Robert Kupisz i jego 5 lat w modzie

Najpierw był cudownym dzieckiem, recytującym wierszyki na scenie. Potem utytułowanym zawodnikiem tańca towarzyskiego. Później stylistą fryzur, który zrobił międzynarodową karierę. Wreszcie: projektantem mody. I znowu sukces. Pokazem „Ocean Five” na półtora tysiąca gości Robert Kupisz świętuje piątą rocznicę działalności marki.

Foto: AKPA

Podwórko na modnej Mokotowskiej w Warszawie, upał topi asfalt. A na tarasie swojego atelier, w miłym cieniu, siedzi sobie Robert Kupisz. Opalony, w szortach dżinsowych marki Kupisz, w koszulce białej ze srebrnymi lwami, ze swojej kolekcji Gangsta, w białych sneakersach. Siedzi na leżaku, zdjęcia ogląda, akceptuje. Pracuje. Podnosi głowę, poprawia siwe włosy ułożone przez najlepszego stylistę Roberta Kupisza, uśmiecha się błękitnymi oczami i mówi rozmarzony; – piękny dzień, prawda? Lepiej niż w Saint-Tropez!

Elżbieta Szawarska: Robert, jak ty to robisz? Zawsze byłeś taki zadowolony?

Robert Kupisz: Zawsze chciałem mieć higieniczne życie. Robić tylko to, co lubię. Ja nie mam problemów z tym, że muszę dłużej zostać w pracy, bo lubię robić to, co robię. Staram się też czerpać radość z każdej czynności, z każdej chwili – cieszę się, że robię kolejną kolekcję, że będzie pokaz, że pracuję z ludźmi, których lubię, że przyjdą moje klientki, będziemy się dobrze bawić.  Dlaczego nie miałbym być zadowolony? Ja nie słucham ani nie czytam nigdy tego, co inni ludzie o mnie mówią – nawet jak mnie chwalą! I zawsze tak było, od początku. Zawsze starałem się robić to, co chcę, nie przejmując się tym, co tam ktoś ma na mój temat do powiedzenia. Robię swoje. Wiele osób próbowało mnie powstrzymywać – i w dzieciństwie, i w szkole, i na studiach, i gdy wchodziłem na kolejne drogi zawodowe – a ja nie dałem się, zawsze byłem skoncentrowany na tym, żeby realizować swoje marzenia. Może egoistycznie, ale to był taki zdrowy egoizm.

Jakie miałeś marzenia w szkole? Już wtedy chciałeś projektować ubrania?

Projektowałem! Zawsze chciałem się wyróżniać z tłumu. Ja byłem zawsze na celowniku – jako dziecko od małego byłem wystawiany na scenę, bo mój tata był muzykiem, a mama kierownikiem domu kultury w Gackach. Potem w Kielcach byłem znany, bo byłem tancerzem, miałem od razu bardzo dobre wyniki, moje zdjęcia były w gazetach. A że byłem w liceum plastycznym, to chodziłem dziwacznie ubrany, sam sobie szyłem ubrania. I w tych ubraniach bardzo się wyróżniałem na ulicy. Niejeden chłopak w Kielcach chciał mi po prostu wtłuc. I mimo tego, że zwykle bałem się wyjść ze szkoły, to ta potrzeba ekspresji, wykazania się przed innymi, zawsze była większa niż strach.

To co ty takiego nosiłeś, że wkurzyłeś połowę chłopaków z Kielc? Co sobie szyłeś w liceum?

Wszystko! Przecież na początku lat 80. w sklepach nie było niczego. Pamiętam, jak na jakąś imprezę cały dzień szyłem sobie ubranie, które pomalowałem farbami i suszyłem cierpliwie suszarką do włosów… A i tak w końcu poszedłem w wilgotnym. Z białych lekarskich fartuchów uszyłem dwurzędową marynarkę z pagonami, z ramionami wypchanymi poduszkami, ze złotymi guzikami. Ja sobie nawet  espadryle zrobiłem! Ze sznurka do snopowiązałki uplotłem warkocze, uformowałem z nich podeszwę, przyszyłem dratwą wierzchy wykrojone z nogawek starych dżinsów… To świetnie wyglądało, w tamtej szarej rzeczywistości bardzo rzucało się w oczy. Wszyscy mi zazdrościli. Bardzo podobałem się dziewczynom. I to też, oprócz tych ubrań, wkurzało chłopaków.

Foto: fot. Marek Makowski Robert Kupisz na backstage'u swojego pokazu

Jak sobie z tym poradziłeś? Nie chodziło o krytyczną recenzję kolekcji, tylko o łomot od kieleckich scyzoryków. Mogło być naprawdę niebezpiecznie.

Było. To było prawdziwe, realne zagrożenie. I to codziennie, każdego dnia. Wiedziałem, że muszę sam sobie dać radę. Myśmy nie skarżyli się rodzicom czy nauczycielom, bo wiedzieliśmy, że nie ma możliwości, żeby oni nam pomogli. Wymyślałem jakieś sposoby, żeby zawsze chodzić ulicami w większej grupie,  ale nie zawsze się to udawało. Tak teraz myślę, że ten okres szkoły średniej to był dla mnie największy hardcore w życiu.

Warto było nadstawiać karku za modę i złote guziki? O co tak naprawdę chodziło?

Mnie się wydaje, że to mogło wtedy wynikać z moich kompleksów: to, że ja za wszelką cenę chciałem zostać zauważony, doceniony. Ale wiesz co?  Trzeba mieć siłę do przekonywania ludzi do tego, co robisz. Że to ma sens. Trzeba umieć im to wmówić. Ja się wtedy nauczyłem tego na tej kieleckiej ulicy. Bez tego nie odważyłbym się wyjechać do Londynu, bez tego nie miałbym pracy w Paryżu.

Jak oceniasz te 5 lat działalności w modzie?  Co było dla ciebie najważniejsze?

Wiele się nauczyłem przez te lata. Myślę, że odnieśliśmy sukces: ubrania się świetnie sprzedają, stworzyliśmy silną markę. Ale oprócz tego stworzyliśmy z Anią firmę, która zatrudnia dziś 30 osób i stale się rozwija. Nie mamy długów, płacimy podatki, otwieramy kolejne butiki w całym kraju. I to wszystko własnymi siłami, nigdy nie mieliśmy inwestora. Od półtora roku mamy osobę która zajmuje się wyłącznie kontrolą jakości, dzięki czemu mamy bardzo mało reklamacji. Firma jest tak skonstruowana, że mogę wyjechać na trzy miesiące w roku na wakacje, nie muszę tego stale kontrolować.

Foto: www.robertkupisz.com Przekrój kolekcji Kupisza: debiutancka, Heroes, Wanted, Gelem, Fair Play

A wyjeżdżasz?

Zawsze. Dzień, dwa po pokazie niszczę wszystkie notatki, szkice, zapiski, zeszyty. I wyjeżdżam nad morze. Tym razem na 6 tygodni. Ja potrzebuję wody do wypoczynku: może być Bałtyk, albo jakiś ocean. Bardzo lubię nasze polskie morze, bo można kilometrami chodzić po plaży. Wychodzę z domu rano i idę brzegiem, przed siebie. A potem wracam. Czasem wstąpię na jakąś rybę. Albo znajdę takie miejsce, gdzie kompletnie nie ma ludzi i można pływać nago, a potem leżeć na piasku w słońcu. Muszę mieć taki bezpośredni kontakt z naturą, przez dotyk – z wodą, ziemią, drzewem. Chodzę tak sobie przez kilka–kilkanaście dni. Dopóki nie poczuję, że jestem czysty – wszystko z siebie wyrzuciłem, zapomniałem, mogę zacząć pracować nad czymś nowym. Wtedy pojawiają się pomysły.

Jak znalazłeś swoją wspólniczkę, Anię Borowską? Skąd wiedziałeś, że będziecie takim świetnym teamem?

Nikt tego nie wiedział – kiedy zaczynaliśmy, Ania nie wiedziała, że będę dobrym projektantem, a ja, że ona tak poprowadzi firmę. Ania była producentką filmową, zatrudniała mnie przy reklamach. Od początku mieliśmy świetny kontakt: zawsze tam sobie gdzieś gadaliśmy o fajnych sprawach na boku, ale przede wszystkim ona wiedziała, że ja dobrze pracuję – nie spóźniam się, robię zawsze więcej, niż klient oczekuje. Opowiadałem jej, że robię taki swój projekt, pierwszą kolekcję, ona chwaliła, że to świetny pomysł… I kiedy okazało się, że po półtora roku pracy nad kolekcją sponsorzy się odkręcili, nie ma mi kto wyprodukować tego pokazu – ani za co – i zostałem sam, poszedłem do Ani. Powiedziałem jej szczerze, jaka jest sytuacja i poprosiłem o pomoc. Nie mogłem jej nic konkretnego zaproponować, nie wiedziałem nawet, czy byłoby mnie w ogóle stać na jej usługi. I ona mi bezinteresownie pomogła. Powiedziała; – jak nie ma pieniędzy, to nie mówmy o pieniądzach, pojawią się, to będziemy się dzielić. Znalazła sponsorów, wyprodukowała ten pokaz, pospłacała wszystkie należności. Poszliśmy na kolację: zaprosiliśmy wszystkich, którzy  pracowali przy tym pierwszym pokazie i Ania wyciągnęła kopertę i powiedziała, że dokładnie to wyliczyła, jeszcze wystarczy na ten rachunek, wyszliśmy na zero. Potem, gdy pojawił się szum w mediach, te wszystkie pochlebne recenzje, zaproponowałem jej, żebyśmy zostali partnerami. Pół na pół. Ja jestem od kreacji, projektuję kolekcje, show, ona projektuje biznes – i mamy własny showbiznes. Nigdy nie żałowałem tej decyzji. Dzięki temu stworzyliśmy razem coś więcej niż kolejne kolekcje czy modną markę. My mamy firmę.

Zmienił się twój sposób pracy nad kolekcją?

Robię teraz w każdej kolekcji więcej rzeczy widowiskowych, tylko na pokaz, bo ludzie chcą mieć dobre widowisko. A z kolei do sprzedaży wprowadzam uproszczone modele, czasami konstrukcyjnie wracam do pierwszych kolekcji, egzemplarzy, które nigdy nie weszły do produkcji. Zdarza się, że je modyfikuję, upraszczam – żeby były swobodniejsze, prostsze. Była taka historia z długą flanelową spódnicą w kratę: 8 metrów materiału, parę kilo wagi. Wpadła znajoma modelka, pozachwycała się i mówi – no świetna, ale jak ja to zapakuję do walizki??? To teraz patrzę też na to, czy coś się da łatwo dopakować do walizki… Teraz robię 11 kolekcję i jak patrzę na te poprzednie, to widzę, że te rzeczy takie wypracowane, udziwnione, to się najgorzej sprzedawały. Patrzę na nie teraz i myślę: po co ja tak kombinowałem? Ludzie chcą nosić proste rzeczy, w których się dobrze czują i dobrze wyglądają. Czyli młodo i seksownie.

Foto: fot. Marek Makowski Robert Kupisz i Kasia Sokołowska na backstage'u

Masz coraz młodsze klientki, sporo z nich chodzi do gimnazjum…

To mnie bardzo cieszy, uważam to za spory sukces. Wiesz, jak trudno narzucić coś nastolatkom? To najbardziej niezależna grupa, nie słuchają ani mediów, ani dorosłych. Jak słyszę, że w jakimś gimnazjum moja czapka jest kultowa, to jestem z siebie dumny.

Twoja pierwsza kolekcja, ta sprzed 5 lat, wyglądała jakbyś wyjął rzeczy z własnej szafy. Nadal chodzisz głównie w swoich rzeczach?

Z każdej kolekcji sobie coś zachowuję – to jest najczęściej biały T-shirt, kurtka dżinsowa, taka bardzo a’la lata 70., dżinsy: spodnie i szorty, czarna skóra, bluza dresowa…

Nie masz wrażenia, że nosisz ciągle to samo i robisz to samo? I że to jest tajemnica twego sukcesu?

Mam inne spojrzenie na takie zwykłe, codzienne rzeczy jak dżins, dres, flanela w kratę. To chyba Janusz Noniewicz (kierownik Katedry Mody warszawskiej ASP – przyp. red.) powiedział kiedyś o mnie, że ja robię same Złote Przeboje… I to jest prawda. Bo większość ludzi woli słuchać radia Pogoda, a nie koncertu skrzypcowego. Tyle, że czasem wstydzą się przyznać, że lubią rzeczy ładne, łatwe i przyjemne. A ja po prostu mówię to głośno: tak, kocham Złote Przeboje.

Wolisz oglądać dużo ludzi w ubraniach „Kupisz” na miejskim chodniku, niż gwiazdy na czerwonym dywanie wystrojone od święta?

Uważam, że pewnym sensie skończyła się era czerwonych dywanów. Ludzie chcą mieć fajne ubrania dla siebie, na co dzień, na ulicę. A nie kupować coś, bo jakiś celebryta pokazał się w tym na ściance. Niedawno byłem w Krakowie, bo przyjechał z Paryża mój kolega, który robi PR dla bardzo znanej francuskiej marki. Szliśmy wieczorem przez miasto, wpadaliśmy do knajp i wszędzie zaczepiali mnie – z prośbą o wspólne zdjęcie – ludzie w moich ciuchach. I tych ludzi było mnóstwo. Chyba ze trzy wieczory panieńskie tak mnie nagabnęły. I on, ten kolega, powiedział, że jak pracuje tyle lat w tej branży, czegoś takiego nie widział! Ja nie robię tygodniami podchodów, żeby jakaś gwiazda raz założyła moją kreację. Wolę iść ulicą i widzieć, jak idzie naprzeciwko ktoś roześmiany w moim T-shircie czy sukience i macha do mnie.

Foto: Materiały prasowe Przekrój kolekcji Kupisza: Iron, Anarchy, Opera, Gangsta, Tango

Nadal widać cię na kilometr, jak idziesz ulicą. Coś się zmieniło? Czujesz się bezpiecznie?

Byłem z Anią Jopek w ubiegłym roku w Opolu. Poszliśmy na jakąś zamkniętą imprezę festiwalową – a tam jakieś dziwne towarzystwo. Myślałem, że będą wyłącznie artyści, a tu siedzą sami napakowani kolesie ze swoimi pannami. Ja się od razu spiąłem, poczułem się tak trochę niepewnie, bo widzę, że od razu sunie w moją stronę facet z taaakim karczychem i złotym łańcuchem. No, ale nic: stoję spokojnie. A on podchodzi i mówi: – przepraszam, czy mógłbyś zrobić sobie zdjęcie z moją dziewczyną? Ona uwielbia twoje ciuchy… I tak się jakoś zrobiło sympatycznie, że mimo iż to kompletnie nie moje klimaty, bawiliśmy się do rana.

Foto: Materiały prasowe Robert Kupisz w pracy przed pokazem
Foto: AKPA Finał pokazu Tango na sezon zima 2016

Tematy:

Polecamy także:

Nie udało się dodać załącznika.
Nie udało się dodać więcej załączników, usuń któryś z już dodanych
Poczekaj chwilę - trwa dodawanie załączników.

Komentarz został wysłany.

Przepraszamy Twój komentarz nie może zostać wysłany

Wkrótce pojawi się w serwisie. Zachęcamy do dalszej dyskusji. Wystąpił błąd i nie można zapisać komentarza.

 









Wpisz, jak chcesz się przedstawić
lub zaloguj się

Komentarze

~outfit : Kupisz jest mega streetowy ;)
2 cze 16 21:12
Liczba głosów:0
0%
0%
odpowiedz oceń: -1 +1
Link do tego komentarza:

Nieprawidłowy email