Pozornie ich życie przypomina bajkę – piękne apartamenty, drogie samochody i torebki za kilkaset tysięcy dolarów. Milionerki z Manhattanu żyją jednak w ciągłym strachu, walcząc o utrzymanie swojego statusu społecznego. Ich historie opisuje Wednesday Martin w bestsellerowej książce „Naczelne z Park Avenue”, która właśnie ukazuje się w Polsce.

Foto: Materiały prasowe

Bohaterki Twojej książki mają wszystko, ale nie czują się szczęśliwe…

Zaskoczyło mnie, że pomimo ogromnego bogactwa mieszkanki Upper East Side są ograniczane przez te same czynniki, które ciążą na życiu „zwyczajnych” kobiet. Na przykład w całych Stanach zmagamy się z kryzysem w sektorze opieki nad dziećmi. I właśnie dlatego również zamożne panie muszą czasem wybierać pomiędzy karierą a macierzyństwem.

Nawet jeśli kogoś stać na zatrudnienie niani, brakuje standardów prawnych regulujących ten sektor, więc matki czują się w obowiązku zostać w domu i nadzorować pracę opiekunek.

A co z pozostałymi członkami rodziny? Jaką cenę płacą dzieci za ambicje matek?

Antropolodzy, na przykład Mark Flinn, zaobserwowali, że jeśli rodzice cierpią z powodu stresu, wpływa to także na ich dzieci – a za tym idą realne psychiczne i fizyczne konsekwencje. Dzieci żyjące w stresie, są bardziej nerwowe i częściej chorują. Flinn badał potomstwo ubogich rodzin na Dominikanie, ale identyczne objawy odnotował u dzieci bogaczy. Dobry przykład stanowi, chociażby, proces rekrutacyjny do prywatnych szkół w Nowym Jorku.

Na czym on polega?

W tych najlepszych na dużą rzeszę kandydujących cztero- i pięciolatków przypada zaledwie parę wolnych miejsc. Z tego powodu rodzice decydują się na udział w kilku, a nawet kilkunastu rekrutacjach. Każda z nich wiąże się dla dziecka z trzema lub czterema stresującymi sytuacjami dziennie – muszą uczestniczyć w dniach otwartych, oprowadzaniu po szkołach oraz rozmowach kwalifikacyjnych wraz z rodzicami. Niektóre placówki wymagają, by poddawać maluchy testom na inteligencję, co jeszcze bardziej potęguje ich lęki.

Dlaczego rodzice po prostu nie wysyłają dzieci do publicznych szkół?

Właśnie dlatego, że najlepsze przedszkole ułatwi dziecku dostanie się w przyszłości na Uniwersytet Harvarda. Więc jeśli kogoś stać na prywatną edukację, a mimo to z niej rezygnuje, czuje się jak zły rodzic.

Foto: Materiały prasowe Wednesday Martin - autorka "Naczelnych z Park Avenue"

Czy przedstawicielki „plemienia z Dolnego Manhattanu”, jak nazywasz bohaterki „Naczelnych...”, rozpoznały się, czytając Twoją książkę?

Starałam się zabezpieczyć ich prywatność. Zmieniałam wszystkie szczegóły, które mogłyby ułatwić identyfikację – daty czy nazwiska.

Wciąż trwają spekulacje, „kto jest kim”. Ludzie często mnie o to pytają, ale ja nigdy nie odpowiadam.

Przeniosłaś się na Dolny Manhattan po urodzeniu córki. Czy Upper East Side to dobre miejsce, by wychowywać dziecko?

Raczej nie. Owszem okolica była czysta i przyjemna dla oka, poznałam kilkoro wspaniałych przyjaciół. Niestety, z powodu nierównej liczebności płci panuje niezdrowa rywalizacja pomiędzy kobietami. Na Upper East Side kładzie się nacisk na wygląd zewnętrzny i manifestowanie bogactwa, przez co nigdy nie mogłam się tam do końca odnaleźć. Tak jak w wielu innych enklawach bogaczy na całym świecie, społeczność jest silnie zhierarchizowana. Mąż, dzieci, koledzy dziecka ze szkoły, przyjaciele, a nawet ubrania – wszystko to może albo pomóc nam wspiąć się wyżej w hierarchii, albo zepchnąć o parę szczebli w dół.

W czym on się przejawia się kult ciała panującym na Upper East Side?

Kobiety są poddawane potężnej presji, by zawsze wyglądać idealnie młodo i pięknie. Ciało jest ich najważniejszą bronią, więc stale je dyscyplinują, ograniczając liczbę spożywanych kalorii, odmawiając sobie określonych pokarmów i intensywnie ćwicząc. Ubrania i torebki są także ważne, ale w kulturze demonizującej tłuszcz najbardziej liczy się szczupła sylwetka. Mieszkanki Upper East Side podkreślają figurę obcisłymi kreacjami – od Azzedine’a Alai na wieczór i od Lululemon w dzień.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłaś się z „naczelnymi z Park Avenue”?

Odprowadzałam dziecko do szkoły, gdy zobaczyłam gromadkę matek, które głośno komentowały mój strój. Większość nie odpowiedziała mi nawet na „dzień dobry”, o przyjęciu zaproszenia do wspólnej zabawy dla dzieci nie wspominając. Szybko się przekonałam, że to zamknięta grupa, która niechętnie dopuszcza nowe osoby.

Jak wygląda wychowywanie dzieci na Manhattanie?

Ludzkość wyewoluowała we współdziałaniu, a nasi przodkowie od zawsze pomagali sobie przy wychowywaniu potomstwa poprzez wykształcanie sieci żeńskich krewnych i „krewnych z wyboru” – bliskich przyjaciółek. W antropologii osoby pomagające w wychowywaniu dziecka, choć nie są jego matką ani ojcem, nazywa się „allorodzicami”. Część kobiet z Upper East Side, zwłaszcza te, których rodziny mieszkają daleko, polega na pomocy koleżanek. Ale najczęściej zatrudniają takich allorodziców – nazywamy ich „nianiami”.

Wednesday, Twoja wypowiedź trochę zbiła mnie z tropu… Mówisz językiem antropologa. Uważasz, że to dobry sposób, by opowiadać o kobietach z park Avenue?

Wydaje mi się, że antropologia może wiele rzeczy rozjaśnić – i to w zabawny sposób. Dzięki niej potrafimy zrozumieć, dlaczego akurat w dany sposób wychowujemy dzieci, realizujemy swoją seksualność czy dobieramy ubrania. Ludzkie zachowanie w olbrzymim stopniu uwarunkowane jest przez środowiskowo. W patriarchalnej, kastowej i silnie zhierarchizowanej rzeczywistości absolutnego nadmiaru, w której żyją mieszkańcy Upper East Side, mężczyźni kontrolują większość zasobów, a pozycja pań pozostaje niska. Wygląda to identycznie jak wszędzie indziej na świecie, gdzie kobiety nie zdobywają dla swojej rodziny lub społeczności pieniędzy lub kalorii.

W jaki sposób przeprowadzka na Upper East Side wpłynęła na Twoje życie?

Poznałam tam kilka wspaniałych przyjaciółek. Podobnie jak ja, uważają się za outsiderki i chętnie pomagały mi zrozumieć zawiłości nowojorskiego macierzyństwa. Upper East Side nauczyło mnie także cennej lekcji o ssakach naczelnych w ogóle: jesteśmy istotami społecznymi i bez towarzystwa innych osobników giniemy. Mamy ogromną potrzebę przynależności, a kiedy nie możemy jej realizować, głęboko to przeżywamy.

Najwięcej kontrowersji wzbudził opisany przez Ciebie zwyczaj dawania żonom premii za prowadzenie domu.

Ale proszę pomyśleć w innych kategoriach – jeśli jeden z rodziców zostaje w domu, żeby drugi mógł pracować, jak wyrównać wynikającą z tego układu nierównowagę sił? Dane etnograficzne z całego świata potwierdzają, że w społecznościach, w których mężczyźni kontrolują zasoby, a kobiety nie pozyskują kalorii ani pieniędzy, te ostatnie mają niższą pozycję. Mimo to moi czytelnicy byli zaskoczeni, kiedy okazało się, że niepracująca kobieta pozostająca w związku z bogatym, wpływowym mężczyzną ma niższą pozycję w stosunku do męża niż jej pracująca odpowiedniczka z klasy średniej.

Czy kobiety z Park Avenue są oderwane od rzeczywistości?

Moim zdaniem ludzie po prostu dostosowują się do warunków, w których żyją. Mamy niezwykła zdolność adaptacji. Po pewnym czasie wszystko zaczyna się nam wydawać „normą” – nawet niewyobrażalne bogactwo, segregacja płciowa i wydawanie 10 tysięcy dolarów na przyjęcie urodzinowe dla dwulatka!

Nie żałujesz decyzji o zamieszkaniu na Manhattanie?

Ani trochę. Poznałam wspaniałych przyjaciół i nauczyłam się poruszać w fascynującym, tajemnym świecie.

Tematy:

Nieprawidłowy email