przecież skończyłem 80 lat i zwyczajnie nie zawsze mi się chce. Ale jak już gdzieś pójdę i zostanę zapytany o zdanie, mówię szczerze, co myślę. Może czasem przesadzam, ale to moja opinia ma pomagać, a nie dołować, bo mocno trzymam kciuki za nowe pokolenie.

Od ponad 50 lat mieszka Pan w pięknym domu w Komorowie z ukochaną żoną. Jest Pan człowiekiem szczęśliwym?

No pewnie! Nie mogę narzekać, zrealizowałem swój plan. Jestem pogodnym, trochę złośliwy staruszkiem, który życzliwie obserwuje świat wokół i czasem pozwoli sobie na jakiś zgryźliwy komentarz.

Foto: East News Jerzy Antkowiak

Tematy:

Nieprawidłowy email