Dyjak: Oddaję własne serce

Jego życie jest niczym intuicyjny taniec, którego kroki balansowały nieodgadnione, gdzieś na granicy rzeczywistości i szaleństwa. Szaleństwa zwłaszcza. Jego muzyka zaś, jest jak poezja, choć ubrana w szorstki tembr głosu, z odmętów duszy człowieka zagubionego i człowieka odnalezionego zarazem. Odnalezionego przez muzykę właśnie. Oto relacja z koncertu Marka Dyjaka w Teatrze Starym w Lublinie.

Teatr Stary w Lublinie, slajder: Mateusz Nasternak

„Oddaję własne serce”: Marek Dyjak na scenie lubelskiego Teatru Starego

Teatr Stary w Lublinie. Lutowy wieczór. Marek Dyjak promujący swój najnowszy projekt zatytułowany „Kobiety”. Przyjechał do miejsca, a w zasadzie do publiczności, która była jego pierwszą. To od niej – jak powiedział w dniu występu – zaczął 20 lat wcześniej i na niej skończy.

Teatr Stary w Lublinie, slajder: Mateusz Nasternak

Z jego kompozycjami spotkałam się po raz pierwszy kilka lat temu, oglądając spektakl „Mistrz i Małgorzata” w reżyserii Andrzeja Marczewskiego – dowiedziałam się o tym jednak dopiero w minionym roku, gdy przesłuchując dokładniej ostatni jego albumu, natknęłam się na znajomą melodię. W oczekiwaniu na koncert „Kobiety” niecierpliwie odgadywałam rezultaty pracy nad nowym projektem, zastanawiając się z jakimi zmierzył się utworami, jak jego mocne, wręcz szarpiące struny ludzkiej świadomości i serc brzmienie skomponuje się z tak kobiecymi tekstami?

Nieoczekiwanie publiczność usłyszała, że zespół nie zagra dziś „Kobiet”. Nie było wyjaśnień, ale nie było też rozczarowań. Z ust Marka padło jednak zapewnienie, że mimo to, zagrają tak, by nikt nie musiał wychodzić wcześniej. Dał słowo, dał na to „swoje własne serce”. Nie minął się rzecz jasna z prawdą. Śpiewał całym sobą, w obłędnej ekspresji. Koncert będący kolażem emocji, pełen napięć przerywanych czułą melodią, złożony głównie z utworów znajdujących się na albumie „Moje Fado”, przeplatany „Dziwną okolicą”, „Na krawędzi szkła” czy „Meine Frau”, zyskał pozytywny odzew publiczności, która przywracała go tego wieczoru lubelskiej scenie jeszcze dwukrotnie.

Marek Dyjak zapytany niegdyś w wywiadzie przeprowadzonym przez Katarzynę Prószkowską o moment, w którym rozpoczęła się jego kariera, odpowiada przewrotnie pytaniem „Jaka kariera?”, stwierdzając przy tym, że nie jest wokalistą, nie jest też artystą, lecz żalącym się publiczności śpiewakiem, opowiadającym historie, historie niemniej jakże prawdziwe. I rzeczywiście, słuchając go na żywo, trudno oprzeć się wrażeniu autentyczności tych opowieści. W swoją muzykę, będącą metaforą ukojenia, zdaje się wpisywać koleje własnego losu. Utkawszy je w wersy tekstów, w oddechy pomiędzy słowami, wreszcie w poszczególne dźwiękowe etiudy będące kompozycją trąbki, kontrabasu, perkusji, pianina czy akordeonu, śpiewa nieprzerwanie o emocjach jemu bliskich, o przeżyciach, które nie pozostają obce jego publiczności, o tęsknocie, miłości, o samotności przede wszystkim. Jego muzyka to pewna forma empatii, nie tylko się jej słucha, ją się odczuwa, niczym własny ból, własne osamotnienie.

Tematy:

Nieprawidłowy email