Golizna w wielkim mieście

Gołe klaty, nagie brzuchy, kuse szorty, dekolty do pępka i klapki japonki. Z ich widokiem oswoiłem się na plaży i w nadmorskich kurortach, ale w mieście doprowadzają mnie niemal do łez. Jeśli mam gorszy dzień to do... szału.

EAST NEWS

Czy jestem modowym faszystą? Czy brak mi tolerancji? Może się starzeję? A może sam nie przepadam za swoim brzuchem i stąd ta skłonność do piętnowania innych, ładniejszych brzuchów? Chyba jednak nie. Na ogół jest mi obojętne to, jak chodzą ubrani inni, ale latem budzi się we mnie bezduszny tępiciel nieuzasadnionej golizny. Staję się policjantem dobrych manier, przesadnym miejskim estetą. Ale czy mam rację? Żyjemy w wolnym kraju, a strój i wygląd mają przecież podkreślać naszą osobowość!?

Ciotka pod parasolką

Kiedy byłem mały, zdarzało się, że ze szkoły odbierała mnie Ciotka Buba. Miała już wtedy ze sto lat, ale była dziarską staruszką o nieco dziwacznym usposobieniu. Lubiłem ją bardzo, ale tylko od jesieni do wczesnej wiosny. Od maja do końca września – nienawidziłem. Wszystko przez karminową szminkę, biały puder, parasolkę i rękawiczki. Dodam, że chodzi o parasolkę PRZECIWSŁONECZNĄ i RĘKAWICZKI NA SŁOŃCE.

Kiedy w słoneczne dni Buba odbierała mnie ze szkoły, płonąłem ze wstydu, a dzieciaki z mojej klasy miały prawdziwy ubaw. Ciotka stała pod jarzębiną na szkolnym dziedzińcu, w dłoniach szczelnie okrytych rękawiczkami dzierżyła japońską parasolkę z bladoróżowego jedwabiu, na nogach zawsze miała pończochy, na szyi apaszkę, a twarz pobieloną jasnym pudrem. Wyglądała jak dziwaczka, wariatka albo wampirzyca zmuszona w słoneczny dzień do załatwienia paru spraw na mieście.

Ciotka Buba szybko otrzymała przezwisko „hrabina“ a ja szybko stałem się „tym, co ma ciotkę wariatkę“. Pewnego dnia zapytałem ją dlaczego tak wygląda, a Buba roześmiała się i powiedziała, że kobiety po prostu nie mogą się opalać. Że to nieeleganckie i w złym guście. Że opalają się tylko ci, którzy pracują na słońcu: robotnicy i rolnicy. Niczego nie rozumiałem, ale wiedziałem, że coś jednak się nie zgadza, bo skoro ludzie – a szczególnie kobiety – nie mogą się opalać to czemu leżą plackiem na plażach, po co smarują się olejkami do opalania, a potem cierpią, okładając czerwone plecy kompresami z maślanki? W imię czego?

Ciotka Buba mieszkała przed wojną na Nowym Świecie tuż obok znanego nocnego lokalu „Paradiso“ (po wojnie „Melodia“), w której śpiewała Hanka Ordonówna, Wiera Gran i inne gwiazdy ówczesnej Warszawy. Przyjmowała gości na bankietach w swoim wielkim salonie, miała służbę, pokazywała się na premierach, jadła kawior, ślimaki i rozwodziła się z mężem. Była elegancka, miała nienaganne maniery, znała francuski, włoski i rosyjski i... nigdy się nie opalała. Bo opalanie w tamtych czasach uważane było za coś plebejskiego, niewłaściwego ludziom z miasta i niepasującego do „towarzystwa“ – mniej więcej tak samo nie na miejscu jak noszenie brylantów przed kolacją. We wspomnieniach rodzinnych wakacji, wyjazdów na pikniki i zagranicznych wypraw Buba wszystkim kojarzy się z parasolką przeciwsłoneczną i rękawiczkami.

Golizna dozwolona?

Ale czasy się zmieniły. Po wojnie – a szczególnie w latach 60. – opalenizna, a co za tym idzie i golizna, stały się synonimem zdrowego i aktywnego stylu życia. Ciemna skóra pasowała do modnych wówczas perłoworóżowych szminek i platynowych włosów, a dekolty, minispódniczki, kuse szorty i bikini były odpowiedzią na rewolucję obyczajową i dawały wolność. Wielcy projektanci zaczęli projektować kostiumy kąpielowe oraz specjalne letnie kolekcje „kurortowe“. Trendy z modnych miejscowości Lazurowego Wybrzeża powoli zaczęły „atakować“ miasta. Nikogo nie dziwił już brak pończoch, sandały i krótkie sukienki, choć wciąż zdarzały się elegantki ukryte w cieniu parasoli z arystokratycznie bladą cerą.

Obyczajowość ewoluowała, pojęcie elegancji zmieniło zupełnie znaczenie, dobre maniery przestają budzić emocje i pewnie dlatego dziś na ulicach Warszawy dziewczyny bez wstydu odsłaniają uda, a faceci demonstrują swoje nagie torsy. I może wszystko byłoby OK gdyby nie fakt, że niektóre uda zupełnie nie nadają się do odsłaniania, niektóre pępki są tak ukryte w fałdkach tłuszczu, że wcale ich nie widać, a męskie torsy nie mają nic wspólnego z klatą Matthew McConaugheya.

Brzuchaci faceci o nieprzyjemnym zapachu oraz dziewczyny z zaniedbanymi stopami i cellulitem upchniętym w czarne rajstopy i szorty atakują wszystkie moje zmysły w centrum Warszawy. Nie mam pojęcia, skąd bierze się w nich pewność że „tak można“, że „tak jest fajnie i modnie“ i że „wyglądają zagranicznie“ zupełnie „jak z teledysku Beyonce“. No właśnie, znane gwiazdy to jedyni nauczyciele stylu tych, którym nie przyszło do głowy, żeby arbitrów mody szukać gdzie indziej, a nie w masowej „pop-papce“. Bezmyślne naśladowanie i kopiowanie wizerunku gwiazd (przeważnie scenicznego, a więc zupełnie nie nadającego się „na życie“) sprawia, że kiedy pytam moją 20-letnią kuzynkę dlaczego nosi takie krótkie szorty, skoro nie ma do tego warunków (np smukłych i szczupłych nóg) słyszę: „Weź przestań, jest gorąco to co mam nosić? Skórzane spodnie?“. Kiedy idę za ciosem i śmiem wątpić, czy czarne rajstopy założone do tych mini szortów rzeczywiście ją chłodzą ucina naszą rozmowę krótkim: „Beyonce tak nosi i żona Toma Cruise‘a i Jessica Mercedes też.“ I to jest koniec naszej rozmowy, bo Monika wychodzi właśnie na imprezę, a ja chciałbym jej wytłumaczyć, że jej rajstopy i szorty to zupełnie nie to samo co strój Beyonce, który gwiazda wymyśliła sobie na scenę, (bo tego wymaga scena i charakter jej piosenki), że Katie Holmes (ta od Cruise’a) nosiła do szortów nie rajstopy ale legginsy i była jedną z pierwszych, które odważyły się na taki zestaw, (a więc ma zupełnie inne prawa), a Jessica Mercedes jest na tyle pewną siebie i swojego stylu dziewczyną, że na bank nie nosi rajstop po to, aby maskować grube uda. Poza tym wszystkie trzy mają nogi do samego nieba. Aż chce mi się krzyczeć: “Jeśli chcesz być modna to bądź też odważna! Chciałabyś nosić mikroszorty więc je noś, ale licz się z tym, że w nich eksponujesz WSZYSTKO i jeśli cokolwiek z twoimi udami, nogami, kolanami, pośladkami jest nie tak, to nie maskuj tego czarnymi rajstopami przy 30 stopniach w cieniu, tylko... odpuść sobie szorty, bo to nie styl dla ciebie!“.

Styl lepszy niż stajl

W centrum Warszawy, tuż obok „Rotundy“ widzę czterech młodzieńców oblegających ławeczkę. Mają sportowe spodenki, nowiutkie „najki“, białe skarpety podciągnięte niemal do połowy łydek, czapki bejsbolówki i... to wszystko. Koszulki gdzieś im się zapodziały, jeden ma T-shirt wetknięty za gumkę szortów, inny zamiast koszulki nosi zarzucony na szyję ręcznik (nie pierwszej świeżości i nie pierwszej „białości“). Niby wyglądają „fit“ i nie różnią się od milionów zwyczajnych chłopaków przesiadujących na ławkach w każdym mieście, miasteczku i na każdej wsi, ale tak naprawdę tylko jeden z nich ma warunki do tego, żeby publicznie prezentować swoje ciało – wciąż jednak twierdzę, że w odpowiednim miejscu czyli np na plaży. Chłopak jest szczupły, wygląda na wysportowanego i ma „tarę“ na brzuchu. Reszta jest zwyczajna – codzienne piwko z czipsami, obiady w „kebabie“ i kolacje w fast-food barach zrobiły swoje i nad szortami zaczynają pojawiać się pierwsze zalążki oponek, które za parę lat zamienią się w brzuszki, a potem w brzuchy – takie same jak z pewnością mają ich ojcowie. Ale chłopcy nic sobie z tego nie robią – pogwizdują na zniesmaczone ich zachowaniem i wyglądem dziewczyny, komentują ich nogi (upchnięte w rajstopy i szorty), prężą klaty, napinają zwiotczałe piersi i cherlawe bicepsy. Widzieli to na teledyskach „Snoop Dogga“, „Tupaca“, „50 Centa“ i „Jay Z“. Chcą mieć „stajla“, chcą być jak amerykańscy „gangsta“ jak prawdziwi „goście“ ale niestety dawno (a może nigdy) nie byli na siłowni, od fajek dostają zadyszki biegnąc do autobusu i nie mają pojęcia, co to jest „L-karnityna“. Gdyby mogli słyszeć moje myśli dostałbym pewnie niezły łomot...

W metrze tłok. Z biur wracają dziewczyny w szarych sukienkach i mężczyźni w granatowych garniturach. One cierpią, bo „dress code“ ich korporacji zmusza do noszenia rajstop i zakrywających całe stopy butów, oni mają już dosyć ciasnych kołnierzyków i krawatów.

Na kolejnej stacji do wagonu wsiada grupka młodych ludzi. Francuzi. Jedna z dziewczyn ma na sobie prostą, lekką sukienkę w kwiatki jak z lat 40., baleriny, a na głowie słomkowy kapelusz, druga ma krótką spódniczkę w groszki, sandały na wypielęgnowanych stopach, mały top na ramiączkach i bardzo kolorowy jedwabny szal zamotany „od niechcenia“ na szyi, pod pachą trzyma jedwabną bladoróżową parasolkę przeciwsłoneczną. Dwóch chłopaków ma zwykłe białe koszulki i obcięte do kolan dżinsy, trzeci nosi płócienne, w modny sposób przykrótkie spodnie i klasyczną białą koszulę z podwiniętymi rękawami. On też ma słomkowy kapelusz. Wyglądają wesoło, wakacyjnie, na luzie i świeżo. Są uśmiechnięci. Wysiadają na Placu Bankowym i ustępują miejsca „kolorowej“ grupce ich rówieśników. Różnica jest taka, że ci, którzy wsiedli mówią po polsku. Dziewczyny mają paznokcie pomalowane wszystkimi kolorami tęczy, farbowane (na czarno lub biało) włosy, mnóstwo biżuterii wyglądającej na „bogatą“, a ich twarze ociekają od samoopalaczy, ciemnych podkładów, papuzich cieni i jaskrawych szminek. Chłopcy ubrani są na sportowo. Podobnie jak ci spod „Rotundy“, nie mają koszulek, a zapach ich wilgotnych klat miesza się z zapachem nieskutecznych, ale za to bardzo męskich dezodorantów. Wszyscy mają wkurzone miny, dziewczyny przewracają oczami niczym gwiazdy kina niemego, nadymają usta i cały czas poprawiają włosy jakby od ich wyglądu zależała reszta życia i reputacja. Głośno rozmawiają o piwku nad Wisłą i o tym, jak udało im się wykiwać Straż Miejską. Kiedy wychodzą widzę, że prawie wszyscy mają na stopach plażowe klapki: dziewczyny w wersji „glamour“ wysadzane lśniącymi kamykami i ozdabiane plastikowymi kwiatuszkami, a faceci w stylu sportowym czyli „basenówki“. Jeden z nich założył nawet śnieżnobiałe skarpety.

„Weź przestań, jest gorąco to w czym mam chodzić?“ dźwięczy mi w uszach pytanie mojej kuzynki Moniki. Upał to upał. Wygląda na to, że dobre maniery, wyczucie stylu, a przede wszystkim wyczucie tego, co wypada nosić na plaży, a co w mieście nie ma znaczenia. Bo przecież są wakacje i jest Beyonce, i chłopaki „gangsta“, i liczy się tylko to, żeby wyglądać na twardziela. Albo na „supermodną“ kociczkę.

A Ciotka Buba niech się schowa. Najlepiej w cień... historii.

Tematy:

Nieprawidłowy email