Michael Kors, król dostępnego luksusu, świętuje dziś 57. urodziny

Nowojorski projektant Michael Kors, którego shopperkę Izzy chce mieć w szafie każda Polka, nie ukrywa, że tworzy modę komercyjną, optymistyczną i użytkową. „Nie chcę projektować ubrań do podziwiania, tylko do noszenia”, mówi Kors, który na luksusowym luzie zarobił już miliard dolarów.

Foto: Getty Images

„Chcesz wyjść na ulicę w stroju do jogi? Nie ma problemu! Wystarczy, że włożysz piękny zegarek, wybierzesz twarzowe okulary słoneczne i spakujesz się do luksusowej torebki, a będziesz wyglądać elegancko. To dodatki rządzą modą”, mówi nowojorski projektant, który z pewnością nie wygląda na swoje 57 lat. Od ponad trzech dekad, czyli od kiedy założył swoje imperium, nie zmienia stylu. Zawsze ma na sobie czarny T-shirt, czarne dżinsy i czarną kurtkę skórzaną. Konsekwentną monotonię przełamują tylko awiatory (Kors ma ich kilkaset par). I opalenizna, którą projektant może pochwalić się przez okrągły rok, bo gdy akurat nie leci na Capri albo na Phuket, spędza czas w swojej willi położonej na plaży na Long Island.

Foto: Getty Images Michael Kors

Klientka najbardziej amerykańskiego z amerykańskich projektantów, jak mówi o Korsie Iman, żyje albo chciałaby żyć jak on. Na pokładzie prywatnego samolotu, ciągle w drodze między Kalifornią a Nowym Jorkiem, ubrana w jedwab, kaszmir i len. „Michael Kors to wyrafinowana moda o zacięciu sportowym. Naszą misją jest inspirowanie ludzi na całym świecie do luksusowego życia”, głosi hasło przewodnie marki, której ubrania i dodatki z trzech linii Michael Kors Collections, Kors Michael Kors oraz Michael Michael Kors z charakterystycznym logo „MK” można już kupić w 800 sklepach na całym świecie – od Bukaresztu po Dubaj. Jej twórca nie tylko dołączył do grona miliarderów oraz znalazł się na liście najbardziej wpływowych ludzi świata według magazynu „Forbes”, ale przyjaźni się także z Michelle Obamą, Anną Wintour, Oprą Winfrey i Gwyneth Paltrow.

Foto: Getty Images Michael Kors z Blake Lively i Anną Wintour

Kobiety zawsze miały na Korsa przemożny wpływ. Babcia, Bea Hamburger, codziennie zabierała małego wnuka na zakupy. A mama, Joan, uwielbiała się stroić. „Gdy wybierała się na Florydę na pięć dni, pakowała sześć pudeł peruk i cztery z futrami”, opowiada projektant, który w wieku pięciu lat zaprojektował dla Joan suknię na jej drugi ślub z Billem Korsem. „Traktowałem ją jak lalkę Barbie, którą cudownie się przebiera. Dzięki mnie na ślubie wystąpiła bez kiczowatych kokardek na sukience”, wspomina Kors, który urodził się jako Karl Anderson Jr., syn studenta szwedzkiego pochodzenia. Joan, modelka marki Revlon, nie związała się z ojcem Karla na długo. Anderson Jr. mógł więc przyjąć nazwisko ojczyma. A jako że chłopiec już wtedy wiedział, że w modzie jest miejsce tylko dla jednego Karla, za jednym zamachem zmienił też imię na „Michael”.

W podstawówce blond cherubinek marzył, żeby zostać aktorem. Wystąpił nawet w reklamówkach płatków śniadaniowych Lucky Charms i ręczników papierowych Charmin'. Ale prawdziwy talent miał do mody.

Foto: Materiały promocyjne Mały Michael Kors (jeszcze jako Karl Anderson) w reklamie Lucky Charms

„Byłem niewolnikiem trendów. Opuściłem bal maturalny, żeby pójść na imprezę do Studia 54, na którą owinąłem się jedwabne pieluchy”, śmieje się Kors, któremu zdarzało się o siódmej rano prosto z imprezy iść do szkoły. Po liceum, w 1977 roku, zapisał się do nowojorskiej szkoły mody Fashion Institute of Technology. Znudziło mu się po dziewięciu miesiącach, kiedy to dostał swoją pierwszą pracę w domu towarowym Bergdorf Goodman na 57 ulicy. Cztery lata później miał już własną firmę.

„Michael to wolny duch. Nie zmienił się to ani na jotę, choć zarobił fortunę”, mówi o nim przyjaciel Mario Testino, z którym Kors regularnie pracuje przy kampaniach reklamowych. Wtóruje fotografowi aktorka Blake Lively, która ostatnio uchodzi za najlepszą ambasadorkę wyluzowanego szyku Korsa, wkładając jego minisukienkę do bluzy z kapturem, koronkową suknię nude do kamelowego płaszcza, czy spektakularną czerwoną sukienkę z kwiecistymi aplikacjami. „Z Michaelem nie rozmawia się o jachtach i helikopterach, tylko o tym, że na wakacjach brakuje mu kotów, Bunny i Violi (nazwał je tak na cześć swoich szalonych ciotek)”.

Foto: East News Blake Lively

Kors twardo stąpa po ziemi także dzięki swojemu mężowi Lance'owi Le Pere'owi. Młodszego o 12 lat, byłego stażystę swojej firmy, Kors poznał w 1990 roku. Ale zakochali się w sobie dopiero kilka lat później, gdy Kors na sześć lat objął posadę dyrektora artystycznego francuskiego domu mody Céline, a w związku z tym zaczął spędzać więcej czasu w Paryżu. W mieście zakochanych towarzyszył mu w pracy Le Pere. W tym roku Michael i Lance świętują piątą rocznicę ślubu. Wiodą poukładane życie. „Ubrani w kaszmiry jemy kawior z chipsami, słuchając Joni Mitchell. Uwielbiamy luksusowy luz”, mówi Kors, podając jednocześnie definicję stylu swojej marki. Tworzą szczęśliwą parę. „Uzupełniamy się. On daje mi spokój, ja jemu energię do życia. Jestem głośny, pewny siebie, typowy nowojorczyk, on pochodzi ze Środkowego Zachodu, więc jest zdecydowanie bardziej zdroworozsądkowy”, tłumaczy Kors.

Foto: East News Michael Kors i Lance Le Pere

Tak jak w życiu prywatnym działa zetknięcie nowojorskiego żywiołu z sercem Ameryki, w modzie ten patent też się sprawdza. U Korsa nie ma miejsca na mroczną modę. Zarzuca mu się, że jest za mało odważny, a nawet zachowawczy. Komercyjny, a nawet łatwy. Pozbawiony artyzmu, błahy jak small talk, optymistyczny jak afirmacyjne hasło reklamowe. „Nie chcę projektować ubrań do podziwiania, tylko do noszenia”, odgryza się Kors, któremu bliższy jest etos osobistego stylisty niż kreatora mody. „Jak można projektować ubrania do życia, siedząc zamkniętym w gabinecie?”, krytykuje postawę oderwanych od rzeczywistości kolegów po fachu.

Pragmatycznego podejścia do mody bronił, zasiadając w jury programu  „Project Runway”, w którym surowo oceniał szalone, ale niepraktyczne projekty. Ale lekcję codziennego luksusu można odebrać z każdej jego kolekcji. Na sezon wiosna-lato 2016 Kors proponuje hiszpańskie koronki w namiętnym odcieniu czerwieni, a jego jesień będzie powrotem do szarej dzianiny, kamelowych płaszczy i pełnych przepychu futer.

Foto: East News /Rex/Shutterstock, Michael Kors jesień 2016

Choć zdarza się Korsowi powtarzać, w czasach, gdy ważniejsze jest wyraziste DNA marki niż rewolucyjne odkrycia, nowojorskie imperium ma wzrosty sprzedaży zagwarantowane. W końcu nie każdemu udało się wylansować it-bag, która choć kosztuje wielokrotnie mniej niż chanelka, stała się symbolem statusu. Tego, po który przy odrobinie dobrej woli (i roku oszczędzania), prawie każdy może sięgnąć.

Tematy:

Polecamy także:

Nie udało się dodać załącznika.
Nie udało się dodać więcej załączników, usuń któryś z już dodanych
Poczekaj chwilę - trwa dodawanie załączników.

Komentarz został wysłany.

Przepraszamy Twój komentarz nie może zostać wysłany

Wkrótce pojawi się w serwisie. Zachęcamy do dalszej dyskusji. Wystąpił błąd i nie można zapisać komentarza.

 









Wpisz, jak chcesz się przedstawić
lub zaloguj się

Komentarze

~Moyra : Oh michael kors.. myslalam, ze on projektuje tylko torebki:D Jego torebki to klasyki, ale buty to i podobne wojas ma :)
16 sie 16 14:49 | ocena: 100%
Liczba głosów:1
0%
100%
  • Zgłoś naruszenie
  • Podziel się:
  •  Link
odpowiedz oceń: -1 +1
Link do tego komentarza:
~OLA : CHYBA PLASTYKOWEGI KICZU ZA 600 ZŁ.POSMAROWAŁ RÓWNO MARKETINGOWCOM I PR-OWCOM,ABY WBIĆ SIĘ NA POLSKI RYNEK.JEGO PRODUKTY SA BANALNE,NUDNE,PROSTE I PLASTYKOWE.
11 sie 16 15:30 | ocena: 67%
Liczba głosów:6
67%
33%
  • Zgłoś naruszenie
  • Podziel się:
  •  Link
odpowiedz oceń: -1 +1
Link do tego komentarza:

Nieprawidłowy email