Grażyna Paturalska – od posłanki do personal shopperki


Usłyszałam kiedyś zdanie: „Jeśli nie wiesz, co masz robić, to zajmij się tym, co kochasz i znajdź ludzi, którzy ci za to zapłacą”. Kocham rodzinę, kocham gotować, ale z tego biznesu nie będzie. Wtedy naprawdę postawiłam w życiu na modę. Z byłą posłanka Platformy Obywatelskiej, obecnie personal shopperką rozmawia Karolina Wierzbińska.

Zdjęcia vuMag BlueServices

VU: Historia Pani aktywności zawodowych jest naprawdę długa, ale może zacznijmy od politycznych początków. Skąd się wzięła Pani w polityce?

Grażyna Paturalska: Sprawy gospodarczo-polityczne, podobnie zresztą jak moda zawsze mnie interesowały. Należałam do grona bardzo aktywnych przedsiębiorców na Pomorzu i pewnego dnia to politycy sami zaczęli interesować się mną. Potrzebne im były nowe i dobrze kojarzące się ludziom twarze w polityce. Za czasów Platformy Obywatelskiej zostałam zatem poproszona o stworzenie struktur PO w Starogardzie Gdańskim. Na tyle dobrze mi poszło, że wystartowałam w wyborach parlamentarnych, a w 2001 roku otrzymałam mandat poselski.

VU: Jednak w 2005 roku odeszła Pani z polityki, ”Może dobrze się stało, że pani Paturalska nas opuściła” powiedział wtedy ówczesny sekretarz PO, Grzegorz Schetyna. To chyba nie było miłe rozstanie?

GP: Najtrudniejsze To stwierdzenie mówi samo za siebie: „baba z wozu, koniom lżej”. Było to rozstanie najbardziej rozczarowujące w moim życiu i nie chcę już do tego wracać.

VU: Co zrobiła Pani po odejściu z Wiejskiej?

GP: Najpierw wystartowałam w wyborach do Senatu jako kandydatka niezależna, jednak bezskutecznie. Chcąc nadal żyć aktywnie, zaczęłam szukać pracy, tutaj na Pomorzu. I to był kolejny, może nawet jeszcze trudniejszy moment w moim życiu. Zobaczyłam i poczułam, że dla osoby z wyższym wykształceniem, w moim wieku, znającej biegle angielski i rosyjski, a francuski komunikatywnie, nie ma pracy. Byłam przekonana, że mając takie doświadczenie zawodowe na pewno znajdę pracę. A jednak nie. Sądzę też, że w znalezieniu pracy przeszkadzała mi sejmowa przeszłość.

VU: To znaczy?

GP: Politycy nie są w Polsce szanowani i cenieni później na rynku pracy. Ludzie nie lubią polityków i mają wrażenie, że nie potrafią dobrze i efektywnie pracować. Przez prawie 2 lata regularnie aplikowałam na stanowiska do międzynarodowych firm. Bezskutecznie. To był dla mnie, jako dla tak aktywnej wcześniej kobiety, bardzo trudny czas. Oczywiście zajmowałam się domem, ale z punktu widzenia mojego rozwoju, czułam, że obumieram. Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że jeśli ja sama nie przeorganizuję mojego życia, to nikt inny tego za mnie nie zrobi. I będzie bardzo ciężko.

VU: Wtedy zdecydowała się Pani wrócić do korzeni swoich fascynacji. Pojawiła się moda.

GP: To był skok na głęboką wodę! Postanowiłam, że zrobię to, o czym od dawna marzyłam i na poważnie zajmę się modą. Zaczęłam od szukania szkoleń i kursów dla stylistów, bo choć miałam w sobie przekonanie, że będę mądrze i dobrze doradzać, to jednak potrzebuję formalnych poświadczeń. W tamtym czasie nie było prostą sprawą, bo takich kursów ani studiów dla stylistów po prostu nie było. Miałam wielkie szczęście, bo na dwa tygodnie przed rozpoczęciem semestru dowiedziałam, że w warszawskiej Akademii Leona Koźmińskiego uruchomiono kierunek „Zarządzanie w sektorach mody”. 
VU: Na zajęciach miała Pani koleżanki w swoim wieku?

GP: Byłam najstarszą studentką na tym kierunku i najbardziej bezrobotną (śmiech). Większość to były młode dziewczyny, bardzo młode dziewczyny, które już pracowały, a studia traktowały, jako poboczne rozwinięcie swoich zainteresowań. A ja chciałam się tym zająć profesjonalnie! I w przeciwieństwie do nich szukałam pracy. Czas tego impasu zawodowego starałam się jak najbardziej wykorzystać. Znajdowałam kursy dotyczące budowania wizerunku, również firm. Poznawałam wiele wspaniałych kobiet. Na jednym spotkaniu usłyszałam zdanie, które teraz powtarzam każdej mojej klientce, każdej kobiecie po 50-tce, która traci swój dorobek zawodowy i jest w martwym punkcie: „Jeśli nie wiesz, co masz robić, to zajmij się tym, co kochasz i znajdź ludzi, którzy ci za to zapłacą”. Kocham rodzinę, kocham gotować, ale z tego biznesu nie będzie. Wtedy naprawdę postawiłam w życiu na modę. Po jakimś czasie zaczęły się pojawiać pierwsze klientki i tak zaczęło się kręcić.

VU: Kto do Pani przychodzi? Kobiety, które nie potrafią się ubrać? Bizneswomen, które nie mają czasu na zakupy?

GP: Nie tylko bogaci i nie tylko kobiety. Przede wszystkim Ci, którzy potrzebują zmiany w swoim życiu, a nie wiedzą, od czego zacząć. Przechodzę z nimi całą drogę edukacyjną, a zaczynam zawsze od próby zmierzenia się z własnym ciałem i zaakceptowaniem go ze wszystkimi wadami i zaletami. To bardzo silne emocjonalne spotkania, czasem jest płacz. Kobiety chcą być chudsze, młodsze i znowu wciskać się w rozmiar 36. tak, jak mogły to robić 20 lat temu. Uczę je, że to nie jest konieczne, żeby dobrze się czuć. Że trzeba umiejętnie radzić sobie z własną metryką i odbiciem w lustrze. Akceptować, kochać i bawić się nim!

VU: Taki czas z terapeutką?

GP: Absolutnie tak. Czasem przychodzą do mnie Panie z naprawdę ciężkimi doświadczeniami i życiem, od którego chcą się odciąć. Zacząć od nowa.

VU: Ile czasu spędza Pani czasu na zakupach z klientem?

GP: Minimum potrzebujemy 2-3 godzin.

VU: Ile pieniędzy więc potrzeba na takie zakupy?

GP: Bardzo różnie, bo to wszystko zależy od zamożności mojej klientki. W Polsce naprawdę są ludzie, którzy zarabiają ponad średnią krajową i mają potrzebę zadbania o siebie. Za 2500 – 3000 tysiące złotych można świetnie się ubrać, ale nie zniechęcam tych, którzy na zakupy mogą przeznaczyć mniej.

VU: A najlepsze, największe zakupy, które Pani zrobiła?

GP: To były zakupy z Brytyjkami i niesamowity shopping w Londynie. Tak, przyznaję, że kiedy ma się do dyspozycji 30 tysięcy złotych to można zrealizować największe modowe marzenia i po prostu popłynąć. Stworzyć od podstaw kilkanaście świetnych stylizacji, poczynając od pięknej bielizny, na strojach sportowych kończąc. To był też taki styl pracy, który naprawdę kocham. I wcale nie chodzi tu o zasobność portfela, ale o coś znacznie bardziej ważnego: kreowanie nowego wizerunku od podstaw, nowej rzeczywistości opartej na totalnym zaufaniu do tego, co robię i wielkiej sympatii. Zresztą zauważyłam wtedy jak bardzo różni się podejście Brytyjek i Polek do własnego ciała. Te pierwsze mają znacznie większą tolerancję dla siebie i łatwiej im się kochać. Szkoda, że Polki tak jeszcze nie mają.

VU: Śledzi Pani pokazy? Powinna być Pani na bieżąco, z tym co będzie modne w nadchodzącym sezonie.

GP: Stylista, który nie jest na bieżąco, to stylista, który szybko wypadnie z obiegu. Nie jestem zwolenniczką brania trendów na ślepo, ale staram się, żeby moje klientki i klienci byli ubrani i elegancko i nowocześnie. W końcu moda to róg obfitości, wielkie dobrodziejstwo, z którego według własnego gustu i marzeń, można i trzeba korzystać. .A ileż w tym radości!

VU: Doradza Pani innym, a sama w czym chodzi?

GP: Mam swoją ulubioną markę i to naprawdę nie jest reklama. Z synową Kasią, projektantką stworzyłyśmy własną kolekcję ubrań Kate and Grace Collection. To głównie ubrania z pięknej skóry i tkanin, które sprowadzamy z Włoch. W mojej garderobie mam też dużo, sporo z Monnari i kilka perełek. Jak każda kobieta, mam słabość do butów. Moja ulubiona marka to Charles Jourdan i Karl Lagerfeld, Mają bardzo wysokie obcasy, ale są wygodne i przede wszystkim świetnie wykonane. Noszę je od lat. Ale lubię też bardzo te z niższych a doskonałych półek dostępnych w sieci polskich sklepów: Kazar, Prima Moda, Venezia. W swojej garderobie mam też dwie piękne torebki Chanel i casualowe kostiumy od Yves Saint Laurent.

VU: Tęskni Pani za polityką?

GP: Na swój sposób bardzo, ale nie taką, jaką widzę codziennie w telewizji. Dla mnie liczy się przede wszystkim człowiek i jego szczęście. Staram się je dawać, za pomocą mody i to szczęście wraca do mnie, kiedy widzę ile może to komuś sprawić radości.

Zdjęcia vuMag BlueServices

Tematy:

Nieprawidłowy email