Delfina Delettrez: dama z chrabąszczem

Z najnowszego zdjęcia na profilu Delfiny Delettrez na Instagramie uśmiecha się Beyoncé. Z warkoczykami i kolczykiem w kształcie pszczoły w uchu. W końcu Bey to prawdziwa Queen Bee, królowa pszczół z czerwonego dywanu. Oprócz niej niepokorną biżuterię 27-letniej włoskiej projektantki kupują równie niepokorne Chloë Sevigny, Katy Perry i Rihanna. „Chciałabym, żeby moją biżuterię nosiła Virginia Woolf. Albo przynajmniej Björk”, mówi sama artystka z europejską ironią, którą amerykańskie fanki biorą za dobrą monetę. Ale najlepszą ambasadorką własnej marki jest sama Delfina. Posągowa, lekko wyniosła, z długimi brązowymi włosami i przenikliwym spojrzeniem migdałowych oczu. Ubrana zawsze w lekko mroczne koronkowe sukienki Givenchy albo Valentino. I swoją biżuterię – ciężkie naszyjniki, asymetryczne kolczyki albo pierścionki na cały palec. „Biżuteria jest przedłużeniem ciała, pancerzem, który nas chroni, ale i niebezpieczną zabawką tylko dla dorosłych”, mówi.

fot. Getty Images

Dla Delfiny mija właśnie siedem lat tłustych. W 2007 roku w paryskim domu towarowym Colette, dwudziestoletnia wówczas projektantka ogłosiła, że zakłada własną markę. W pierwszej kolekcji znalazły się broszki w kształcie żab i kolczyki z czaszkami. Wcześniej nosiły je przyjaciółki Delfiny – Kate Moss, Bianca Brandolini d'Adda, Natalia Vodianova. Po błyskotliwym debiucie jej projekty znalazły się w ofercie kultowych domów towarowych – Opening Ceremony, Matches, Saks Fifth Avenue i Dover Street Market (tu, w centrum Londynu, sama Delfina najchętniej robi zakupy). Kolejne kolekcje projektantki miały baśniowe nazwy – „Arachnofobia”, „Ogród rozkoszy ziemskich”, „Czarne złoto”, i oniryczne rozwiązania estetyczne. Cztery lata po debiucie Delfina otworzyła swój pierwszy butik. I to od razu na prestiżowej ulicy handlowej Via del Governo Vecchio niedaleko Piazza Navona w Rzymie. Złośliwi twierdzą, że rodzina Fendich, z której wywodzi się projektantka, mogłaby wykupić cały kwartał ulic we włoskiej stolicy. Ale oskarżenia o nepotyzm Delfiny nie bolą.

fot. Getty Images

Niczego się nie boi

„Od mojej rodziny nauczyłam się wszystkiego – szacunku dla detalu, jakości, rzemiosła”, mówi w wywiadach. Imperium Fendi ją zbudowało. Z babcią i mamą łączy ją oko do tego, co dziwne, niepokojące, trudne. Ale jej biżuteria podoba się chyba najbardziej dlatego, że unosi się nad nią newage'owy duch eklektyzmu. Motywy totemiczne mieszają się ze średniowiecznymi talizmanami i wiktoriańskimi ornamentami. Ale nie byłoby Delfiny bez motywu oka opatrzności. „Wierzę w jego energię. Projektując biżuterię, czuję się jak mały alchemik”, mówi Delfina. Siła tkwi więc w podanym z lekką dezynwolturą miksie kultur i motywów. Szkatułka z biżuterią Delfiny jak powieść szkatułkowa odkrywa przed nami kolejne warstwy. Nic dziwnego, że szybko zdobyła rzesze klientek. Przecież broszki jeszcze nigdy nie układały się w tak misterne kształty jaszczurek, wykonanych z metalu i drogocennych kamieni. Delfina świetnie wpisała się w trend na gotycki romantyzm (w końcu jej ulubionym filmem jest „Gnijąca panna młoda” Tima Burtona), który w modzie lansowały już brytyjskie it-girls, Keira Knightley czy Poppy Delevingne.

Delfina używa tradycyjnych materiałów, ale wykorzystuje je do tworzenia zupełnie nieortodoksyjnych wzorów. „Moje formy są niekonwencjonalne, ale sposób, w jaki oprawiam kamienie – tradycyjny”, tłumaczy Delfina. Srebro i złoto przybierają u niej formy czaszek, marmur łączy się z drewnem, a perły ze skórą i... kośćmi. Oto surrealistyczny luksus na czas kryzysu, kiedy przewartościowują się trendy, a najbardziej liczy się indywidualna ekspresja. Eklektyczne inspiracje to efekt największej pasji Delfiny – szperania na pchlich targach całego świata. „Luksus to dla mnie niepowtarzalność i oryginalność”. Dlatego nie tylko jej kolekcje skrzą się od skojarzeń z różnymi epokami, estetykami i konwencjami, ale jej paryski pałac przy Place de Furstenberg, „najbardziej romantyczne miejsce w Paryżu”, jak sama je nazywa, jest pełen antyków. Mieszka w nim z córeczką, siedmioletnią Emmą, której ojcem jest Claudio Santamaria, włoski aktor o urodzie amanta starego kina.

fot. Getty Images

Kapryśna księżniczka?

Choć dziś Delfina mieszka jak królowa, a w środowisku mody jest fetowana jako najzdolniejsza projektantka biżuterii młodego pokolenia, na początku kariery musiała udowodnić, że nie jest tylko kapryśną księżniczką z dobrej rodziny. Artystka w czwartym pokoleniu, dziedziczka włoskiej fortuny Fendich, od kołyski była kształcona estetycznie, odebrała międzynarodowe i wszechstronne wykształcenie. Ale w genach ma też cygańskie życie. Mogła narzekać tylko na jet lag, jako że kursowała między Rzymem, a Rio de Janeiro, skąd pochodził jej ojciec. Jak w domu czuje się też na Islandii, w Hawanie i w Paryżu. Wychowywała się z matką, Silvią Venturini Fendi, która w domu mody Fendi odpowiada za projekty dodatków, i ojcem Bernardem, projektantem biżuterii. „Jak byłam mała, przyglądałam się mamie i tym wszystkim wspaniałym klejnotom, które nosiła. Moja ulubiona broszka mamy – złota, z dwoma skrzydłami, była niezwykle wielofunkcyjna – można ją było nosić na bal i do dżinsów. Do dzisiaj tak myślę o mojej biżuterii. Ma towarzyszyć kobiecie w najważniejszych momentach jej życia”, mówiła w wywiadzie dla amerykańskiego „Elle”. Mama Silvia wiedziała, że wychowuje małą artystkę.

fot. Getty Images

„Delfina miała swój własny styl już w wieku 10 lat. Pamiętam, jak wróciła ze szkoły z internatem z granatowymi włosami i trzema piercingami. Żadna inna dziewczynka w klasie tak nie wyglądała”, wspomina Silvia. Wzorem dla młodej projektantki była też babcia, Anna. „Najzdolniejsza, najbardziej kreatywna z pięciu sióstr Fendi”, wspomina Delfina. Wnuczka nie chce odcinać się od korzeni. I nigdy nie miała zamiaru buntować się przeciwko życiu w złotej klatce. Chciała wykorzystać w stu procentach to, co gotowa jej była ofiarować rodzina. A jednocześnie wcale nie poszła utartą ścieżką. Mogła przecież pracować w atelier Fendich i do końca życia projektować zachowawcze akcesoria. Ale ciągnęło ją do haute couture.

Za doświadczenie, które ostatecznie ukształtowało ją jako artystkę mody, uznaje trzy staże, które odbyła w atelier Chanel w Paryżu. Tu pod okiem Karla Lagerfelda i jego krawcowych, krojniczych, konstruktorek i hafciarek, uczyła się sztuki detalu, precyzji i wytrwałości w dążeniu do perfekcji. Swoje koligacje wykorzystała więc w stu procentach. Na staż dostała się przecież dzięki temu, że Lagerfeld projektuje dla Fendi. A popularność wśród gwiazd zawdzięcza temu, że bawiła się z nimi na imprezach na Lazurowym Wybrzeżu i w Miami. To, co otrzymała, oddała w dwójnasób.

Futra

W przeciwieństwie do pozostałych członków rodziny Fendi, którzy mimo rosnących sprzeciwów PETA, z upodobaniem sprzedają futra, bo jest na nie popyt, Delfina komercję traktuje tylko jako środek do celu. Chce być popularną projektantką – jasne. Promuje się nie tylko pod własnym nazwiskiem, ale i przez tworzenie limitowanych kolekcji dla innych marek. Rok temu współpracowała z Kenzo, która od czasów przejęcia sterów przez Carol Lim i Humberto Leona, stała się ulubioną marką blogerek i stylistek. Delfina ma na koncie także projekty okularów dla Alain Mikli, rękawiczek dla Causse i butów dla przyjaciela domu, Giuseppe Zanottiego.

fot. Getty Images

Celebrytka, artystka

Delfina nie stroni też od fleszy i ścianek. Ale przede wszystkim chce być postrzegana jako artystka. Miała już swoje wystawy w prestiżowych galeriach Antonella Villanova Gallery w Miami i Galerii O w Rzymie. Jako najmłodsza artystka w historii pokazała swoje projekty pod hasłem „Metalphysic” w Musée des Arts Décoratifs w Paryżu, mekce studentów projektowania ubioru z całego świata. To miejsce dla niej też ma szczególne znaczenie, bo sama studiowała kostiumografię. Wśród swoich idoli wymienia włoską wizjonerkę Elsę Schiaparelli. Ale honorowe miejsce zajmują surrealiści – Salvador Dali, Man Ray i Jean Cocteau, którzy przewracali tradycyjny ogląd rzeczywistości do góry nogami. Ta wywrotowość świadczy też o wyjątkowości Delfiny.

Nawet jeśli jej kontestacja to wygodny bunt księżniczki na ziarnku grochu, mamy przeczucie, że dla niej siedem lat chudych nigdy nie nadejdzie.

fot. Getty Images
fot. Getty Images
fot. Getty Images

Tematy:

Nieprawidłowy email