Julie de Libran: spadkobierczyni Soni Rykiel   

Poruszane ciepłą bryzą długie, białe firanki powiewają łagodnie w wysokich dwuskrzydłowych oknach wychodzących na balkon z kutą balustradą, z którego roztacza się widok na Ogród Luksemburski i legendarną pasiekę… Apartament, w którym Julie de Libran mieszka z mężem, sprzedawcą koniaku, oraz 10-letnim synem, nie mógłby być bardziej paryski, a jej styl życia bliższy ideałowi francuskiej idylli.

Foto: East News

Eleganckie parkiety, eklektyczna kolekcja sztuki, książki, zabytkowe i nowoczesne meble (te pierwsze z pchlego targu Porte de Clignancourt, te drugie najczęściej robione na zamówienie), a co rano szybki 15-minutowy spacer do biura mieszczącego się nad słynnym butikiem Sonii Rykiel przy Bulwarze Saint-Germain, w którym urzęduje od maja 2014 roku, kiedy to została dyrektor kreatywną paryskiego domu mody.

Foto: East News Julie de Libran

Jeśli de Libran sprawia wrażenie, jakby Paryż – nie zawsze najłatwiejsza i najbardziej przyjazna stolica na świecie – leżał u jej stóp, to być może dlatego, że ojczyznę najbardziej doceniają ci, którym przyszło żyć na wygnaniu.

De Libran ponad połowę życia spędziła poza Francją. A jednak, gdy tak siedzimy – a potem wygodnie rozkładamy się (jest upał) – na dużej sofie z granatowego aksamitu (robionej na zamówienie) obok zmęczonego Gastona, jednego z dwóch kotów birmańskich (drugi wabi się Gastine), nie mogę nie zauważyć, że jest uosobieniem paryskości, i to tej najnowocześniejszej. To nie tylko kwestia jej ubrania: ma na sobie białe spodnie o szerokich, postrzępionych nogawkach i mięsistą, jedwabną bluzkę w kolorze khaki, do której nie potrzebna marynarka, a do tego brązowe sandały na platformie; stylizacyjna klasyka.

Foto: East News Julie de Libran

Chodzi o sposób – wiem, że brzmi to banalnie - w jaki je nosi, z rozpuszczonymi, długimi do pasa włosami, które z pozoru wydają się naturalne, ale oczywiście są starannie wystylizowane; z klasycznym złotym zegarkiem Cartier Tank, ciężkim srebrnym medalionem przedstawiającym głowę tygrysa i cienką obrączką wysadzaną brylantami. Nie jest to wersja sportowego szyku (sandały są na mniej więcej 10-centymetrowych szpilkach), który dla tak wielu współczesnych kobiet stał się synonimem profesjonalnego uniformu. To coś subtelnie innego. Niewymuszona elegancja, pozorny luz, naturalna i spontaniczna wytworność.

To stylistyczna wizytówka Coco Chanel z dopasowanymi kardiganami-żakietami i sznurami prawdziwej sztucznej biżuterii, i z pewnością kontynuacja świeżej pewności siebie Sonii Rykiel z czasów, gdy rozpoczynała podbój świata mody w 1962 roku.

Foto: East News Julie de Libran

- Była prawdziwą ikoną – zauważa w doskonałej angielszczyźnie de Libran, mając na myśli zmarłą w sierpniu projektantkę. Choć raz to słowo jest użyte w należytym kontekście. – Aż trudno uwierzyć, jak bardzo była wpływowa już wtedy, gdy zaczynała. Kobietom nie wystarczyło, że nosiły jej ubrania, one chciały być Sonią, albo przynajmniej być do niej podobne. Swego czasu na ulicach roiło się od sobowtórów Sonii z burzą rudych włosów. Jej styl, dziedzictwo i jej duch nigdy nie odejdą w zapomnienie.

Foto: East News Julie de Libran

Zastanawiamy się jaki był jej duch. Pewny siebie? Zawadiacki? Wyzwolony? Rykiel zbudowała swój polityczny, seksualny i społeczny wizerunek na drugiej fali feminizmu, gdy wydawało się, że francuska burżuazja w każdej chwili może upaść.

Była tym wszystkim, a do tego była nieustraszona. Jakiej rady udzieliła de Libran, gdy ta rozpoczęła pracę dla Rykiel? – Poradziła mi, bym zawsze wiedziała kiedy powiedzieć nie i bym była wierna temu, co robię.

Na razie ta strategia się sprawdza. W ciągu dwóch lat od przejęcia sterów w domu mody zbudowanym przez Rykiel de Libran po cichu, bez fanfar i krzykliwych kampanii reklamowych zrewolucjonizowała markę i na nowo zdefiniowała elementy, za które świat tak pokochał rudowłosą projektantkę. Odświeżając wszystkie kultowe wzory Rykiel – obcisłe dzianiny, luźne spodnie z wysokim stanem, paski, wygodne i kobiece marynarki o wyraźnej linii ramion – nadała im nowe życie, i to w cenach choć nie najniższych, to jednak przystępnych w porównaniu do innych luksusowych marek odzieżowych. Klasyczna torebka Rykiel, Le Copain, pikowana kopertówka na łańcuszku w całej gamie kolorów kosztuje około 350 funtów, choć wygląda na droższą.

Foto: Getty Images Julie de Libran

- Jej wielkość to w dużym stopniu zasługa jej miłości do tego, co praktyczne – zauważa de Libran, analizując styl swojej poprzedniczki. – Jej dzianiny miały zapinane mankiety, albo odczepiane rękawy, a sukienki dyskretne wsuwane kieszenie. To było krawiectwo najwyższej klasy, a przy tym wygodne. Jako pierwsza stosowała strecz. Elegancja i wygoda. Miała niesamowitą technikę.

Pod względem warsztatowym de Libran też niczego nie brakuje, choć sama twierdzi, że nie opanowała sztuki tworzenia wykrojów (a czy jakiś projektant to potrafi?). Projektowania uczyła się nie w modnych szkołach, takich jak londyńska Central Saint Martins, czy Parsons School of Design w Nowym Jorku, ale w Instituto Marangoni w Mediolanie. – To przez mojego tatę – tłumaczy ze śmiechem. – Uważał, że Włosi są najlepsi, cenił ich gust, prostotę, wyczucie koloru. Twierdził, że nikt ich nie pokona.

To ten sam ojciec, arystokrata i winiarz, który przeprowadził rodzinę z Paryża do USA, gdy Julie miała osiem lat. Najpierw zamieszkali na wschodnim wybrzeżu, ale gdy okazało się zbyt chłodne dla jej matki, osiedlili się w San Diego w Kalifornii, gdzie papa de Libran otworzył restaurację. Dla de Libran to był raj: prowansalski klimat i amerykańska wolność, amerykańskie plaże i amerykański etos pracy. – Pracowałam dorywczo od 12 roku życia – wspomina. – Ale z perspektywy czasu dostrzegam, że zawsze miałam w sobie francuskiego ducha i ubierałam się po francusku. – Miała krótki okres fascynacji subkultura gotycką, ogoliła wtedy głowę. – Nie nadawałam się za bardzo na buntowniczkę. Niedawno uświadomiłam sobie, że zawsze byłam bardzo nieśmiała, zwłaszcza w młodości. Ubrania były moim sposobem wyrażania siebie.

Ogromny wpływ na jej styl wywarła jej mama, projektantka wnętrz pracująca w Karolinie Północnej. – Obserwowałam jak się ubiera, jak się stylizuje, jak nosi apaszkę… - mówi. Zastanawiamy się nad rolą apaszki we francuskim stylu. To dodatek, który zawsze jest doskonałym akcentem.

Po 18 miesiącach kursu dla obcokrajowców w Marangoni (przyjechała do Mediolanu nie znając ani słowa po włosku) otrzymała propozycję pracy dla Gianfranco Ferré. Jeden z gigantów włoskiej mody (w przenośni, ale i dosłownie, bo był z niego kawał mężczyzny), dyrektor kreatywny Diora, okazał się bardzo wymagającym przełożonym. – Był dla nas bardzo, ale to bardzo wymagający – wspomina de Libran. – Był wymagający i skrupulatny pod każdym względem, także odzieżowym. Godzinami ciął i przerabiał swoje kreacje. To była doskonała szkoła projektowania.

Dowodem silnego poczucia własnego stylu de Libran jest fakt, że choć podziwia słynne białe koszule z organzy Ferré, sama nigdy ich nie nosiła – być może dlatego, że mimo uderzającego piękna i teatralności, chłodna perfekcja tego looku była wyrazem męskiego wyobrażenia o tym, jak powinna ubierać się kobieta. Dwa lata później była gotowa na Paryż, miasto, które opuściła jako dziecko.

Rygorystyczna szkoła Ferré rozbudziła w niej apetyt. Zapisała do Chambre Syndicale na kurs haute-couture, który stał się źródłem jej rezerwy wobec własnych umiejętności krojczych. – Ale zdobyłam tam inne umiejętności – mówi. - Nie mam cierpliwości ani skrupulatności potrzebnych do tworzenia wykrojów, odkryłam jednak, że można być projektantem nie biorąc do ręki igły. Krojenie i drapowanie na oko wychodzi mi znacznie lepiej, niż tworzenie wykroju.

Z brakiem cierpliwości chyba przesadza – wyraźnie słychać ją w jej cichym, spokojnym głosie. Jej CV robi ogromne wrażenie. Była prawą ręką wielu znanych projektantów. Po Chambre Syndicale dołączyła do zespołu Jean Charles de Castelbajaca, a dwa lata później wróciła do Mediolanu, by pracować dla Gianniego Versace, a z czasem jego siostry Donatelli. Od 1998 roku przez dekadę współpracowała z Pradą, w końcu na dobre wróciła do Paryża, tym razem do Marka Jacobsa w Louis Vuitton. Odeszła wkrótce po nim, w styczniu 2014 roku.

Dostosowanie się do skrajnie różnych filozofii wyznawanych przez wspomniane gwiazdy świata mody zapewne wymagało pewnych umiejętności aktorskich. – To prawda – potwierdza ze śmiechem. – Została mi po nich bardzo eklektyczna garderoba – dodaje. Większość tych ubrań trzyma w specjalnym pomieszczeniu w mieszkaniu, które co trzeba podkreślić, nie jest duże.

Pracowała u Versace w okresie, gdy jego lojalną klientką była księżna Diana, a u Prady, gdy dom mody zaczynał ubierać celebrytów. – To było interesujące doświadczenie - mówi, ostrożnie dobierając słowa. – W tamtym czasie, pod koniec lat 90., Prada tak naprawdę nie projektowała kreacji wieczorowych. Aktorki i ich styliści, próbowali narzucać własne wizje idealnych sukni, zwykle bardzo dopasowanych, klasycznych kreacji na czerwony dywan.

De Libran wiedziała, że Miuccia Prada nigdy na to nie pójdzie, dlatego całymi miesiącami słuchała i szkicowała, wcielając się w rolę negocjatorki triumwiratu stylista-aktorka-projektantka. Czy nie czuła się czasami jak terapeutka? - Och, jak najbardziej – mówi. – Ale ubrania też w pewnym sensie są terapią i właśnie to w nich uwielbiam.

De Libran okazała się tak dobrą terapeutką, że gdy Prada otworzyła siedzibę w Paryżu w 2003 roku, to jej powierzyła ubieranie celebrytów, wśród których były Gywneth Paltrow, Clare Danes, Uma Thurman, itp. De Libran podróżowała między Mediolanem, Paryżem, Nowym Jorkiem i Los Angeles, by nadzorować przymiarki i tworzyć projekty, które zyskają aprobatę wszystkich zainteresowanych stron. – Dzięki temu znacznie lepiej rozumiem kobiety – przyznaje. – Zrozumiałam nasze relacje z własnym ciałem i ubraniami. Pod tym względem Francuzki bardzo różnią się od Amerykanek. To była niesamowicie przydatna lekcja.

U Vuittona nauczyła się ryzykować i projektować nowe kolekcje od zera. Jacobs jest żywiołowy tam, gdzie ona zachowuje spokój. Byli idealnym zespołem. - Marc uwielbiał całkowicie wszystko zmieniać, za każdym razem. – Wspólnie przygotowywali pokazy, kolekcje, dodatki, biżuterię, kierowali pracami w studio… - To było bardzo emocjonujące.

Jednak, jak twierdzi, to Miuccia Prada jest najbliższa jej estetyce. – Właśnie to przyciągnęło mnie do Sonii Rykiel. Dla mnie Sonia była francuską Miuccią Pradą swoich czasów.  Była punktem odniesienia dla wszystkich zespołów projektanckich, w jakich pracowałam. Gdy zaproponowano mi tę pracę, o krok od mojego domu, poczułam, że to jest to.

Ach, tak, mieszkanie. Niegdyś należało do rodziców jej męża – sam fakt, że tak po prostu oddali je synowi wydaje się kwintesencją francuskości. De Libran przyznaje, że je przemeblowała, usunęła gobeliny i dywany, zastępując je talizmanami bardziej artystycznego stylu życia. Dzięki eklektycznej elegancji paryskie mieszkanie wydaje się tętnić życiem. Nie jest sterylne, ani przestylizowane.

Przy 10-letnim dziecku i dwóch charakternych kotach, które nie kryją niezadowolenia za każdym razem, gdy rodzina ucieka ze stolicy, by wypocząć na wsi, byłoby to niemożliwe. – Ach, to – wzrusza ramionami de Libran, mając na myśli kocie niespodzianki, jakie czekają na nich po powrocie z urlopu. – Chcą mieć pewność, że wiemy co czują.

Jej życie jest zaskakująco poukładane. Wstaje o 7.15, odprowadza syna do szkoły i o 8 wita się z trenerem, który kieruje nią podczas sesji jogi, pilates i TRX. W biurze jest o 10.30. Nie myślcie jednak, że jej dzień upływa na relaksie. W krótkim czasie zdołała całkowicie przemienić markę Rykiel – ostatnio zaprojektowała i nadzorowała wprowadzenie nowej koncepcji sprzedaży: ubrania, akcesoria i książki na tle szkarłatnych ścian i drewna. Kwintesencja stylu Rykiel.

Prawie codziennie pracuje do późnego wieczora, przygotowując osiem kolekcji Sonii Rykiel rocznie (posiłki zamawia z pobliskiej restauracji, która w pełni zaspokaja wegetariańskie potrzeby de Libran), zwykle pracuje też w weekendy i święta… A jej mieszkanie, może i jest w eklektycznym stylu boho, ale wszystko w nim znajduje się na swoim miejscu. – Nie wyjdę rano do pracy, jeśli nie posprzątam – tłumaczy. Pozorny luz. Jak na prawdziwą Francuzkę przystało.

Tłumaczenie: Lidia Rafa

Tematy:

Nieprawidłowy email